21 Reseach Center Survey, który najlepiej spośród wszystkich pracowni sondażowych przewidział wyniki do Parlamentu Europejskiego w 2024 r., w badaniu opublikowanym 11 marca wskazuje, że TISZA może zdobyć 115 spośród 199 możliwych do uzyskania mandatów.
W takim parlamencie znalazłyby się łącznie trzy partie prawicowe. Poza wspomnianą TISZĄ, która ulokowałaby się gdzieś w centrum ideowej skali, do parlamentu wszedłby, rzecz jasna, Fidesz oraz skrajnie prawicowy Ruch Naszej Ojczyzny.
Na węgierskiej scenie politycznej mamy do czynienia z niespotykaną dotychczas polaryzacją. TISZA i Fidesz zgarniają łącznie aż 92 proc. poparcia (w grupie wyborców zdecydowanych na udział w wyborach).
Tego typu podział sceny politycznej na Węgrzech po 1989 r. nie nastąpił. Zazwyczaj poszczególne partie organizowały się w większe ideowe bloki, i to na nie, szczególnie w latach 1998-2006 oddawali głos wyborcy.
Tym razem jest jednak inaczej. W szranki stanęły trzy partie prawicowe, ale największa walka odbędzie się oczywiście pomiędzy TISZĄ a Fideszem.
Mała partia, wielka stawka
Zanim o konkretnych danych, to warto pamiętać o roli, jaka prawdopodobnie Mi Hazánk mogłaby przypaść. To balansujące od dawna na progu wyborczym ugrupowanie jest jedynym zasobem Fideszu, z którym mógłbym utworzyć koalicję po wyborach w sytuacji, w której dwie główne partie nie uzyskałyby znaczącej przewagi.
Większość bezwzględna wynosi 100 mandatów (na 199). Chociaż lider Mi Hazánk w ostatnich tygodniach pozostaje bardziej krytyczny wobec Viktora Orbána, to jednak elementy współpracy pomiędzy dwoma partiami zauważalne były od jakiegoś czasu.
Chodzi m.in. o wpisanie do konstytucji Węgier postulatu Mi Hazánk dotyczącego gwarancji obrotu gotówkowego. Państwo zobowiązało się także do zapewnienia odpowiedniej liczby bankomatów także na prowincji.
To, czy wariant koalicyjny będzie możliwy do wprowadzenia, a tym samym utrzymania rządów Fideszu, zależeć będzie od wyniku wyborów. Póki co nie wydaje się to możliwe.
Według danych uzyskanych w badaniu 21 Reseach Center Survey TISZA ma przewagę 8 pp. w całej populacji, może więc liczyć na 38 proc. poparcia. Na miejscu drugim jest Fidesz (30 proc.), a na trzecim Mi Hazánk (6 proc.).
Wśród wyborców, którzy wiedzą, na kogo chcą głosować, TISZA ma przewagę 10 pp. (51 proc.) wobec 41 proc. Fideszu. Przeliczając poparcie na liczbę mandatów, analitycy wskazali, że TISZA uzyskałaby 115 mandatów, Fidesz 78, a Mi Hazánk 6. O ile dla skrajnej prawicy jest to utrzymanie status quo, o tyle dla Fideszu jest to utrata 65 mandatów – tj. aż 48 proc. obecnego stanu posiadania.
Instytut Idea: Do parlamentu wejdą cztery partie
12 marca opublikowany został również sondaż pracowni IDEA (opozycyjnej). W całej populacji TISZA prowadzi z Fideszem 38 proc. do 29 proc., co oznacza, że baza wyborcza TISZY jest o 700 tys. osób wyższa, niż baza poparcia Fideszu, przy czym szacuje się, że uprawnionych do głosowania będzie ok. 8 mln osób.
Na uwagę zasługuje fakt systematycznego spadku odsetka wyborców niezdecydowanych. Obecnie jest to 21 proc., o 3 pp. mniej niż w lutym i aż 6 pp. mniej niż w styczniu.
Badanie Idea przynosi pewną ciekawostkę, gdy przeanalizować odpowiedzi wyborców zdeklarowanych. Okazuje się bowiem, że w ławach poselskich obok posłów TISZY (49 proc.), Fideszu (37 proc.) i Mi Hazánk (6 proc.), dołączyliby parlamentarzyści Koalicji Demokratycznej (5 proc.), Jest to o tyle ciekawe, że w badaniach innych wiodących ośrodków Koalicja Demokratyczna nie ma szans na przekroczenie pięcioprocentowego progu wyborczego.
Medián: Węgrzy częściej interesują się polityką
Według opublikowanych 11 marca danych instytutu Medián regularnie rośnie odsetek Węgrów interesujących się polityką. Obecnie wynosi on 76 proc. W grupie tej 41 proc. respondentów zadeklarowało „duże” zainteresowanie polityką.
W ujęciu miesięcznym (w odniesieniu do stycznia), jest to jednak spadek o 9 pp. Notowana wówczas wartość 85 proc. była najwyższą w historii pomiarów Medián. Ów spadek można byłoby wiązać z brutalizacją kampanii wyborczej.
W lutym Fidesz rozpoczął ofensywę w mediach społecznościowych. Realizuje ją m.in. przy okazji emisji kolejnych spotów kampanijnych, które realizowane są przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji.
Ich przekaz jest krótki: zwycięstwo TISZY to wysłanie Węgrów na wojnę. Kampania ta odbiła się szerokim echem.
Jednocześnie własny przekaz buduje także rząd. Formalnie jest on niezależny, jednak nie ma wątpliwości, że premier Orbán ma poglądy tożsame z Orbánem jako liderem Fideszu.
Brutalizacja kampanii nie uchodzi uwadze wyborców. W marcu aż 73 proc. ankietowanych określiło ją jako najostrzejszą w historii. Dla porównania w lutym odsetek ten wyniósł 69 proc. Interesująco prezentują się te dane w zestawieniu z preferencjami partyjnymi.
Podczas gdy 9 na 10 zwolenników partii TISZY uważa kampanię za wyjątkowo brutalną, opinię tę podziela 57 proc. wyborców Fideszu. Wśród sympatyków pozostałych ugrupowań oraz osób niezdecydowanych wskaźnik ten wynosi 68 proc.
Wybory na Węgrzech 2026. Frekwencja będzie kluczowa
Z perspektywy rywalizujących ugrupowań kluczowa jest kwestia frekwencji. Mobilizacja elektoratów, a przede wszystkim wyborców niezdecydowanych, przełoży się następnie na ostateczne rezultaty.
W badaniu Medián deklarowana frekwencja od listopada 2025 r. otrzymuje się na poziomie bliskim 90 proc. w lutym było to 87 proc.
Historycznie najwyższa faktycznie zanotowana frekwencja padła w drugiej turze wyborów parlamentarnych w 2002 r. i wyniosła 73,5 proc. Wówczas chociaż Fidesz wybory wygrał, ostatecznie nie Viktor Orbán stanął na czele rządu. Lewicowo-liberalna koalicja zyskała o 10 mandatów więcej. Przynajmniej deklaratywnie częściej do urn zamierzają pójść wyborcy TISZY (97 proc.), aniżeli Fideszu (85 proc.).
Obydwie partie pozostają w jakiejś mierze zakładnikami sondaży. Ośrodki niezwiązane z Fideszem dają silną przewagę TISZY. Te prorządowe – Fideszowi. Aprioryczne przekonanie wyborców o zwycięstwie może być dla partii niezwykle groźne.
Kluczowe jest, by sondaże nie wpływały na demobilizację bazy zwolenników. Dotyczy to przede wszystkim wyborców niezdecydowanych. Mogliby bowiem oni przyjąć, że ich udział niewiele zmieni, co jest niekorzystne dla obydwu stron. To dlatego niedawno Viktor Orbán wezwał nie tylko do nieufania sondażom opozycyjnym, ale także tym sprzyjającym.