Rynek gazu i ropy znalazł się w centrum rosnących obaw związanych z wojną między USA i Izraelem a Iranem. Eksperci ostrzegają, że w przypadku przedłużającego się konfliktu ceny surowców energetycznych mogą gwałtownie wzrosnąć, a skutki odczuje nie tylko sektor paliwowy, ale też cała światowa gospodarka. W najbardziej pesymistycznym scenariuszu ropa mogłaby kosztować nawet 150 dolarów za baryłkę, a gaz w Europie osiągnąć poziom 120 euro za megawatogodzinę.
Znaczenie Cieśniny Ormuz?
Jednym z najpoważniejszych skutków trwającej wojny jest zagrożenie dla transportu surowców przez Cieśninę Ormuz. To właśnie tam koncentruje się dziś jeden z największych punktów napięcia. Iran ostrzeliwuje cieśninę w odpowiedzi na izraelsko-amerykańskie naloty, a według informacji przywoływanych w tekście amerykańscy urzędnicy alarmowali również, że Teheran rozpoczął zaminowywanie tego strategicznego szlaku.
Znaczenie Cieśniny Ormuz dla światowego rynku energii jest ogromne. Przez to wąskie gardło przepływa około jednej piątej globalnych dostaw ropy. Ewentualne sparaliżowanie ruchu na tym odcinku mogłoby więc poważnie zakłócić łańcuchy dostaw i silnie podbić ceny surowców energetycznych. Właśnie dlatego napięcia wokół tego szlaku budzą dziś największy niepokój wśród analityków i komentatorów rynku.
Jak wskazuje komentator ekonomiczny „Financial Times” Martin Wolf, powołując się na analizy ośrodka Capital Economics, najgorszy scenariusz zakłada, że wojna potrwa trzy miesiące, a dodatkowo dojdzie do trwałych zniszczeń kluczowej infrastruktury, szczególnie na irańskiej wyspie Chark. W takiej sytuacji ubytek w światowym eksporcie surowców energetycznych mógłby zbliżyć się do niemal 10 proc. Taki paraliż oddziaływałby na globalną gospodarkę nie tylko chwilowo, ale także przez kolejne lata.
Ceny ropy
Według tych szacunków właśnie wtedy ceny ropy mogłyby skoczyć do 150 dolarów za baryłkę, a europejskie notowania gazu wzrosnąć do około 120 euro za megawatogodzinę. Oznaczałoby to bardzo silny szok dla rynku energii i kolejny wzrost presji kosztowej w wielu państwach.
Eksperci z Capital Economics zwracają uwagę, że w takim układzie mielibyśmy do czynienia z globalnym wstrząsem podażowym o skali porównywalnej jedynie z kryzysem energetycznym z przełomu lat 70. i 80. XX wieku. Taki rozwój wydarzeń mógłby wyhamować wzrost gospodarczy w wielu krajach i zmusić banki centralne do ponownej walki z rosnącymi oczekiwaniami inflacyjnymi.
W efekcie konflikt na Bliskim Wschodzie przestaje być wyłącznie problemem geopolitycznym, a coraz mocniej przekłada się na realne ryzyko gospodarcze. W centrum tego zagrożenia znajdują się dziś ceny gazu i ropy, które w razie dalszej eskalacji mogą wymknąć się spod kontroli.