Close Menu
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Facebook X (Twitter) Instagram
Historie Internetowe
Facebook X (Twitter) Instagram
Banai
Subskrybuj
[gtranslate]
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Świat

ETS. Unia Europejska i kryzys energetyczny. Panika w krajach UE

Przez Pokój Prasowy19 marca, 20267 min odczytu

  • Na szczycie Rady Europejskiej w Brukseli przywódcy krajów UE debatują nad sposobami obniżenia cen energii, w tym nad reformą systemu handlu emisjami ETS.

  • Dziesięć krajów, w tym Polska, domaga się korekty zasad handlu emisjami CO2, aby ograniczyć spekulacje i złagodzić wpływ systemu na ceny energii.

  • Według autora gospodarka UE została podporządkowana wskaźnikowi emisji dwutlenku węgla i systemowi ETS, co grozi kryzysem ekonomiczno-politycznym.

  • Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii

Rozpoczynający się w czwartek szczyt Rady Europejskiej miał być poświęcony kilku ważnym zagadnieniom. Na agendzie są plany działań podnoszących konkurencyjność unijnej gospodarki, problemy obronności i finansowego wsparcia dla walczącej Ukrainy.

Jednak wszystko wskazuje na to, iż obrady przywódców krajów UE zdominuje to, jak sprawić, by drożejące paliwa kopalne nie przyniosły Europie głębokiego kryzysu ekonomicznego.

– Zamiast koncentrować się na bardzo potrzebnych długoterminowych planach – na tym, jak uczynić Europę bardziej konkurencyjną w tym coraz bardziej niestabilnym świecie, premierzy i prezydenci panikują teraz z powodu cen energii, martwią się o rozgniewanych wyborców i szukają krótkoterminowych rozwiązań – donosiła w czwartkowy poranek na portalu BBC Katya Adler.

Szefowa zespołu korespondentów BBC z państw europejskich, powołując się na swoje źródła twierdzi, iż: „narastający szok energetyczny w Europie, wywołany przez konflikt na Bliskim Wschodzie, grozi zdominowaniem szczytu europejskich przywódców w Brukseli”.

Jej narzekania są nieco oderwane od rzeczywistości, bo gdyby w obecnej sytuacji przez Europę zaczął przetaczać się głębszy kryzys ekonomiczny, wówczas jego konsekwencje mogłyby zmienić Stary Kontynent nie do poznania.

Zderzenie z szybkim ubożeniem, bezrobociem i malejącą pomocą socjalną bankrutujących państw, pchałoby w górę wszelkie radykalizmy. Tworząc falę być może tak potężną, jak ta z końca lat dwudziestych ubiegłego stulecia.

Nic dziwnego, że obecnie rządzący krajami UE panikują. To, co robi Donald Trump na Bliskim Wschodzie jest dla Europy niczym walnięcie czymś ciężkim w głowę pechowca, który i tak z powodu licznych przypadłości nie czuł się ostatnio najlepiej. Prezydent USA uczynił tak w momencie, gdy średnie ceny energii w krajach Unii były najwyższe na świecie, Niemcy trzeci rok są w recesji, a prognozowany wzrost gospodarczy Strefy Euro na 2026 r. jest wręcz homeopatyczny (ok. 1,1 proc.).

Co gorsza kluczowe gałęzie przemysłowe krajów UE na czele z przemysłem motoryzacyjnym, chemicznym i stalowym z coraz większym trudem stawiają czoła ich chińskim, indyjskim i wietnamskim konkurentom.

Widząc zablokowaną cieśninę Ormuz, płonące rafinerie ropy i zakłady przetwarzania gazu w Katarze, europejscy przywódcy mają prawo panikować. Piekielnie droga energia w UE będzie jeszcze droższa. A to może sprawić, iż dotychczasowy polityczny porządek runie jak domek z kart.

ETS. Lata dwudzieste, lata trzydzieste


Przed szczytem w Brukseli premier Donald Tusk zapowiadał działania na rzecz „rozbrojenia ETS” i inicjowanie krytycznej dyskusji o planie wprowadzenia sytemu „ETS2”.

Premier Włoch Giorgia Meloni rzuciła pomysł czasowego zawieszenia systemu handlu emisjami do czasu spadku cen energii. W podobny tonie wypowiadał się premier Czech Andrej Babiš. Generalnie przywódcy aż 10 krajów (Włoch, Polski, Austrii, Chorwacji, Grecji, Rumunii, Bułgarii, Czech, Węgier i Słowacji) domagają się głębokiej korekty. Tak aby objąć kontrolą zmiany cen uprawnień do emisji CO2 i ograniczyć możliwość spekulowania nimi przez fundusze inwestycyjne.

Zapewne, pomimo oporu Ursuli von der Leyen, mocno wspieranej przez Hiszpanię, Holandię i kraje nordyckie, jakaś korekta zostanie wprowadzona. Choćby w postaci „miękkiego pułapu cen uprawnień do emisji”, czyli widełek możliwych zmian cen oraz wydłużenia okresów przejściowych. Tak, aby ETS nie dobił i tak już dociążonych cenami energii energochłonnych branż przemysłowych. Jednak będzie to jak zalepianie samoprzylepnym plasterkiem rany postrzałowej. Tym może stać się bowiem długotrwały wzrost ceny paliw kopalnych dla Starego Kontynentu.

Nadal bowiem wedle danych Eurostatu 67 proc całej energii w UE (energetyce, transporcie, przemyśle, etc.) pochodzi ze spalania: gazu, węgla i ropy naftowej. 

Transformacja, której jednym z elementów jest system handlu emisjami ETS, miała od nich uniezależnić państwa Unii. Gdy przyjmowano w grudniu 2019 r. na szczycie w Brukseli założenia Zielonego Ładu, szefowa Komisji Europejskiej zakomunikowała mediom, iż ich realizacja będzie wymagała inwestycji w kwocie 260 mld euro rocznie do roku 2030.

Tymczasem odchodzenie od paliw kopalnych idzie jak po grudzie, acz w ciągu najbliższych czterech lat wydany zostanie na to okrągły bilion euro.

Jednocześnie kraje UE muszą znaleźć środki na dotowanie:

  • energii dla przemysłu i najbardziej wrażliwych jej odbiorców,

  • zbrojenia,

  • utrzymanie kluczowych elementów państwa opiekuńczego,

  • wypłatę emerytur,

  • powszechną opiekę medyczną,

  • inwestycje, itd.

Jednym słowem zapowiada się gigantyczna kumulacja wydatków, przy malejących dochodach z duszącej się gospodarki. Bo ta przegrywa konkurencję z Chinami. Trudno nie patrzeć na to, jak na modelowy przykład jazdy w stronę katastrofy ekonomiczno-politycznej. I w tym miejscu dodajmy niczym czerwoną wisienkę na torcie – wskaźnik emisji CO2.

UE a ETS. Spętani jednym wskaźnikiem


Za datę jego narodzi można przyjąć grudzień 1997 r. i Szczyt Ziemi w Kioto. Przedstawiciele prawie wszystkich państw globu zajęli się wówczas kwestią, jak powstrzymać nabierające tempa zmiany klimatyczne. Gdy osiągnięcie porozumienia wydawało się niemożliwe, na spotkanie przybył w awaryjnym trybie z USA wiceprezydent USA Al Gore i wymusił kompromis.

W protokole z Kioto zapisano zobowiązanie krajów uprzemysłowionych, by do 2012 r. zredukowały emisję gazów cieplarnianych o 5,2 proc. w porównaniu z rokiem 1990. 

Wówczas też w Unii Europejskiej zaczęto odwoływać się do wskaźnika emisji CO2, jako jednego z kluczowych przy planowaniu długofalowej polityki gospodarczej. Jego znaczenie, jako wyjątkowo ważnego, ugruntowało wprowadzenie w 2005 r. systemu handlu emisjami ETS.

Wreszcie w 2019 r. Zielony Ład ustanowił, iż stał się on absolutnym priorytetem. Wedle przyjętego wkrótce prawa klimatycznego do roku 2030 emisja CO2 musi spaść w Unii o 55 proc. w porównaniu z rokiem 1990.

Następnie w roku 2040 musi zostać zredukowana o 90 proc. względem początkowego punktu odniesienia. Kolejne dyrektywy Komisji Europejskiej dbają o to, żeby wszystko, co w Europie emituje dwutlenek węgla (oprócz oddychających ludzi), w ciągu następnych kilkunastu lat z tego zrezygnowało.

Dotarliśmy więc do punktu, w którym całe życie gospodarcze w Unii jest kształtowane tak aby dostosować je do jednego wskaźnika. Mamy zatem do czynienia ze znanym w historii zjawiskiem, gdy oderwany od życia aparat biurokratyczny realizuje cel, bez oglądania się na skutki, ponieważ on odczuje je jako ostatni.

Komisja Europejska zatrudnia ponad ok. 32 tys. osób. Od 2019 r. priorytetem dla nich jest opracowywanie projektów zakazów i nakazów, mających doprowadzić do redukowania w UE emisji CO2. 

Jednocześnie system decyzyjny, jaki działa w Unii sprawia, że to, co ta machina biurokratyczna wymyśli, jest sukcesywnie implementowane w krajach członkowskich. No chyba, że uda się stworzyć duży blok buntowniczych państw, zdolnych przeforsować inne pomysły.

Jest oczywiście jeszcze Parlament Europejski. Ale to, co on realnie może, najlepiej zademonstrowało wymuszenie przez KE umowy z krajami Mercosur. Tymczasem wielkie aparaty biurokratyczne nie myślą, tylko realizują cele, na które je zaprogramowano. W trakcie tego bardzo łatwo odrywając się od realnych interesów społeczeństw i państw.

Co z ETS? W pędzie do autodestrukcji


W ubiegłym stuleciu na eksperyment uzależnienia całego życia ekonomicznego od realizacji jednego wskaźnika zdecydowała się całkiem spora pula państw. Przy czym żadne z nich nie było demokratyczne.

Chyba najbardziej spektakularną demonstrację, jak zaprogramować cały aparat biurokratyczny na wymuszenie jednego priorytetu i wcielić go w życie, przeprowadził pod koniec lat 50. Mao Zedong.

Dla przywódcy komunistycznych Chin „świętym Graalem”, gwarantującym mocarstwowość, był wskaźnik produkcji stali. W tamtych czasach wysokość jej produkcji ściśle korelowała ze zdolnością do realizacji wielkich inwestycji infrastrukturalnych oraz działań zbrojnych.

Zatem Mao ogłosił program „wielkiego skoku”. Wytapiające 5,35 mln ton stali Chiny miały w dwa lata prześcignąć Wielką Brytanię, chwalącą się produkcją stali w wysokości 10,7 mln ton. W rok Chińczycy zbudowali ponad 600 tys. małych pieców hutniczych. Do ich obsługi skierowano ok. 150 mln ludzi, odrywając ich od uprawy ziemi.

Jednocześnie przeprowadzono komasację gospodarstw rolnych, tworząc państwowe komuny. Aparat biurokratyczny państwa przy wsparciu służby bezpieczeństwa wykonał plan, kierując się wskaźnikiem, narzuconym przez Mao.

Efektem ubocznym była klęska głodu, która wedle oceny współautora „Czarnej księgi komunizmu” Jean-Louis Margolin kosztowała życie ok. 33 mln ludzi (sami Chińczycy przyznają się do 20 mln). Nieco mniej krwawo kończyło się realizowanie wskaźników wzrostu produkcyjnych w ZSRR za czasów Stalina.

Na szczęście kraje Unii wciąż są demokracjami, a realna władza biurokratycznego aparatu Komisji Europejskiej pozostaje mocno ograniczona i w praktyce jest on bezradny, jeśli zderza się z mocniejszym oporem.

Mimo to, gdy się go źle zaprogramuje i pozostawi bez demokratycznego nadzoru, wówczas ma zdolność destrukcyjnego oddziaływania na swego „żywiciela” – czyli gospodarki krajów UE. Objawia się to nieustanną produkcją przepisów (bo to wszak jest głównym uzasadnieniem jego istnienia), co gorsza skoncentrowanych przede wszystkim na dążeniu do redukowania emisji CO2.

W sytuacji, gdy Bliski Wschód płonie, Rosja zafiksowała się na toczeniu wojny z Zachodem, a OZE nie uleczyło europejskiej gospodarki od uzależnienia od paliw kopalnych, jest to wręcz samobójcza tendencja. Zatem zważywszy, jak nagle czasy się zmieniły, kierowanie się wciąż wskaźnikiem emisji dwutlenku węgla powinno zostać unijnej biurokracji po prostu zabronione. Tak na dobry początek koniecznych zmian.

Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd?

Czytaj Dalej

Ekstradycja rosyjskiego archeologa. Kreml: Musimy zrobić wszystko, aby mu pomóc

Izraelski pocisk uderzył obok reporterów rosyjskiej stacji. Stanowcza reakcja Zacharowej

Iran. Hegseth zapowiada najintensywniejsze ataki. Wzywa do podziękowań

Białoruś. Łukaszenka poleci do USA? Wysłannik Trumpa na rozmowach

Kuba. Polski Maluch na węgiel. Wynalazek roku z udziałem Fiata 126p

Ukraina. Prace poszukiwawcze w Ukrainie. Jest data, minister ogłasza

Hiszpania. Media: NATO zawiesza swoją misję w Iraku. Ewakuuje 600 żołnierzy

Kuba. Dwa tankowce płyną w kierunku wyspy pomimo sankcji Trumpa

Bliski Wschód. Chiny w szoku decyzją Izraela, jest pilne wezwanie

Facebook X (Twitter) Instagram Pinterest
  • Home
  • Buy Now
© 2026 Banai. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Type above and press Enter to search. Press Esc to cancel.