-
Węgry przeprowadzają wybory parlamentarne, z szacowaną rekordową frekwencją i wyjątkowo napiętą atmosferą polityczną.
-
Realną szansę na wejście do Zgromadzenia Krajowego mają trzy prawicowe ugrupowania: Fidesz-KDNP, TISZA oraz Mi Hazánk, przy czym przekroczenie progu przez tę ostatnią partię pozostaje niepewne.
-
Wysoka polaryzacja społeczeństwa oraz wzajemne oskarżenia głównych ugrupowań o możliwe fałszerstwa wyborcze i ingerencje zewnętrzne prowadzą do braku perspektyw na polityczny kompromis.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Lokale wyborcze pozostają otwarte od szóstej rano, a oficjalne zakończenie głosowania zaplanowano na godz. 19. Najprawdopodobniej jednak, ze względu na ogromne zainteresowanie, praca wielu komisji zostanie wydłużona. O ile dokładnie? Tego na razie nie wiadomo. W tych wyborach padły już bowiem dwa rekordy: bezprecedensowa jest liczba obywateli chcących oddać głos za granicą (91 tys.), a także liczba osób, które pobrały zaświadczenia o prawie do głosowania poza swoim miejscem zamieszkania.
Z kolei w 106 okręgach jednomandatowych (JOW) o poselski mandat powalczy łącznie 639 kandydatów. Co ciekawe, 41 polityków wycofało się z wyścigu już po oficjalnym zarejestrowaniu ich kandydatur. Część z nich zrobiła to celowo, by przekazać poparcie partii TISZA – byli to m.in. kandydaci Koalicji Demokratycznej czy Partii Psa Dwuogoniastego. Równolegle o miejsca z ogólnokrajowej listy ubiega się pięć komitetów, z czego realne szanse na wejście do Zgromadzenia Krajowego mają trzy: walcząca o piąte z rzędu zwycięstwo koalicja Fidesz-KDNP, wspomniana TISZA oraz skrajnie prawicowa Mi Hazánk (Nasza Ojczyzna). Znamienne jest to, że wszystkie liczące się siły polityczne na Węgrzech reprezentują prawicę, a różni je jedynie stopień radykalizmu. Umownie najbliżej centrum plasuje się TISZA, dalej na prawo znajduje się Fidesz, a skrajny prawy biegun zajmuje Mi Hazánk.
Przekroczenie progu wyborczego przez tę ostatnią partię wcale nie jest jednak przesądzone. Jak ocenia Dániel Róna z ośrodka analitycznego 21 Research Center, im wyższa będzie ostateczna frekwencja, tym mniejsze są szanse skrajnej prawicy na wejście do parlamentu. W wywiadzie dla opozycyjnego portalu 24.hu Róna zwrócił uwagę, że elektorat Mi Hazánk znacznie rzadziej deklarował chęć udziału w głosowaniu. Tymczasem mobilizacja wśród zwolenników TISZY oraz Fideszu jest gigantyczna i według badań dobija do 90 proc.
Brak ciszy wyborczej na Węgrzech. Sobota pod znakiem wieców
Na Węgrzech nie obowiązuje cisza wyborcza, dlatego ogromne emocje towarzyszyły kampanii do samego końca. Fidesz i TISZA zakończyły wczoraj wieczorem swoje kampanie – Fidesz w Budapeszcie, TISZA w Debreczynie. Emocje będą także dzisiaj.
Jak wskazywałem w piątkowej analizie, liderzy głównych partii od dawna przygotowują swoje elektoraty na warianty ekstremalne. Z jednej strony mowa o podważeniu uczciwości głosowania i oskarżeniach o systemowe fałszerstwa (to narracja bliska zwolennikom TISZY), z drugiej – o z góry zakładanym braku akceptacji demokratycznego werdyktu i celowej destabilizacji ze wsparcie „zagranicznych agentów” (przed czym ostrzega Fidesz).
Wieczory wyborcze wystartują wraz z planowanym zamknięciem lokali i z pewnością potrwają do późnych godzin nocnych. Warto pamiętać, że w 2018 r. ostatnie obwody zamykano dopiero po godz. 23. Sztab partii TISZA na czele z Péterem Magyarem będzie śledził spływające od około godz. 20 wyniki podczas otwartego dla sympatyków spotkania na placu Batthyány, zlokalizowanym naprzeciwko gmachu parlamentu. Zoltán Kovács, rzecznik rządu, zasugerował w sobotę, że ten wybór nie jest przypadkowy – w razie niekorzystnego rezultatu tłum mógłby w kilka chwil przemieścić się pod pobliską kancelarię premiera (co w domyśle miało sugerować próbę jej siłowego szturmu). Z kolei Fidesz, tradycyjnie już, organizuje swój wieczór wyborczy w naddunajskim centrum Bálna (węg. Wieloryb). W przeciwieństwie do opozycji będzie to jednak impreza zamknięta.
Atmosfera wokół samego przebiegu głosowania jest niezwykle napięta. Już w sobotę obie strony wzajemnie oskarżały się o planowanie manipulacji przy urnach. Dodatkowy niepokój budzą analizy ekspertów do spraw wschodnich, którzy ostrzegają przed możliwymi prowokacjami w Budapeszcie, organizowanymi pod „fałszywą flagą”. Według tych doniesień w planowanie ewentualnych zamieszek – we współpracy z rosyjskim wywiadem wojskowym (GRU) – mieliby być zaangażowani dawni członkowie Berkutu, czyli specjalnych jednostek ukraińskiej milicji, które brutalnie tłumiły proeuropejski Majdan w 2014 r.
Wybory na Węgrzech. Co może się wydarzyć?
Węgry stały się w tych dniach swoistym „laboratorium wyborczym”, w którym zbyt wiele zmiennych wciąż pozostaje niewiadomymi. Z jednej strony do urn ma pójść znacznie więcej młodych ludzi, co powinno jednoznacznie faworyzować partię TISZA. W wyborach weźmie udział jakiś odsetek ludzi, którzy w ogóle nie znają świadomego życia bez Fideszu. Z drugiej – ogromny stopień skomplikowania ordynacji wyborczej, o którym pisałem na łamach Interii, każe podchodzić do jakichkolwiek kalkulacji z dużą dozą ostrożności.
-
Wybory na Węgrzech tuż-tuż. Kreatywna ordynacja wspiera Fidesz
-
Wybory na Węgrzech. Opozycja może wygrać, ale przegrać
Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada zwycięstwo ugrupowania TISZA, jednak bez zdobycia większości konstytucyjnej. Jak wskazywałem w piątkowej analizie, będzie to dla partii Pétera Magyara wyzwanie bez precedensu. W praktyce nie będzie on miał de facto wpływu na zmianę ustawodawstwa, którą obiecywał w kampanii, a która jest absolutnie niezbędna do odblokowania zamrożonych funduszy z Unii Europejskiej. Taka sytuacja oznacza wejście państwa w tryb permanentnej kampanii wyborczej – ewentualny paraliż prac rządu i nieuchwalenie budżetu państwa doprowadzi zapewne do rozpisania przedterminowych wyborów już w przyszłym roku.
Jeżeli różnica głosów między TISZĄ a Fideszem okaże się niewielka, możemy spodziewać się ostrego kryzysu powyborczego. W przypadku przegranej Fidesz z pewnością będzie kontestował wyniki, oskarżając o ingerencję w proces wyborczy podmioty zewnętrzne – przede wszystkim Unię Europejską i Ukrainę. W odwrotnym scenariuszu to TISZA, bazując na głębokim braku zaufania do instytucji państwowych, nie zaakceptuje werdyktu. Pojawią się wówczas zarzuty o zaangażowanie w wybory Rosjan oraz Amerykanów. Te ostatnie obawy podsycił w piątek wieczorem sam prezydent USA, Donald Trump, pisząc wprost: „Mój rząd jest gotowy wykorzystać całą potęgę gospodarczą Stanów Zjednoczonych, aby wzmocnić gospodarkę Węgier. (…) Z entuzjazmem zainwestujemy w przyszły dobrobyt, który wygeneruje dalsze przywództwo Orbána”.
O amerykańskim zaangażowaniu w tę kampanię pisałem już w listopadzie ubiegłego roku. Węgierski premier chwalił się wówczas, że wrócił z Waszyngtonu z „workiem pełnym dolarów”, a zawarte wtedy porozumienie finansowe, obejmujące „różne instrumenty”, pozwoli jego rządowi na realizację celów strategicznych. Piątkową deklarację Trumpa można jednoznacznie interpretować jako obietnicę alternatywnego finansowania Węgier w obliczu przedłużającej się blokady środków przez Komisję Europejską – co po ewentualnej wygranej Orbána prawdopodobnie by się utrzymało. Węgierska polityka pełna jest jednak paradoksów. Gdyby Fidesz utrzymał władzę i w tym scenariuszu na pewno stracił większość konstytucyjną, a w pewnym momencie faktycznie chciał znowelizować prawo blokujące unijne fundusze, musiałby prosić o poparcie… partię TISZA. Péter Magyar znalazłby się w pułapce: musiałby te projekty poprzeć, gdyż w przeciwnym razie zostałby oskarżony przez rządzących o celowe blokowanie unijnych miliardów dla Węgrów.
Węgry. Czy jest możliwy wariant masowych protestów?
Czy na Węgrzech możliwy jest scenariusz masowych, antyrządowych protestów, mimo że w tamtejszej kulturze politycznej brakuje silnej tradycji tego typu zrywów? Historycznie rzecz biorąc, nawet w latach osiemdziesiątych wolność nie została wywalczona na ulicach, a demonstracje ograniczały się do obchodów rocznic, obrony mniejszości w Rumunii czy sprzeciwu wobec budowy tamy Gabčíkovo-Nagymaros. W nowszej historii największe zamieszki z 2006 r. wywołane taśmami premiera Ferenca Gyurcsánya, nie wyszły poza Budapeszt, a rozlane na prowincję protesty przeciwko zmianom w kodeksie pracy z 2018 r. nie przyniosły politycznego przełomu.
Z perspektywy partii TISZA o ewentualnym sukcesie ulicznej mobilizacji zdecydują struktury terenowe i to, czy setki spotkań z wyborcami przekonały mniejsze ośrodki do poparcia Pétera Magyara. Na to pytanie wciąż nie ma jasnej odpowiedzi w przededniu ogłoszenia wyników wyborczych. Fidesz z kolei dysponuje potężną przewagą, opierając się na lojalnym zapleczu kadrowym i państwowej machinie logistycznej gotowej skutecznie bronić interesów partii rządzącej.
Stopień polaryzacji węgierskiego społeczeństwa osiągnął poziom bez precedensu, tworząc dwa nieprzenikające się światy. Widać to w badaniach społecznych: podczas gdy w elektoracie TISZY często dostrzega się zwolenników rządu, wyborcy Fideszu rzadko przyznają się do znajomości z sympatykami opozycji. Jak tłumaczy przywołany wcześniej Dániel Róna z ośrodka 21 Research Center, zwolennicy obozu rządzącego zamknęli się w szczelnych bańkach, obracając się niemal wyłącznie wśród osób o tożsamych poglądach.
Utrzymywanie tak ekstremalnego podziału społecznego niesie ze sobą ogromne ryzyko utraty kontroli nad nastrojami wewnętrznymi. Choć nie oznacza to natychmiastowego widma wojny domowej, Węgry zmagają się z głębokim rozdarciem obywateli, którego nie sposób będzie łatwo zszyć. Szanse na polityczny kompromis w najbliższej przyszłości są skrajnie niewielkie.
Sándor Kopácsi, szef policji w Budapeszcie w 1956 roku, opisywał czas antykomunistycznego zrywu w swojej słynnej książce „Trzynaście dni nadziei”. Dla jednych nadchodzące trzynaście godzin głosowania będzie czasem ogromnej nadziei, dla innych zaś – trzynastoma godzinami politycznej beznadziei.
-
Grupa z czarną przeszłością ma działać na Węgrzech. Kijów ostrzega
-
Zagraniczne wsparcie na ostatniej prostej. Orban dziękuje przyjaciołom