-
Donald Trump i jego administracja początkowo deklarowali szeroko zakrojoną rewolucję w polityce imigracyjnej, gospodarce i relacjach międzynarodowych, ale w kolejnych miesiącach skupili się na celach bardziej ograniczonych i doraźnych.
-
W relacjach USA z Chinami, Iranem oraz w polityce wobec Grenlandii i Kuby widoczne było porzucenie rewolucyjnych zmian na rzecz prób stabilizacji i unikania nowych konfliktów.
-
Obietnice dotyczące masowych deportacji, znaczących cięć wydatków rządowych oraz radykalnych reform zostały ograniczone lub niezrealizowane ze względu na bariery prawne, sprzeciw społeczny lub konsekwencje wcześniejszych działań.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Kiedy w czasie ostatniej kampanii wyborczej Donald Trump szkicował swoją przyszłą politykę celną, Chiny miały być tym państwem, które ucierpi najbardziej. Trump zapowiadał 10, może 20 proc. podwyżki dla wszystkich partnerów handlowych USA i aż 60 proc. dla Chin. Do tego dorzucał kolejne groźby – jeśli Pekin nie zrobi więcej, by do Stanów Zjednoczonych przestał trafiać fentanyl (chińskie chemikalia stanowią kluczowy element w produkcji narkotyku).
Brzmiało to jak zapowiedź kontynuacji polityki z pierwszej kadencji. To przecież Trump był tym amerykańskim liderem, który zapoczątkował bardziej stanowczą politykę wobec Chin. Wojna celna, wojna handlowa i technologiczna, a do tego ostra retoryka, która pojawiła się przy okazji pandemii – to wszystko stanowiło sygnał, że po latach biernego przyglądania się wzrostowi chińskiej potęgi, teraz Stany Zjednoczone wyciągnęły wnioski. Chcą większej niezależności gospodarczej, silniejszej bazy przemysłowej, nie zamierzają także rezygnować ze swojej dominacji technologicznej. Do tego zmieniają priorytety w polityce bezpieczeństwa: już nie bliskowschodni terroryzm czy rosyjski neoimperializm, ale ewentualna wojna o Tajwan i jej globalne konsekwencje zaczęły zaprzątać umysły planistów w Pentagonie.
Zmiana kierunku dokonana przez Trumpa w poprzedniej kadencji w polityce względem Chin (choć jej zapowiedzi pojawiły się wcześniej, wystarczy przypomnieć „zwrot ku Azji” Obamy) wydawała się trwała. Jego następca, Joe Biden, zmienił niewiele – dołożył nowe cła i więcej uwagi poświęcił kluczowym amerykańskim technologiom. Druga kadencja Trumpa początkowo również zmierzała w tym samym kierunku: szybko nałożone podwyżki ceł za fentanyl, a później kolejna, znacząca podwyżka w tzw. dzień wyzwolenia, kiedy amerykańska administracja ogłosiła nowe stawki celne dla niemal całego świata.
W kilka tygodni Trump podniósł cła na chińskie produkty o łącznie 54 proc. – niemal zgodnie ze swoją wyborczą obietnicą. Ale Chiny nie uległy tej presji. Wbrew oczekiwaniom Trumpa, Xi Jinping nie wystraszył się katastrofy dla swojego eksportu i nie usiadł do negocjacji, tylko odpowiedział z całą siłą. Krótka potyczka obydwu państw najpierw wywindowała wzajemne cła na poziom ponad 100 proc., a wkrótce potem pojawiło się czasowe zawieszenie broni – ugiął się prezydent Trump, w obawie przed konsekwencjami dla amerykańskiej gospodarki.
Chińczycy położyli na stole jeszcze jedną broń: restrykcje dotyczące metali ziem rzadkich – które choć są możliwe do pozyskania również z innych krajów, to jednak są przede wszystkim wydobywane na terytorium Chin, a kraj ten zdominował niemal całkowicie ich przetwórstwo. Niedobory tych kluczowych minerałów oznaczają problemy dla branży technologicznej, lotniczej, a także dla przemysłu zbrojeniowego – co nabrało szczególnego znaczenia, kiedy wojna w Iranie przetrzebiła amerykańskie zapasy uzbrojenia.
Wizyta Trumpa w Pekinie była w związku z tym pozbawiona wielkich ambicji. Nikt nie mówił o rewolucyjnej zmianie w globalnym handlu, uniezależnieniu się od Pekinu, powrocie produkcji przemysłowej na amerykańską ziemię. Nie było zapowiedzi przełomowych decyzji w sprawie Iranu czy Tajwanu. Amerykański prezydent nie był już tym liderem, który demonstrując siłę i nieprzewidywalność, ma szybko naprawić błędy w amerykańsko-chińskich relacjach.
Zamiast tego na agendzie znalazło się trochę soi i trochę samolotów, które Chińczycy mają kupić, by ulżyć nieco amerykańskim farmerom oraz zmagającemu się z problemami koncernowi Boeing. Chodziło o to, by ustabilizować wzajemne relacje. Nie dopuścić do kolejnej odsłony wojny handlowej, w momencie, kiedy amerykańska gospodarka zmaga się z problemami wywołanymi wojną w Iranie, a prezydent – ze względu na wyrok Sądu Najwyższego USA – utracił swobodę w nakładaniu dowolnych ceł na wybrane przez siebie państwa. A także o to, by nie prowokować chińczyków do kolejnego uderzenia w metale ziem rzadkich (Pekin złagodził swoją politykę w tej kwestii po spotkaniu Trump-Xi w październiku zeszłego roku, ale restrykcje zostały zawieszona na dwanaście miesięcy).
Prezydent Trump doceniał chińskie wojsko i wiwatujące dzieci, doceniał prezencję chińskiego przywódcy i starał się robić dobrą minę do złej gry, podczas gdy jego rozmówca sugerował schyłek amerykańskiej dominacji (Trump napisał później na Truth Social, że Xi miał rację, bo chodziło mu o to, że Ameryka podupadła w czasie rządów Bidena, ale teraz znów ma się doskonale). W wywiadzie dla Fox News prezydent twierdził, że chodzi o to, by handel z Chinami odbywał się na sprawiedliwszych zasadach, a amerykańskie korporacje mogły na tym wielkim rynku zarabiać miliony.
To poszukiwanie małej stabilizacji w relacjach z Chinami, drobnych zysków zamiast wielkich przełomów, ta utrata rewolucyjnych ambicji nie dotyczy wyłącznie tego kierunku w polityce zagranicznej administracji Trumpa. Ostatnie miesiące ujawniają podobną zmianę również w innych obszarach. Rzeczywistość dogoniła ekipę Trumpa. Koszty wcześniejszych decyzji zaczynają się piętrzyć, a wybory coraz bliżej.
Wystarczy spojrzeć na wojnę z Iranem: miała być kilkudniowa operacja, która unicestwi irański program balistyczny, a może nawet doprowadzi do upadku irańskiego reżimu. Ponad dwa miesiące później amerykańska administracja próbuje się uporać z odblokowaniem cieśniny Ormuz (która przed wojną była otwarta) i usiłuje namówić Iran do ustępstw w kwestii programu nuklearnego – co prezydent Trump mógłby przedstawić jako sukces. „New York Times” opisał niedawno, że według amerykańskiego wywiadu Iran zachował 70 proc. wyrzutni mobilnych i 70 proc. zapasów rakiet. Dysponuje również 30 spośród 33 lokacji pozwalających na ostrzał balistyczny cieśniny Ormuz.
Celem USA jest obecnie nie dopuścić do ponownej eskalacji konfliktu i dalszego zużywania cennych zasobów militarnych, a także pogłębiania gospodarczych kłopotów (cena paliw na amerykańskich stacjach wzrosła średnio o 50 proc., inflacja w kwietniu podskoczyła do 3,8 proc. – najwyższego poziomu od trzech lat).
Z afisza zniknęła inwazja na Grenlandię. Od wielu tygodni Waszyngton ma prowadzić rozmowy z Kopenhagą i Nuuk o zwiększeniu militarnej obecności USA na wyspie, ale dzieje się to z dala od obiektywów kamer. Po tym, jak administracja zorientowała się, że przyłączenie Grenlandii jest wyjątkowo niepopularne wśród wyborców, a awantura o wyspę ma potencjał do rozsadzenia NATO, prezydent zaniechał publicznej presji w tej sprawie na europejskich sojuszników. Zwiększenie obecności militarnej na Grenlandii od początku było dla Amerykanów otwartą możliwością na podstawie obowiązujących umów z Danią i Grenlandią.
A co z Kubą? Po pojmaniu Nicolasa Maduro wydawało się, że to właśnie Hawana może stać się celem kolejnej amerykańskiej operacji specjalnej. Waszyngton wybrał jednak powolne dławienie gospodarki wyspy, odcinając ją od dostaw ropy naftowej. A także negocjacje, które zapewne nie doprowadzą do upadku reżimu, ale być może zmuszą go do otwarcia się na biznesową ekspansję wielkiego sąsiada.

Wątpliwe sukcesy Muska, mniej deportacji
Donald Trump obiecywał, że deportuje wszystkich przebywających nielegalnie w USA – czyli ok. 14 mln ludzi. Jego administracja zabrała się do tego z rozmachem. Nie tylko uszczelniła granicę, ale też zaczęła budować nowe ośrodki dla zatrzymanych, zatrudniać na potęgę nowych ludzi do służb imigracyjnych, a przede wszystkim dużo aktywniej poszukiwać osób, które powinny zostać deportowane. Przez jakiś czas spory o brutalne zatrzymania w miejscach publicznych, naloty na zakłady pracy oraz deportacje do krajów takich jak Salwador, stanowiły jeden z głównych tematów w amerykańskich mediach.
Administracja uznawała, że tak trzeba, a brutalność działań będzie stanowić dodatkowy element odstraszający osoby zamierzające nielegalnie przedostać się do USA. A potem w Minneapolis z rąk służb imigracyjnych zginęła dwójka amerykańskich obywateli. Ostra polityka wobec nielegalnej imigracji z atutu stała się wizerunkowym obciążeniem dla ekipy Trumpa. W krótkim czasie zakończono operację w Minneapolis. Greg Bovino ze straży granicznej, który był jedną z twarzy tej bardziej agresywnej polityki, został wysłany na emeryturę. Kristi Noem, sekretarz ds. bezpieczeństwa wewnętrznego, została zdymisjonowana. Działania przeciw nielegalnym imigrantom zostały zredukowane, a przede wszystkim zrezygnowano z działań pokazowych.
Temat imigracji zniknął z prasowych nagłówków. Cel „deportować wszystkich” nie ma szans na realizację. Z analizy „New York Times” wynika, że przy całej intensywności akcji deportacyjnej, w 2025 roku udało się wydalić 230 tys. zatrzymanych na terytorium USA (nie podczas przekraczania granicy). Obecnie tempo deportacji jest niższe.
Upadł również inny ambitny cel jaki stawiała sobie administracja Trumpa: zredukowanie deficytu budżetowego i cięcia w niepotrzebnych wydatkach. Zaangażował się w to Elon Musk, który stanął na czele tzw. Departamentu Efektywności Rządu (DOGE). Stawiał sobie za cel cięcia w wysokości 2 bilionów dolarów.
Pierwsze miesiące rzeczywiście wyglądały imponująco, choć zarazem niepokojąco. Rewolucyjne drużyny Muska brały na cel kolejne instytucje: zwalniały ludzi, wykreślały pozycje z budżetów, przejmowały kontrolę nad bazami danych. Budziło to wielkie zaniepokojenie wśród pracowników federalnych, a stopniowo również gniew wśród ich przełożonych. Ostatecznie działalność DOGE została wygaszona ze względu na coraz bardziej wyraźny sprzeciw wyborców i narastające konflikty wewnątrz administracji.
Ostatecznie wydatki w roku fiskalnym 2025 osiągnęły rekordowy poziom, przekraczając 7 bilionów dolarów. Deficyt udało się zredukować o ok. 40 miliardów, co mogłoby brzmieć całkiem dobrze, gdyby całościowo wyniósł on prawie 1,8 biliona dolarów. Za część tej redukcji odpowiadały cła, które później zakwestionował Sąd Najwyższy. W kolejnym roku takich wpływów do budżetu nie będzie, a być może przyjdzie też zrewidować kalkulacje za rok poprzedni.
Obszarów, w których tej administracji przyszło zrewidować swoje założenia i pogodzić się z rzeczywistością jest więcej. Czasem powstrzymywały ją amerykańskie sądy, czasem gniew wyborców, a w jeszcze innych wypadkach globalna polityka. Być może dlatego Donald Trump coraz częściej koncentruje swoje ambicje na mniejszych zagadnieniach: budowie sali balowej i łuku triumfalnego, malowanie sadzawki przed Mauzoleum Linconla i planowanie prezydenckiej biblioteki na Florydzie.