-
Jeśli Aleksander Miszalski zostanie odwołany ze stanowiska prezydenta Krakowa, może to wywołać serię referendów w innych polskich miastach.
-
Centrala Koalicji Obywatelskiej dystansuje się od batalii referendalnej, przez co Miszalski zmuszony jest działać bez wsparcia partyjnych elit.
-
Zarówno rząd, jak i prezydenci innych miast nie udzielili znaczącego poparcia Miszalskiemu, a wynik referendum zdecyduje o jego dalszym losie politycznym.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Choć Aleksander Miszalski staje przed jednym z najważniejszych sprawdzianów w swojej karierze, w referendalnej batalii brakuje mu wsparcia partyjnych elit. Centrala Koalicji Obywatelskiej wyraźnie dystansuje się od głosowania, uznając je za „prywatną sprawę” Krakowian i samego prezydenta miasta. Ta powściągliwość Warszawy to czytelny komunikat wysłany pod Wawel: w tej grze Miszalski został sam.
Centrala Koalicji Obywatelskiej na sytuację w Krakowie patrzy z rosnącym dystansem i irytacją wynikającą z błędów komunikacyjnych prezydenta.
Miszalski nie jest przypadkowym człowiekiem, ale szefem małopolskich struktur Koalicji Obywatelskiej. Po długiej dominacji Jacka Majchrowskiego w Krakowie KO liczyła, że przejmie władzę w drugim największym mieście w Polsce. W kampanii 2024 r. to była kwestia prestiżu.
Miszalski się potknął, KO boi się referendalnej fali
Władze partii oczekiwały od Miszalskiego, że po wygranej z Łukaszem Gibałą gładko przejmie stery w mieście i – podobnie jak w innych dużych miastach – KO będzie rządzić pod Wawelem przez długie lata.
Tymczasem Miszalski potknął się już po dwóch latach. Dopuścił do sytuacji, w której mieszkańcy błyskawicznie zebrali podpisy pod wnioskiem o jego odwołanie i doprowadzili do realnego zagrożenia odwołania ze stanowiska. Wśród elit Koalicji Obywatelskiej jest to postrzegane jednoznacznie jako wizerunkowa porażka.
Konstytucyjny minister blisko współpracujący z Donaldem Tuskiem mówi nam tak: – Co mam powiedzieć? Chciałeś rower, to pedałuj – wzrusza ramionami nasz rozmówca.
– Nieco się obawiamy tego, co może się wydarzyć. Może nie samego odwołania, ale tego, że pójdzie za tym fala na południu kraju. Głównie za sprawą Konfederacji. Już słyszy się o Rzeszowie, Tarnowie czy Wrocławiu – przekonuje minister z KO.
– A co do samego Olka? Lepiej, żeby się utrzymał, bo oczywiście popełnił sporo błędów, ale to dopiero półmetek. W razie czego i tak nie złożymy broni, bo to ważne miasto, więc będziemy walczyć, nawet z innym nazwiskiem – zapowiada nasz rozmówca.
Najnowszy sondaż OGB mówi, że frekwencja w niedzielnym referendum ma oscylować między 27 a 33 proc. Jeśli te przypuszczenia by się potwierdziły, oznaczałoby to koniec prezydentury Miszalskiego.
W krakowskiej KO pytają: Gdzie jest Donald Tusk?
To dlatego premier Donald Tusk od początku nie angażował się w referendalną batalię. Jak mówią jego bliscy współpracownicy, „ma on syndrom zwycięzcy”, a firmowanie swoją twarzą krakowskiego kryzysu wizerunkowego jego partyjnego kolegi nie jest mu do niczego potrzebne. Z prostego powodu – los Miszalskiego jest bardzo niepewny.
Premier do krakowskiego referendum odniósł się w zasadzie tylko raz, gdy pod koniec lutego został o nie zapytany przez dziennikarzy w sejmowym korytarzu.
– Wiadomo, że pomysły o referendum w Krakowie, a później w innych miastach, one się pojawiają i to jest jakiś pomysł PiS-u czy Konfederacji na takie zamieszanie, na rozróbę polityczną, więc ja nie mam żadnej wątpliwości, że to jest jedyny powód, dla którego to referendum jest organizowane – powiedział wówczas szef rządu. I dodał, że „oczywiście, prezydent Miszalski ma pełne wsparcie”.
Kiedy premier wypowiadał te słowa, w Krakowie od miesiąca trwała zbiórka podpisów, a organizacja referendum wcale nie była pewna. Wypowiedź Tuska pojawiła się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy władze Krakowa oficjalnie poprosiły premiera o spotkanie.
Miasto pod koniec zeszłego roku rozpoczęło starania o ulokowanie w Krakowie nowej jednostki Europejskiej Agencji Kosmicznej. Podczas spotkania z premierem Miszalski chciał przedstawić „propozycję” i „omówić dalsze kroki”. Tusk odmówił.
Prztyczków w nos ze strony partyjnej centrali i obozu rządzącego było więcej. Tego samego dnia kiedy Tusk mówił dziennikarzom o „pełnym poparciu”, Miszalski w mediach społecznościowych napisał: „To wielka wiadomość dla naszego miasta i jego przyszłości! Rząd zadeklarował wniosek o 10 miliardów euro na budowę systemów metra w Polsce w najbliższej perspektywie unijnej”.
Na ten wpis natychmiast zareagował Jan Szyszko, wiceminister funduszy i polityki regionalnej. „Pierwsze słyszę, a właśnie wróciłem z rozmów o budżecie w Brukseli” – odpisał publicznie Miszalskiemu.
Rząd trzyma się z daleka od Miszalskiego
W rządzie natomiast opinie dotyczące przyszłości Miszalskiego i wpływu referendum na przyszłość koalicji rządzącej są podzielone. Nie ulega jednak wątpliwości, że centrala przygląda się wydarzeniom pod Wawelem. Nie jest to jednak obserwacja uczestnicząca, bo Miszalski po prostu nie ma dobrej prasy w rządzie.
Minister z PSL: – Sprawa tego referendum w ogóle nie jest to obciążeniem dla rządu. Absolutnie. Szczerze mówiąc ten prezydent jest tak słaby, tak nie wzbudza emocji, że go po prostu nie odwołają. A co by się stało gdyby go odwołali? Pewnie trzeba byłoby pójść we wspólnego kandydata, ale to się nie wydarzy, bo po prostu on się utrzyma.
Minister z Lewicy: – Spójrzmy na to z innej strony: opozycja chce nam odwołać jednego z koalicyjnych prezydentów. Na rok przed wyborami! Jest to jakieś wyzwanie. Gdyby im się udało, pewnie trzeba byłoby się zastanowić, co dalej. Jako Lewica mielibyśmy swojego kandydata, ale w drugiej turze cała koalicja musi poprzeć tę samą osobę.
Jak słyszymy, Miszalski nieustannie dostaje pośredni komunikat, że wszystko jest w jego rękach. Rząd w ostatnich tygodniach nie kwapił się do obrony prezydenta Krakowa, bo obawiał się „efektu Trzaskowskiego”.
W ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej najważniejsi gracze wspierali kandydata KO, ale przyniosło to efekt odwrotny od zamierzonego. Trzaskowski został „sklejony” z bolączkami rządu i to obciążenie mogło mieć wpływ na przegraną w wyborach.
W przypadku krakowskiego referendum skala jest oczywiście znacznie mniejsza, ale jak usłyszeliśmy nieoficjalnie, ważni politycy Koalicji Obywatelskiej mieli dostać także nieformalny zakaz, aby na czas kampanii referendalnej nie pojawiać się w Krakowie i nie wspierać oficjalnie Aleksandra Miszalskiego.
Prezydent dużego miasta: Chętnie pomogę Olkowi, tylko jak?
A może koledzy z magistratów w innych miastach rzucili się do pomocy prezydentowi Krakowa? Również i to nie miało miejsca.
Kiedy kilka tygodni temu rozmawialiśmy z włodarzem jednego z największych polskich miast, usłyszeliśmy zapewnienie, że oczywiście „chętnie pomoże Olkowi” i „jest do jego dyspozycji”.
– Tylko w jaki sposób mogę mu pomóc? Zrobić sobie z nim zdjęcie i wstawić na media społecznościowe? Olek obiektywnie ma najtrudniejsze zadanie z nas wszystkich. Przejął zadłużone miasto po wieloletnim poprzedniku. Do tego Kraków jest specyficzny, profesorski, trzeba znać jego energię. Nie wiem, czy jakieś podpowiedzi z zewnątrz cokolwiek by tu zmieniły – przekonywał nasz rozmówca.
– Referendum ma pozostać sprawą lokalną, odpowiedzialny za nie jest Miszalski i jego własne decyzje. Nie należy łączyć tego z Koalicją Obywatelską – odcinał się z kolei jeden z posłów.
Efekt jest taki, że ani rząd, ani włodarze innych miast, nie wsparli gremialnie Miszalskiego w bitwie o przetrwanie. Prezydent Krakowa został sam, wraz z najbliższymi współpracownikami, krakowskimi politykami, artystami i celebrytami. W ostatnich tygodniach pracował normalnie, pojawiał się tam, gdzie miał się pojawiać. Walczył o swoje i był sobą. W referendalnej walce nie stoi na przegranej pozycji, choć już dziś wiadomo, że od 24 maja prezydentura Krakowa będzie inna.
Jeśli Miszalski wygra, będzie pamiętał, na kogo mógł liczyć w tym starciu. A mógł liczyć na siebie i najbliższych z krakowskiego podwórka. A nie na partyjną centralę. Jeśli jednak frekwencja dopisze i Krakowianie odwołają Miszalskiego, centrala KO natychmiast odetnie się od porażki, zrzucając winę na błędy lokalnego włodarza. W tej grze Miszalski nie jest dla centrali partnerem do obrony za wszelką cenę, stał się problemem, który musi rozwiązać sam.
Referendum w Krakowie odbędzie się 24 maja. Głosowanie potrwa od godz. 7 do 21. Aby referendum o odwołanie prezydenta było ważne, do urn musi pójść 158,5 tys. Krakowian. Z kolei aby głosowanie w sprawie odwołania rady miasta było wiążące, głos musi oddać 179,9 tys. osób.
Dawid Serafin, Łukasz Szpyrka