– Mamy do czynienia z istotnym zjawiskiem. Co prawda w XX w. demokracje doświadczyły znacznie poważniejszych kryzysów, ale jest tu nowa jakość – mówi Interii niemiecki politolog prof. Wolfgang Merkel z Berlińskiego Centrum Badań Społecznych.
Co istotne, kryzys przywództwa nie uznaje podziałów ideologicznych. Problemy dotykają bowiem w tym samym stopniu całe spektrum polityczne – od lewicy, przez centrum po prawicę.
Gorsi niż Donald Trump. Europejscy liderzy na dnie
W Europie nie brakuje przywódców, których rządy we własnych krajach oceniane są gorzej niż Donalda Trumpa w USA – polityka uchodzącego za globalny wzorzec metra społecznego rozczarowania.
Według danych portalu Statista jego praca cieszy się uznaniem 38 proc. Amerykanów. Niezadowolonych jego rządami jest 57 proc. mieszkańców USA. (6 proc. nie ma zdania).
Tymczasem na Starym Kontynencie są tacy, którzy swoją niepopularnością biją Trumpa na głowę. Jak wspomniał prof. Merkel, wcale nie chodzi o przywódców krajów peryferyjnych, ale najważniejsze państwa Europy. W niechlubnym rankingu niepopularnych polityków prym wiodą liderzy trzech największych europejskich gospodarek: Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii.
Emmanuel Marcon – król potępionych
Niekwestionowanym królem niepopularności w Europie jest Emmanuel Macron. Pod koniec października ubiegłego roku wpływowy dziennik Le Figaro ogłosił, że urzędujący prezydent osiągnął najniższy w historii V Republiki poziom poparcia. To wtedy niezadowolenie z jego rządów sięgnęło dna: wskaźniki poparcia spadły do marnych 11 proc. Jak zauważyli dziennikarze „Le Figaro”, zrównał się ze swoim skrajnie niepopularnym poprzednikiem François Hollande’em.
Według kwietniowych danych portalu Statista pracę Emmanuela Macrona pozytywnie ocenia 18 proc. Francuzów. Negatywnie – 75 proc. 7 proc. nie ma zdania.

Macron na swoje rankingi (nie)popularności pracował jednak prawie 10 lat i ma na koncie mnóstwo niepopularnych społecznie decyzji, które potrafiły doprowadzić do wielkiej fali protestów.
Niewiele od niego lepszy kanclerz Niemiec Friedrich Merz już po roku rządzenia cieszy się akceptacją jedynie 19 proc. Niemców. 76 proc. jest Merzem rozczarowanych. Zdania na temat jego rządów nie ma 5 proc. badanych.
Rok dłużej niż niemiecki kanclerz rządzi brytyjski premier Keir Starmer, ale i jego wskaźniki popularności sprawiają, że w Wielkiej Brytanii już wieszczy się jego polityczny koniec. Rządy Stermera akceptuje 27 proc. Brytyjczyków, a odrzuca je 65 proc. z nich. Niezdecydowanych jest 8 proc.
Macron, Merz i Starmer nie są tym dramacie osamotnieni, bo lista europejskich przywódców, którzy mierzą się z fatalnymi sondażami, jest dłuższa. Tuż za plecami wspomnianej trójki są odpowiednio premier Holandii, kanclerz Austrii oraz premier Norwegii.
Rządy stają wobec wielkich ponadnarodowych wyzwań, takich jak migracja, kryzys klimatyczny czy wojna, którym nie są w stanie skutecznie sprostać samodzielnie jako państwa narodowe – a czasem nie są w stanie sprostać im w ogóle
Na tym tle walczących o przetrwanie polityków wyróżnia się Donald Tusk, który według portalu Statista ma niemal tyle samo zwolenników (43 proc.) co przeciwników (45 proc.).
Z krajów unijnej „wielkiej piątki” (Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Polska) nie najgorzej w porównaniu z Macronem i Merzem radzi sobie hiszpański premier Pedro Sánchez (38 proc. zwolenników, 57 proc. przeciwników) oraz włoska premier Georgia Meloni (39 proc. zwolenników, 55 proc. przeciwników). To wciąż jednak rozczarowujące dla nich wyniki.
Trend jest bezlitosny: władza zużywa rządzących Europą polityków. Ile w tym lokalnych uwarunkowań, a ile systemowych problemów wspólnych dla całej Europy?

Wspólny dramat Macrona, Merza i Starmera
„Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób” – pisał w „Annie Kareninie” Lew Tołstoj. Jeśli jednak bliżej przyjrzeć się losom czołowych europejskich przywódców, okaże się, że ich nieszczęścia nie są czymś wyjątkowym. Mają cechy wspólne i mają charakter systemowy.
To politycy, których kariery rozkwitały w dobie zaawansowanej globalizacji (…) Ciągle wierzą w recepty, które między rokiem 1989 a 2010 przynosiły przynajmniej krótkoterminowo jakieś rezultaty
Owszem, Macron, Merz, Starmer i inni niepopularni przywódcy mają na sumieniu całą listę politycznych grzechów. Są one jednak tylko nadbudową tego dramatu władzy. Bazę ich słabych wyników tworzy głównie powszechne poczucie, że demokracja przedstawicielska przestała spełniać społeczne oczekiwania.
Odkąd na początku XXI w. stabilnym dotąd światem zaczęły wstrząsać globalne problemy – od wojny z terrorem i kryzysu ekonomicznego 2008 r., przez kolejne konflikty zbrojne, pandemię i masowe migracje – wyborcy mają poczucie, że ich wybrańcy nie potrafią radzić sobie z nawarstwiającymi się wyzwaniami. A wręcz tracą kontrolę nad procesami, które kształtują ich życie.
Dużo chcą, niewiele mogą?
W świecie wszechpotężnego międzynarodowego kapitału, który często ma siłę większą niż państwa narodowe, przywódcy w dużej mierze stracili władzę na procesami gospodarczymi. Żaden polityk nie jest w stanie powstrzymać konsekwencji zmian klimatycznych, które generują kryzysy migracyjne i ekonomiczne. Większość z nich nie ma też wpływu na imperialne wojny wywoływane przez mocarstwa. Płacą jednak cenę za wstrząsy polityczne, gospodarcze i migracyjne, które te konflikty wywołują.
Większość krajów rozwiniętych mierzy się dziś z ledwie zauważalnym wzrostem gospodarczym. Istnieje wyraźny związek między słabą kondycją ekonomiczną Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji czy innych dużych europejskich gospodarek a pozycją polityczną ich liderów. Prognozy na ten rok w najbardziej optymistycznym wariancie nie dają im więcej niż 1 proc. wzrostu PKB.
W oczywisty sposób przekłada się to negatywnie na dobrobyt i stabilność ekonomiczną tych społeczeństw. Jątrzącą się raną, która jest zjawiskiem towarzyszącym nam dopiero od kilku lat, a która wpływa na nastroje społeczne, jest niekończący się kryzys kosztów życia wynikający z inflacji, niedoborów mieszkań, stagnacji płac w stosunku do inflacji.
Jeśli dodamy do tego ciągłe kryzysy związane z cenami energii, krajobraz społeczno-ekonomiczny wyjątkowo nie sprzyja rządzącym, którzy są obwiniani o brak skutecznych działań.
– W Europie – a do pewnego stopnia także w Stanach Zjednoczonych – mamy do czynienia z kryzysem rządzenia i reprezentacji politycznej. Rządy stają wobec wielkich ponadnarodowych wyzwań, takich jak migracja, kryzys klimatyczny czy wojna, którym nie są w stanie skutecznie sprostać samodzielnie jako państwa narodowe – a czasem nie są w stanie sprostać im w ogóle – potwierdza prof. Merkel.
Politolog zwraca też uwagę na istotne napięcie między globalizmem a lokalnością. – Elity polityczne, gospodarcze i medialne mają zwykle kosmopolityczne spojrzenie na świat, podczas gdy dolna połowa społeczeństwa pozostaje bardziej zorientowana narodowo. W rezultacie szerokie grupy społeczne przestają czuć się właściwie reprezentowane – zauważa rozmówca Interii.
O ile związek między rządem a jego zwolennikami kiedyś przypominał może nieszczęśliwe, ale jednak solidne małżeństwo katolickie, o tyle dziś relacja rządu z wyborcami przypomina pójście do łóżka na jedną noc
W podobnym duchu mówi prof. Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego, który wskazuje, co łączy skrajnie niepopularnych europejskich przywódców.
– To politycy, których kariery rozkwitały w dobie zaawansowanej globalizacji i którzy nie potrafią sobie poradzić z wyzwaniami deglobalizacji, to znaczy ograniczania procesów globalizacji i społecznymi reakcjami na te zjawiska. Ciągle wierzą w recepty, które między rokiem 1989 a 2010 przynosiły przynajmniej krótkoterminowo jakieś rezultaty – mówi Interii.
– Są to wszystko politycy ukształtowani w neoliberalnej polityce wzorowanej na współczesnej gospodarce, gdzie menadżer nie jest rozliczany z długoterminowych projektów, z tego co będzie za lat pięć, tylko z najbliższego okresu rozliczeniowego, za trzy miesiące. W efekcie ich polityka jest doraźnym trwaniem od czasu do czasu okraszanym tylko patetycznymi sformułowaniami – dodaje Chwedoruk.
-
Tragedia na Słowacji. Nie żyje polska turystka
-
Donald Trump przeszedł kompleksowe badania. Komunikat Białego Domu po fali spekulacji
Władzę łatwiej zdobyć, niż utrzymać
W 2013 r. Moisés Naím zwracał uwagę, że obecnie „władza stała się łatwiejsza do zdobycia, trudniejsza do użycia i łatwiejsza do stracenia„.
„Rządy upadają szybciej niż kiedyś i o wiele rzadziej są wybierane ponowne” – komentował z kolei Iwan Krastew w książce „Demokracja: przepraszamy za usterki”. Bułgarski politolog analizował w niej przyczyny gigantycznej fali protestów, która w poprzedniej dekadzie przelewała się przez świat.
Już wtedy zauważał to, co dopiero dziś obserwujemy w stabilnych do niedawna demokracjach: „Cudem byłoby znalezienie rządu, który cieszy się poparciem większości wyborców choćby w rok po tym, jak został wybrany„.
W starych dobrych czasach rządzący mieli przewagę z samego tylko faktu sprawowania władzy. Te czasy się jednak skończyły. „O ile związek między rządem a jego zwolennikami kiedyś przypominał może nieszczęśliwe, ale jednak solidne małżeństwo katolickie, o tyle dziś relacja rządu z wyborcami przypomina pójście do łóżka na jedną noc” – przekonywał barwnie Krastew i dodawał: „Wyborcy nie traktują już swego głosu jako długoterminowego kontraktu z partią, którą wybrali„.
– To poważny kryzys zaufania – mówi Interii prof. Merkel, komentując te procesy już z perspektywy 2026 r. i problemów państw przez dekady uważanych za stabilne demokracje. – W takich krajach jak Niemcy, Austria, Francja czy Wielka Brytania zaufanie obywateli zarówno do przywódców politycznych, jak i do siebie nawzajem wyraźnie osłabło. Utrata zaufania i polaryzacja wzajemnie się napędzają – mówi politolog.
Prof. Merkal zwraca uwagę, że niewiele pozostało państw, których nie dotknął kryzys reprezentacji politycznej i w których nie postępuje proces spadku zaufania oraz narastającej polaryzacji. – Kraje Europy Północnej, Kanada i Nowa Zelandia prawdopodobnie zachowają stabilność. W innych państwach europejskich oraz w Stanach Zjednoczonych kryzys będzie się utrzymywał, choć bez przekształcenia tych krajów w jawnie autorytarne reżimy – przewiduje.
Popularny cytat z postapokaliptycznej powieści G. Michaela Hopfa, który stał się równie popularnym memem i diagnozą polityczną, powiada, że „trudne czasy tworzą silnych ludzi. Silni ludzie tworzą dobre czasy”. Być może rozchwiany świat trzeciej dekady XXI w. hartuje charaktery zwykłych obywateli, ale na pewno nie tworzy silnych przywódców, którzy stworzą dobre czasy.