-
Porozumienie Trumpa z Iranem otworzyło możliwość znacznego spadku cen ropy na świecie na skutek zwiększonej podaży taniego surowca.
-
Napięcia w regionach naftowych, wejście nowych inwestorów do Wenezueli i Argentyny oraz odejście ZEA z OPEC mogą prowadzić do nadprodukcji ropy i osłabienia kontroli dawnego kartelu na rynek.
-
Spadające rezerwy i wojna cenowa stawiają Rosję w trudnej sytuacji finansowej, zwłaszcza przy rosnących kosztach wydobycia i niszczonym przemyśle rafineryjnym.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
– Za około cztery tygodnie skończą nam się rezerwy – oznajmił Donald Trump podczas szczytu G7 we Francji. Prezydent USA ostrzegł obecnych na spotkaniu przywódców, że jeśli tak się wydarzy, to na świecie „zapanuje zamęt”.
Wypowiedź prezydenta USA świadczy o tym, że ma on świadomość zagrożenia, przed którym od wczesnej wiosny ostrzegała Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA). Blokada cieśniny Ormuz zmusiła kluczowe kraje do stopniowego uwalniania rezerw paliw (szerzej opisane w tekście „Ropa i Donald Trump mogą wygrać Iranowi wojnę”).
Jednocześnie Chiny radykalnie obniżyły własne zakupy ropy, aby stabilizować globalny popyt. Tak udawało się utrzymywać cenę w okolicach 100 dolarów za baryłkę. Mimo tego rezerwy topniały. Te, znajdujące się pod kontrolą rządu federalnego USA, zmalały z 415 mln baryłek do 340 mln obecnie. Oznacza to ich najniższy stan od 1983 r.
Zapas był więc nadal spory, lecz świat sukcesywnie zmierzał w stronę momentu, gdy zaczęłoby fizycznie brakować paliw na rynku. Wówczas globalny krach ekonomiczny stałby się faktem. Trudno orzec, czy nadejście tego momentu nastąpiłoby za cztery tygodnie – jak sugerował Trump – czy, jak szacowała IEA, jesienią. W każdym razie sytuacja zmusiła prezydenta USA do podpisania memorandum dającego Iranowi przywileje, o jakich Teheran jeszcze na początku roku nie mógł marzyć.
W zamian za odblokowanie cieśniny Ormuz amerykański prezydent hojnie obdarował wroga:
-
zniesieniem sankcji i blokady morskiej,
-
odmrożeniem ok. 25 mld dolarów irańskich aktywów w zachodnich bankach,
-
utworzeniem międzynarodowego funduszu odbudowy Iranu wartego ok. 300 mld USD,
-
a także kilkoma innymi prezentami.
Wszystko to przykrywając medialnie rezygnacją Teheranu z chęci posiadania broni jądrowej. Co reżim ajatollahów robił już tak wiele razy, że można się pogubić w rachunkach.
Ale choć Trump wpakował Stany Zjednoczone w bezsensowną awanturę i próbuje się z niej wykaraskać w upokarzający dla supermocarstwa sposób, to jednak zrobił mnóstwo dobrego. Przy czym nie dla Ameryki oraz porzucanego przez siebie Izraela, ale dla Polski i Europy. Otworzył bowiem szansę, że w nieodległej przyszłości doczekamy się olbrzymiej nadprodukcji ropy. A rozkoszując się tanim paliwem, będziemy jednocześnie mogli śledzić monumentalny spektakl, jakim staje się wykrwawienie Rosji.
Cicha naftowa rewolucja
Oczywiście aby paliwa gwałtownie staniały, co przyniosłoby nokautujące straty rosyjskiej gospodarce, pokój musi zapanować w kluczowych regionach świata na dłużej.
Przed atakiem USA i Izraela na Iran średnia cena baryłki ropy naftowej oscylowała w okolicach 60 dolarów i sukcesywnie obniżała ją nadpodaż surowca. Działo się tak pomimo:
-
samoograniczania się OPEC,
-
sankcji nałożonych na Rosję,
-
restrykcji, którymi od dawna objęto Iran,
-
totalnego zdewastowania przez reżim Nicolasa Maduro przemysłu wydobywczego w Wenezueli
-
oraz niepewnej sytuacji w Libii.
Kłopotów było mnóstwo, ale i tak na świecie wydobywano zbyt wiele ropy – zdaniem jej producentów. Nie lubią oni tych okresów, gdy cena baryłki wprawdzie pokrywa koszty jej wydobycia, rafinacji i dystrybucji, ale uzyskiwany zysk staje się irytująco niski. Dlatego amerykańskie koncerny naftowe wygaszały plany nowych odwiertów w USA, bo koszty pozyskania baryłki ze złóż łupkowych okazywały się wyższy niż 40 dolarów.
Nowe inwestycje w innych regionach świata również się ślimaczyły. Ich uzasadnienie ekonomiczne okazywało się bowiem wątpliwe. I nagle nadciągnął Trump, by rozpocząć swoją szarzę. Bez wnikania w jej sensowność, spójrzmy na skutki.
Na początek zaordynował uprowadzenie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro. Po czym wezwał do siebie szefów amerykańskich korporacji naftowych, żeby wymusić na nich inwestycje w tym południowoamerykańskim kraju. W spadku po Maduro zostało wydobycie na poziomie 1,17 mln baryłek dziennie, gdy 20 lat temu oscylował w okolicach 2,6 mln baryłek. Tymczasem Wenezuela jest posiadaczem największych złóż ropy na globie. Acz jest to tzw. ropa ciężka, wymagająca specjalnego procesu rafinacji.
Wielkie korporacje na czele z Exxonem i Chevronem robiły, co mogły, by nie spełnić życzenia Trumpa i uniknąć inwestowania w niestabilnej Wenezueli. Ale prezydent uderzył na Iran i blokada cieśniny Ormuz zmieniła sytuację.
Jak doniósł 15 czerwca 2026 r. serwis „Politico”, o prawa do eksploracji wenezuelskich pól naftowych zaczęły się ubiegać mniejsze firmy: Hunt Oil, HKN Energy i Crossover Energy. To, że mogą wyszarpać dla siebie najbardziej słodkie kawałki naftowego tortu, zaniepokoiło gigantów.
Cytowany przez „Politico” dyrektor firmy doradczej Orinoco Research Elias Ferrer wyścig do złóż, jaki wystartował w Wenezueli opisał słowami:
„To trochę jak FOMO (Fear of Missing Out, czyli strach przed przegapieniem czegoś – przyp. aut.). Kto pierwszy, ten lepszy, dlatego wszyscy chcą przyjść i poprosić o pole, zanim ktoś inny je dostanie”.
Od strony technicznej zwiększenie wydobycie wenezuelskiej ropy do nawet 3 mln baryłek dziennie to nie problem, tylko sprawa czasu i determinacji inwestorów.
W tym samym czasie blokada Ormuz zmotywowała koncern Chevron do ogłoszenia, iż zainwestuje 13,8 miliarda dolarów w eksplorację złóż ropy łupkowej w Argentynie. Korporacja wolała je od wenezuelskich, ponieważ prezydent Javier Milei zapewnia pakiet ulg podatkowych, a koszty wydobycia w rejonie El Trapial okazują się bajecznie niskie. I jeśli wierzyć argentyńskim raportom, wynoszą one 8,8 dolara za baryłkę (szerzej o tym w tekście „Niedawny bankrut może zostać nową Arabią Saudyjską”).
Obecne wydobycie ropy w Argentynie wynosi ok. 800 tys. baryłek dziennie. Ale bogactwo złóż i olbrzymie inwestycje stwarzają potencjał, by kraj ten dostarczał na rynek nawet sześć mln baryłek.
Na tym wcale się nie kończą „sukcesy” Trumpa. W trakcie blokady Ormuz pękła, trwająca niezachwianie od lat 70. ubiegłego wieku, solidarność krajów zrzeszonych w OPEC. Organizację tę opuściły 1 maja Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA). Rządzący nimi szejk Muhammad ibn Zajid Al Nahajjan nie ukrywa, że uczynił tak, aby wydobywać i sprzedawać paliwo bez żadnych ograniczeń. W zeszłym roku ZEA dostarczały na światowe rynki 3,1 mln baryłek dziennie. Teraz chcą oferować nawet 5,2 mln baryłek.
Jest to niczym spluniecie w twarz dawnego sojusznika, rządzącego Arabią Saudyjską księcia Muhammada ibn Salmana. Napięcie miedzy obu naftowymi potentatami od początku tego roku sukcesywnie rośnie. Szykuje się więc wojna cenowa, bo zwiększenie wydobycia z naftowych pól Arabii nie jest wielkim problemem. Tymczasem krajem najbardziej niegotowym na taki rozwój sytuacji jest Rosja.
Zapach ropy
Zapowiada się, że mieszkańcom Moskwy poranki coraz częściej będzie ubarwiał widok płonącej rafinerii i towarzyszący temu zapach. I nie tylko im. Siły zbrojne Ukrainy posiadają już zdolności zniszczenia każdej rafinerii zlokalizowanej w europejskiej części państwa Władimira Putina. Straty są ogromne i w coraz to nowych regionach kraju benzyna oraz olej napędowy staje się dobrami luksusowymi.
Po pięciu latach wojny Rosja zaczyna krwawić i wyczerpywać swój potencjał ekonomiczny. Jednak nadal zachowuje, kluczową dla jej finansów, zdolność eksportu nieprzetrwożonej ropy. Szacunki Międzynarodowej Agencji Energetycznej mówią, że w 2026 r. jest to około 5,2 mln baryłek dziennie.
Kreml oficjalnie przyznaje się, że koszty działań zbrojnych pochłaniają ok. 30 proc. wydatków budżetowych. Przy czym mówienie prawdy to rzecz, która przydarza się rządzącym Rosją jedynie przypadkiem. Zatem niezależni analitycy szacują, że wydatki są jeszcze wyższe.
Wydolność rosyjskiej machiny wojennej jest więc ściśle powiązana z tym, jak wiele ropy uda się sprzedać oraz za ile. Tymczasem Donald Trump swym atakiem na Iran i obecnym odwrotem poukładał to tak, że zaczęło się zanosić na globalną przecenę, a potem wyprzedaż.
Nie wydarzy się ona od razu. Jeśli cieśnina Ormuz zostanie trwale odblokowana, odbiorcy muszą najpierw zapełnić opróżnione magazyny. Jednak wiosną, jeśli pokój będzie się utrzymywał, a złoża Wenezueli, Argentyny, ZEA, Arabii Saudyjskiej itd. będą coraz mocniej eksploatowane, spadki cen staną się nieuchronne. Tym bardziej, że OPEC traci dawną kontrolę nad rynkiem. Dla Kremla to katastrofalna perspektywa. Ale może być jeszcze gorzej.
Putin w potrzasku
Firmy analityczna Stratfor (chwaląca się funkcją prywatnej agencji wywiadowczej) w 2020 r. przygotowała raport „The Golden Age of Russian Oil Nears an End”. Szacowano w nim zasobność złóż posiadanych przez Rosję, koszty wydobycia oraz perspektywy na przyszłość. Wedle analityków Stratfor rosyjskie pola naftowe dożywają swych dni. Ich zdaniem: „do 2035 r. ilość surowca pozyskiwanego z dotychczasowych złóż spadnie w Rosji od 12 do nawet 40 proc”. Co gorsza, koszt pozyskania spod ziemi jednej baryłki będzie systematycznie rósł z 40 do nawet 50 dolarów.
Ratunkiem byłoby uruchamianie wydobycia w Arktyce oraz sięgniecie do złóż łupkowych. To wymagało jednak miliardowych inwestycji. Nawet je szykowano, ale Putin wolał najechać na Ukrainę. Z tego powodu posiadane rezerwy finansowe poszły na podtrzymywania bieżącej sprzedaży. No ale nikt na Kremlu się nie spodziewał, że tygodniowa operacja specjalna potrwa pięć lat. Może zresztą potrać dużo dłużej, choć z perspektywy rosyjskich interesów należałoby ją jak najszybciej zakończyć. Nawet w stylu amerykańskiej ewakuacji z Zatoki Perskiej. Byłoby to lepsze od czekania na efekt noża wbitego w plecy, który umieścił tam niechcący, prezydent Donald Trump.