Dawid Serafin, Interia: „Salim Touahri jest niewinny”. Na te słowa czekał pan blisko siedem lat.
Salim Touahri: – Cały czas wiedziałem, że jestem niewinny. Jednak, kiedy usłyszałem słowa sędziego, aż poleciały mi łzy. Poczułem wielką ulgę.
Kiedy rozmawialiśmy pięć lat temu, powiedział pan, że ma duszę wojownika i wie, że prawda w końcu zwycięży.
– Wtedy nie myślałem, że tyle to potrwa. Zostałem zatrzymany w styczniu 2020 r. Tydzień przed moim ślubem.
Jak dobrze pamięta pan tamten dzień?
– Tamtego wieczoru pojechaliśmy z moją narzeczoną, dziś żoną, do restauracji w centrum Krakowa. Była z nami 9-letnia siostrzenica. Powiedziałem do narzeczonej, że jeszcze wejdę do apteki, żeby kupić krople do oczu. Potem wszystko było jak w filmie.
Byłem niewinny. Deklarowałem współpracę i chęć wyjaśnienia wszystkiego. Mówiłem, że mam nieposzlakowaną opinię i że zarzuty są nieprawdziwe. Były na mnie naciski, abym się przyznał.
Miała być romantyczna kolacja, a został pan powalony, mierzono z broni.
– Antyterroryści wpadli do apteki, byli uzbrojeni w karabiny, granaty hukowe. Było ich kilkunastu. Widziałem na moim ciele świecące czerwone lasery karabinów. Byłem przerażony, zadawałem sobie pytanie, co tu się dzieje. Zostałem powalony na ziemię. Potem miałem skute ręce i nogi takim kajdankami i połączone łańcuchem.
Kiedy policjanci wieźli pana do prokuratury, była taka myśl, że zaraz wszystko się wyjaśni i cała sytuacja okaże się tylko pomyłką?
– Przeszła mi przez głowę taka myśl. Jednak, kiedy zobaczyłem nastawienie prokuratora, zwątpiłem w sprawiedliwość. Prokuratora interesowało tylko to, abym przyznał się do winy.
Prokurator Tomasz Dudek z Prokuratury Krajowej postawił panu zarzuty handlu narkotykami i udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Brzmi poważnie.
– Tylko, że ja byłem niewinny. Deklarowałem współpracę i chęć wyjaśnienia wszystkiego. Mówiłem, że mam nieposzlakowaną opinię i że zarzuty są nieprawdziwe. Były na mnie naciski, abym się przyznał.
Naciski? Czyli sugerowano panu, żeby się pan przyznał, a wtedy wyjdzie na wolność?
– Tak, dokładnie takie były sugestie. Wiedzieli, że za tydzień mam ślub, mamy zaproszonych gości, wszystko zapięte jest na ostatni guzik. Nikt nie jest w stanie zrozumieć, co wtedy czułem. Nie zamierzałem się jednak przyznać do czegoś, czego nie zrobiłem.
Przestrzegałem prawa przez całe życie, a zostałem zatrzymany jak najgorszy przestępca. Tylko dlatego, że ktoś zmyślił sobie historię na mój temat. Prokurator nigdy nie zweryfikował jego słów
Dlaczego prokurator chciał, aby się pan przyznał?
– Myślę, że w ten sposób chciał dać wiarygodność Krystianowi K., małemu świadkowi koronnemu.
Mężczyzna, o którym pan wspomina to mały świadek koronny w procesie gangu braci „Zielonych”. W przeszłości skazany m.in. za składanie fałszywych zeznań. To na podstawie jego opowieści prokurator postanowił o pańskim zatrzymaniu i postawieniu zarzutów?
– To człowiek, który za uzyskaną wolność powie wszystko. Przestrzegałem prawa przez całe życie, a zostałem zatrzymany jak najgorszy przestępca. Tylko dlatego, że ktoś zmyślił sobie historię na mój temat. Prokurator nigdy nie zweryfikował jego słów.
– W prokuraturze odbyła się konfrontacja między mną a Krystianem K. Podczas tej konfrontacji zmieniał on swoje zeznania. Po tej konfrontacji z Krystianem K. powiedziałem do policjanta CBŚP, że mam nadzieję, że prawda zwycięży.
Krystian K. opowiedział prokuraturze także, że chciał pan przejąć kierowanie grupą przestępczą razem z Magdaleną K. (dziś L. – przyp. red.). To była dziewczyna Mariusza Z. – jednego z liderów gangu braci Zielonych, znana bardziej jako „miss listów gończych”.
– To kompletna bzdura. W momencie, kiedy rzekomo miało się to dziać, byłem w Stanach Zjednoczonych i skupiałem się na swojej karierze sportowej. To jedno z wielu fałszywych zeznań.
Krystian K. został w 2018 r. małym świadkiem koronnym. Wtedy nic nie wspominał prokuraturze o pana udziale w handlu narkotykami ani o udziale w grupie przestępczej. Zmienił zdanie w okolicy 2019 r. Dlaczego?
– W grudniu 2017 r. policjanci zastrzelili Adriana Z. (lider gangu braci Zielonych, powiązany ze środowiskiem pseudokibiców – przyp. red.). Kiedy to się stało, przebywałem w Stanach Zjednoczonych. Jednak wcześniej miałem wykupiony już bilet do Polski, żeby przylecieć na święta Bożego Narodzenia. Akurat to zbiegło się z pogrzebem Adriana Z.
Na tym pogrzebie niósł pan dużą fotografię Adriana Z.
– Adrian był kolegą mojego brata. Wszyscy wychowaliśmy się na jednym osiedlu i chodziliśmy razem do jednej szkoły. Traktowali mnie oni trochę jak takiego sportowego celebrytę. Zostałem poproszony o poniesienie fotografii, zgodziłem się. Po pogrzebie w restauracji w centrum Krakowa przypadkiem spotkałem Krystiana K. Słyszałem, że źle mówił o Adrianie. Powiedziałem mu, że o zmarłych nie powinno się mówić źle. Doszło między nami do kłótni.
Po tym, jak sąd przedłużył mi areszt, napisałem do Sądu Apelacyjnego. Wtedy bardzo znana pani sędzia odpisała mi, że powinienem liczyć się z konsekwencjami swoich działań i że jestem niewiarygodny. Ona nie znając mnie, zasugerowała, że jestem winny
A skąd pan znał Krystiana K.?
– Z siłowni, gdzie trenowałem. Jednak nie była to jakaś zażyła znajomość. Trzymałem go na dystans.
Ostatecznie jednak na podstawie słów Krystiana K. prokuratura skierowała do sądu wniosek o pana tymczasowe aresztowanie.
– Żeby trafić do aresztu tymczasowego prokuratura powinna uprawdopodobnić przestępstwo. Sędzia nie zgodził na moje aresztowanie. Mogłem wrócić do bliskich. Ten sędzia uratował mi rodzinę.
Ślub się odbył, ale miesiąca miodowego nie było.
– Nie było. Jestem pełen podziwu dla mojej żony. Wiem, ile przeszła i ile musiała dźwigać. Zresztą nie tylko ona, ale także inni moi bliscy.
Gdyby wtedy sędzia zdecydował inaczej, dziś mogłaby nie być pana żoną. Być może zaczęłyby się rodzić w jej głowie pytania, że być może tak naprawdę pana nie znała.
– Nigdy we mnie nie zwątpiła.
Tuż po ślubie sąd rozpatrzył zażalenie prokuratora. Tym razem decyzja była inna: areszt tymczasowy.
– Pamiętam zaskoczenie prokuratora, jak wtedy pojawiłem się w sądzie. Jak mnie zobaczył na korytarzu, to powiedział mi, że nie jestem tu potrzebny, żebym wracał do domu.
Myśli pan, że znów chciał pana spektakularnie zatrzymać?
– Nie wiem, jaki miał plan. Nic nie zrobiłem, więc wychodziłem z założenia, że nie mam się czego bać. Chciałem wszystko wyjaśnić przed sądem, odpowiedzieć na każde pytanie. Pokazać, że mały świadek koronny kłamie na mój temat. Chciałem złożyć obszerne wyjaśnienia.
Mam żal do prokuratora. Rozumiem, że taka jest jego praca. Powinien od razu przedstawiać dowody obciążające, ale powinien też dążyć do prawdy i przedstawiać dowody, które świadczą o niewinności. A w moim przypadku było ich bardzo dużo
W tamtym momencie sąd zdecydował, że trafi pan do aresztu. W sumie przesiedział pan w nim 14 miesięcy.
– W tym czasie dwukrotnie spotkałem się z żoną. Na początku prokurator nie dał zgody nawet na telefony do rodziny. To trwało kilkanaście tygodni. W maju 2020 r. dostałem zgodę, że mogę dzwonić do żony, ale w sierpniu mi tę zgodę cofnięto. W celi spędzałem 23 godziny na dobę.
Co było najtrudniejsze?
– Było wiele ciężkich momentów, nie o wszystkich chcę mówić.
Pan jest sportowcem, tuż przed zatrzymaniem był pan u progu spełnienia wielkiego sportowego marzenia.
– Trenuję sporty walki od 23 lat. Trenowałem i walczyłem w USA, Australii czy Portugalii. Tuż przed zatrzymaniem miałem przygotowany nowy kontrakt na klika walk za duże pieniądze.
– W ogóle w areszcie niemożliwe było utrzymanie tego rytmu treningowego. Pamiętam też jeszcze jedną trudną chwilę z tamtego okresu. Kiedy śledztwo się zakończyło, zapoznałem się z aktami śledztwa i czekałem na pierwszą rozprawę. To trwało kilkanaście tygodni.
Liczył pan, że pojawi się w sądzie, wszystko opowie i sprawa się wyjaśni?
– Tak. Chciałem złożyć zeznania, opowiedzieć sędziemu kim jestem. Jestem sportowcem, który od najmłodszych lat całe swoje życie podporządkował treningom. Studiowałem, nigdy nie byłem karany, mam nieposzlakowaną opinię. Tuż przed zatrzymaniem otrzymałem pozwolenie na broń, bo jestem członkiem klubu strzeleckiego. Moi znajomi z USA zarazili mnie tym sportem. Aby otrzymać pozwolenie trzeba zostać dokładnie zweryfikowanym przez służby. Nie było żadnych zastrzeżeń.
– To wszystko wtedy chciałem powiedzieć sędziemu. Choć w tamtym momencie moja wiara w wymiar sprawiedliwości była nikła. Po tym, jak sąd przedłużył mi areszt, napisałem do Sądu Apelacyjnego. Wtedy bardzo znana pani sędzia odpisała mi, że powinienem liczyć się z konsekwencjami swoich działań i że jestem niewiarygodny. Ona nie znając mnie, zasugerowała, że jestem winny. A Krystian K., który został uznany za winnego składania fałszywych zeznań, jest wiarygodny.
Ma pan żal do wymiaru sprawiedliwości?
– Mam żal do prokuratora. Rozumiem, że taka jest jego praca. Powinien od razu przedstawiać dowody obciążające, ale powinien też dążyć do prawdy i przedstawiać dowody, które świadczą o niewinności. A w moim przypadku było ich bardzo dużo. Mam żal, że wymiar sprawiedliwości „na słowo” uwierzył skazanemu za składanie fałszywych zeznań. Nie potrafię tego zrozumieć. To jest system, który rujnuje niewinnym ludziom życie i ich rodzinom.
To może nie być koniec. Po blisko siedmiu latach usłyszał pan, że jest niewinny, ale prokurator może złożyć zażalenie.
– Tak to wygląda. Nigdy jednak nie pojawią się żadne dowody na to, co powiedział mały świadek koronny. Zresztą w swoim uzasadnieniu powiedział to sędzia. Słowa takich osób trzeba weryfikować. Zresztą po wypuszczeniu mnie z aresztu chodziłem na każdą rozprawę, zgłębiałem prawo, uczyłem się prawniczego słownictwa.
Mówi pan o swojej historii bardzo spokojnie.
– Jestem tym już zmęczony. Jak szedłem do sądu, było mi już wszystko jedno. Werdykt mnie ucieszył, bo uwierzyłem, że może jednak ta sprawiedliwość jeszcze istnieje.
Co teraz? Jest pan wolnym, niewinnym człowiekiem.
– Potrzebuję czasu, aby ochłonąć, aby dotarło do mnie to, co się wydarzyło. Emocje były bardzo duże. Chcę myśleć o rodzinie i o życiu, a nie zajmować się rzeczami, które mnie nie dotyczą.
Rozmawiał Dawid Serafin
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: [email protected]
-
Bitwa o Kraków. „Nie przywieziono mnie z Warszawy”
-
Gibała czeka na ruch Tuska i sądu. Decyzja dopiero w lipcu