Okazało się, że tych szkolnych błędów nie zauważył też nikt z uczestników konferencji w renomowanej uczelni prywatnej, w tej liczbie także obecni tam profesorowie, tylko zwykli czytelnicy reportu, który po pierwszej fali krytyki szybko zniknął z internetu.
Jego autorka przyznała, licząc pewnie na wyrozumiałość, że przy opracowaniu tego raportu korzystała z AI. Eksperci zgodnie twierdzą, że to AI wygenerowała większą część tego kompromitującego nie tylko jego autorkę, lecz jak stwierdził profesor Radosław Zenderowski, wszystkich „posiadaczy” stopnia doktora habilitowanego i stanowiska profesora uczelnianego. O emocjonalnej reakcji tego profesora i jego nieparlamentarnym języku napiszę za chwilę.
Bralczyk w obronie Mróz-Gorgoń
Pierwszym profesorem, który usiłował w zgoła nieprofesorski sposób „wybronić” autorkę tego szokującego raportu był znany językoznawca profesor Jerzy Bralczyk. W swoim komentarzu opublikowanym na portalu wp.pl zaprotestował przeciwko określeniu tego raportu jako „kompromitacji” i stwierdził, że były to raczej „niedostateczne przemyślenia” i „nienajszczęśliwsza koncepcja”. Szanowny kolego profesorze, proszę o wskazanie na jakiej koncepcji, mniej lub bardziej „szczęśliwej” oparty został ten raport? Bo nikt inny z czytelników tego marnego, ale dobrze płatnego opracowania nie dopatrzył się tam żadnej koncepcji!
Dość upokorzeń
Zupełnie inaczej zareagował profesor Radosław Zenderowski na portalu DoRzeczy.pl, który swoją wypowiedź zatytułował: Dość upokorzeń. Zrzekam się tytułu, „jeśli pani Barbara pozostanie na funkcji dra hab”. Po przeczytaniu omawianego raportu profesor ten doszedł do wniosku, że pani Barbara „obsrała jego tytuł”.
Pomijając straszny język tej wypowiedzi, można zapytać, dlaczego tylko jego tytuł, a nie wszystkich profesorów, chociaż wcześniej należało sprawdzić, czy autorka tego raportu posiada w ogóle tytuł profesora. Autor tej wypowiedzi nie sprawdził także innej rzeczy, że w świetle obowiązującego u nas prawa, nie można się niestety zrzec tytułu profesora nadanego przez Prezydenta RP. Nie upewnił się też, od kiedy pani Barbara zajmuje tylko stanowisko profesora uczelnianego, bo zapytał „Jak można szanować profesora nauk humanistycznych po czymś takim? Przecież ta kobieta w kilka godzin zdewaluowała stopnie i tytuły naukowe”.
Strachy na lachy. Tu się nieco zagalopował profesor Zenderowski, bo potem sam trafnie zauważył, że takich „nibynaukowców” i autorów podobnych raportów jest nie tylko w naszym kraju bardzo dużo, o wiele za dużo. Są jednak też profesorowie tytularni ze znaczącym i docenianym w Polsce i za granicą dorobkiem naukowym i oni wcale nie muszą się czuć „zdewaluowani” raportem pani Barbary. Gdyby bowiem tacy profesorowie mogli w świetle obowiązujących przepisów prawa zrezygnować ze swoich tytułów w proteście przeciwko „nibynaukowcom”, to ich miejsca zajęliby właśnie ci ostatni. Wtedy cała, polska nauka zdominowana by została przez – jak ich „elegancko” określił profesor Zenderowski – „głupich kretynów” i w takiej sytuacji jego zdaniem „kretyn do kwadratu promowałby kretyna do sześcianu i takim sposobem w polskiej nauce zostałby osiągnięty level zero”.
Pomijając użycie tego oksymoronu (bo pewnie nie ma mądrych kretynów), to obawy tego profesora są mocno spóźnione. Bo w realnym świecie od dawna koegzystują ze sobą obie grupy nielicznych, utalentowanych naukowców prowadzących rzetelne badania naukowe i legitymujących się znaczącym dorobkiem naukowym oraz liczniejsza grupa tych, których określił mianem „nibynaukowców”.
Jakość publikacji a kondycja nauki
Aby się upewnić, do jakiej grupy można by zaliczyć autorkę omawianego raportu, który tak strasznie zdenerwował profesora Zenderowskiego i oburzył wielu innych czytelników można by na przykład sprawdzić „jakość” innych publikacji pani Barbary oraz jej dysertacji doktorskiej i pracy habilitacyjnej. Kto był jej promotorem a w przypadku rozprawy habilitacyjnej opiekunem naukowym i jakich recenzentów wyznaczyła wówczas Rada Wydziału? Czy tylko tych z grupy „nibynaukowców” czy – przez pomyłkę – wyznaczono też jakiegoś kompetentnego z dużym dorobkiem naukowym profesora?
Wszystko to można by sprawdzić, gdyby istniała taka praktyka i przede wszystkim wola decydentów. Tymczasem macierzysta uczelnia pani Barbary nawołuje do powstrzymania się z krytycznymi uwagami na jej temat i jej marnego raportu, a sama autorka tego raportu jego krytykę określiła mianem hejtu. Nie podjęła też obrony swojego opracowania określanego, przez co bardziej oburzonych czytelników mianem „głupoty portret własny”. Można założyć, że dzięki utrzymującym się nie tylko w polskiej nauce układom sprawa tego raportu zostanie szybko wyciszona.
Liczą się układy
Piszę to z pewnym smutkiem, gdyż w swojej, wieloletniej pracy dydaktyczno-naukowej na różnych, nie tylko polskich uniwersytetach i w instytutach naukowo-badawczych poznałem wielu „naukowców”, którzy nimi zostali nie dzięki swoim talentom, szerokiej wiedzy i umiejętnościom prowadzenia rzetelnych badań naukowych, lecz głównie dzięki swoim układom towarzysko politycznym.
Tacy „nibynaukowcy” niczym nie różnią się jednak od przedstawicieli wielu innych zawodów, na przykład inżynierów czy lekarzy, którzy zainteresowani są pozyskiwaniem co bardziej lukratywnych grantów i zarabianiem „dużych pieniędzy”, a nie prowadzeniem rzetelnych badań naukowych. Parafrazując znane powiedzenie Hipokratesa odnoszące się do lekarzy (określanych „tytułem” doktora) można powiedzieć, że obecnie „wielu jest doktorami z tytułu, a bardzo niewielu z postępowania”.