Close Menu
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Facebook X (Twitter) Instagram
Historie Internetowe
Facebook X (Twitter) Instagram
Banai
Subskrybuj
[gtranslate]
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Polska

Pierwsze pokolenie PRL. III RP obnażyła „wyuczoną bezradność”? „To mit”

Przez Pokój Prasowy13 września, 20269 min odczytu

Tomasz Walczak, Interia: W swojej książce „Pokolenie, któremu obiecano przyszłość” przygląda się pani losom generacji powojennego wyżu demograficznego – pierwszego, które znało jedynie rzeczywistość PRL. Patrzy na nie pani przez pryzmat konkretnego miejsca – Wałbrzycha. Czemu ci ludzie i to miejsce są tacy interesujący?

Prof. Marta Kurkowska-Budzan, historyczka, Uniwersytet Jagielloński: – Przyglądam się w książce ludziom, których peerelowska rzeczywistość bardzo często wyrywała z rodzinnego środowiska, rzucała ich daleko od domu i którym dała ona awans społeczny na miarę tamtych czasów.

– Mówimy o pokoleniu wyżu urodzonym między 1946 a 1960 rokiem – w Polsce przyszło wtedy na świat aż 10 milionów ludzi. W połowie lat 70., w epoce Gierka, na 34 miliony Polaków aż 14 milionów stanowiły osoby młode. Miało to poważne konsekwencje dla tych ludzi i dla państwa.

W jakim sensie?

– Oznaczało to choćby gorączkowe poszukiwanie szkoły średniej w latach 60. Okazało się bowiem, że PRL nie był na tych ludzi przygotowany. Od samego początku można powiedzieć, że mieli pod górkę. Wielu młodych ludzi nie dostawało się do szkół średnich, bo chętnych było za dużo, a placówek oświatowych za mało. Potem to samo działo się z pracą.

Nie jest prawdą to, co się o pokoleniu PRL powszechnie opowiada: że nie miało ono żadnej inicjatywy i tylko czekało, aż państwo się nimi zaopiekuje. Wprost przeciwnie – musieli włożyć wiele wysiłku w to, by doświadczyć stabilnego życia


Wbrew powszechnym wyobrażeniom nie wychowali się w kraju, który zajmował się nimi od kołyski aż po grób. PRL nie miał bowiem takich zasobów.

– Tak, to skutecznie rozbija mit o PRL-u jako o raju, w którym praca biegała za człowiekiem, a wszyscy żyli według zasady „czy się stoi, czy się leży”. Wcale tak nie było. Nawet w tym systemie, który stał obietnicą pełnego zatrudnienia, nie było to takie oczywiste.

– Nie jest więc prawdą to, co się o pokoleniu PRL powszechnie opowiada: że nie miało ono żadnej inicjatywy i tylko czekało, aż państwo się nimi zaopiekuje. Wprost przeciwnie – musieli włożyć wiele wysiłku w to, by doświadczyć stabilnego życia. Oznaczało to poszukiwanie szkół, zatrudnienia, a potem własnego kąta.

Mieli jednak to szczęście, że wchodzili w dorosłość w okrzepłym już systemie. Nie mieli tych problemów, co pokolenie ich rodziców, które podnosiło kraj po wojennej katastrofie i płaciło ogromną cenę za bycie peerelowskimi pionierami.

– Tak, to pokolenie, które nie znało innego reżimu politycznego ani gospodarczego. Zastali ten świat i długo wierzyli, że będzie on istniał do końca ich dni. Startowali w dorosłe życie myśląc, że właśnie wjechali na piękną, długą i prostą autostradę. Okazało się, że ich dorosłość była serpentyną. I to z bardzo ostrymi zakrętami.

– Rzeczywistość bardzo szybko rzucała ich na głęboką wodę. W ich pokoleniu pójście do szkoły średniej – często z internatem – oznaczało już twardą dorosłość. Dziecko wychodzące po podstawówce z domu musiało odnaleźć się w zupełnie inny sposób niż dzisiejsi nastolatkowie.

Jeden z górników, pan Bogdan Klimek, opowiadał mi, że skończył szkołę górniczą i dokładnie w dniu 18. urodzin zjechał pierwszy raz pod ziemię. Dzięki temu szybko zarobił duże pieniądze. Mówił: „Miałem 21 lat, używaną syrenkę, żonę i dziecko”. To był klasyczny, peerelowski success story


Codzienne zmagania z peerelowską rzeczywistością pokazują ludzi niezwykle rzutkich i elastycznych, którzy nie czekali biernie na to, co przyniesie im los. Zaprzecza to kolejnemu mitowi – temu o „wyuczonej bezradności” tych ludzi, którym karmiła nas III RP przez całe lata 90.

– Zdecydowanie. To nie było pokolenie pasywne i nie pasuje do niego obciążające pojęcie Homo sovieticus. Oni dostali określone warunki, ale i obietnice – często bez pokrycia.

– Już za Gomułki planiści i demografowie zdawali sobie sprawę z presji wyżu demograficznego. Jeden z moich rozmówców pokazał mi swój zeszyt z pierwszej klasy technikum. To było w 1970 roku. Piętnastoletni chłopak miał tam wklejoną kartkę z kalendarza z tekstem, by się nie bać, bo praca będzie, a kraj się rozwinie. Te wielkie obietnice przypisujemy Gierkowi, który w 1972 roku mówił do młodych, że to oni w jedno pokolenie zbudują „drugą Polskę”. I przez kilka lat ta obietnica działała.

Zbudowali – tyle że nie socjalistyczną, ale kapitalistyczną.

– Tymczasem w PRL pracy wcale nie było tak dużo. Dlatego do Wałbrzycha ściągali ludzie z całej Polski, wiedzeni obietnicą wysokich zarobków w górnictwie. Wbrew przekonaniu wielu, wcale nie było to eldorado, w którym samo bycie częścią górniczej braci gwarantowało życiową stabilizację.

– To była ciężko pracująca grupa ludzi. Chciałabym, żeby to wreszcie jasno wybrzmiało: górnik pracował na akord. Nie zarabiał za samo przebywanie pod ziemią. Musieli w tych potwornych warunkach wyfedrować odpowiednie normy. To samo dotyczyło zresztą „białego złota” Wałbrzycha, czyli porcelany. W zakładach ją produkujących kobiety również pracowały na morderczy akord, o czym opinia publiczna rzadko pamięta. Liczyły się czas, ilość i jakość.

– Wałbrzych dawał jednak życiową szansę dzieciom z biednych, wielodzietnych rodzin. Zasadnicze Szkoły Górnicze zapewniały darmowy internat, wyżywienie i stypendia, co było ogromną ulgą dla wiejskich gospodarstw. Zjeżdżali tu ludzie z Podlasia, północnego Mazowsza, a nawet z mojej rodzinnej Łomży.

Pokolenie wyżu miało rodziców z konkretnym planem, choć czasem słyszeli jeszcze: „po co ci szkoła, trzeba mieć silne ręce”. Oni jednak masowo poszli do szkół i to przyniosło głęboką modernizację cywilizacyjną


Nie każdy jednak zostawał. Ten górniczy raj od ludzi wymagał bowiem wiele.

– To wałbrzyskie eldorado wywoływało wielki ruch. Praca na akord była tak ciężka, że fluktuacja załóg była olbrzymia – trudno było utrzymać stałość nawet podstawowej brygady. Ale wielu zostało, tworząc współczesne miasto. I tu wracam do pańskiego pierwszego pytania, czyli „Czemu Wałbrzych?

Czemu?

– Miasto stało się główną sceną mojej książki, bo tam wszystko było niezwykle intensywne, jaskrawe i bolesne. W pewnym sensie to PRL w pigułce. Awans jednostki bywał spektakularny. Jeden z górników, pan Bogdan Klimek, opowiadał mi, że skończył szkołę górniczą i dokładnie w dniu 18. urodzin zjechał pierwszy raz pod ziemię. Dzięki temu szybko zarobił duże pieniądze. Mówił: „Miałem 21 lat, używaną syrenkę, żonę i dziecko”. To był klasyczny, peerelowski 'success story’.

Dziś dużo mówi się o wykorzenieniu pokolenia, które w dorosłość wchodziło na przełomie XX i XXI w., kiedy ruszyli do pracy za granicę, gdy tylko weszliśmy do UE. Tymczasem pokolenie powojennego wyżu doświadczyło tego samego w ramach gigantycznej migracji wewnętrznej. Mało kto się nad nimi jednak rozczula. A przecież to była wielka zmiana i dla nich, i dla społeczeństwa.

– O tym piszę w postscriptum do książki. Pojawia się tam głos chłopaka z pokolenia „millenialsów”, który słyszał od rodziców: „wykształć się”, „znajdź pracę w zawodzie”, „ustatkuj się”. Wykształcił się i w wieku dwudziestu kilku lat został z dyplomem, umową śmieciową, brakiem perspektyw na mieszkanie i kolejką po kredyt. Brzmi w tym żal i pretensja młodego pokolenia, że dostało plan na życie, który zupełnie nie działa w nowych czasach, bo starsi nie rozumieli nowych realiów. Jedynym planem na życie, jaki znali, był ten, którego nauczyła ich socjalistyczna Polska.

Młodzi dwudziestolatkowie ze wsi nagle mieli w ręku żywą gotówkę, którą zarobili w przemyśle. Na gospodarstwie musieliby prosić ojca o każdy grosz lub wymieniać jajka na papierosy. Szybkie usamodzielnienie miało jednak swoje koszty


Choć przecież hasła o konieczności edukacji i stabilizacji dla szerokich mas były po wojnie czymś zupełnie nowym. Ci, którzy dobrze radzili młodym w III RP, sami byli pierwszymi, którzy taką ofertę od życia dostali.

– Pokolenie wyżu miało rodziców z konkretnym planem, choć czasem słyszeli jeszcze: „po co ci szkoła, trzeba mieć silne ręce”. Oni jednak masowo poszli do szkół i to przyniosło głęboką modernizację cywilizacyjną. Jako dzieci pasali krowy na bosaka, a jako 20-latkowie nosili długie włosy, słuchali radia tranzystorowego i trenowali kulturystykę. Na marginesie: jeden z pierwszych klubów kulturystycznych w Polsce powstał właśnie w Wałbrzychu w latach 70. Szkoła dała im nie tylko zawód, ale i styl życia.

W dzisiejszych dyskusjach o PRL zapominamy o jego potężnym wektorze modernizacyjnym. W ciągu życia jednego pokolenia wyrwano miliony ludzi z wiejskiego świata dawnych tradycji i norm społecznych, tworząc zurbanizowane, nowoczesne społeczeństwo. To pokolenie doświadczyło na własnej skórze tej głębokiej zmiany.

– Dla mnie symbolem tej wielkiej zmiany jest coś, o czym rzadko się mówi. To sport i rekreacja. Pokolenie wyżu zaczęło uprawiać turystykę, pływać kajakami, podejmować wysiłek fizyczny dla czystej zabawy i wypoczynku. Ich rodzice tego nie rozumieli – dla nich ruch oznaczał wyłącznie ciężką pracę. To była kulturowa przepaść.

– Tego nowego stylu życia uczyła ich szkoła. Pamiętajmy, że w pokolenie wcześniej, w II RP wychowanie fizyczne właściwie nie docierało do szkół wiejskich. Sam Piłsudski sprzeciwiał się „marszowi na wieś z wychowaniem fizycznym”. Mówił, że WF to szkodliwe „umiastowienie wsi”. Po wojnie programy dla miast i wsi zrównano. Pojawił się czas wolny i cała kultura jego zagospodarowania. To nie wyczerpywało jednak tych rewolucyjnych społecznie zmian.

Co ma pani na myśli?

– Młodzi dwudziestolatkowie ze wsi nagle mieli w ręku żywą gotówkę, którą zarobili w przemyśle. Na gospodarstwie musieliby prosić ojca o każdy grosz lub wymieniać jajka na papierosy. Szybkie usamodzielnienie miało jednak swoje koszty.

– Wałbrzych, jako miasto szkół górniczych z internatami i hoteli robotniczych był nabuzowany testosteronem i gotówką młodych chłopaków, którzy w wieku kilkunastu lat zarabiali więcej niż ich rodzice. To miało konsekwencje dla tego, co działo się w mieście w dni wypłaty, ale też nie powinno to zaskakiwać. To zjawisko charakterystyczne dla każdego miasta przemysłowego, w każdej epoce i każdym kraju.

Rok 1989 i transformacja ustrojowa brutalnie obeszła się z tymi biografiami.

– Każde pokolenie dostaje na starcie jakąś obietnicę modernizacji. Rzecz w tym, co dzieje się na pierwszym ostrym zakręcie ich drogi. Dla moich bohaterów takim zakrętem był właśnie upadek PRL. Do takiego tąpnięcia nie byli przygotowani. Nie wszyscy poradzili sobie w nowej rzeczywistości równie dobrze, choć nie chcę tego demonizować: większość ułożyła sobie życie na nowo, z tą samą zaradnością, której nauczyła ich gospodarka niedoboru.

– Ekonomiczne wstrząsy to jedno. Najboleśniejsza była jednak krzywda w warstwie symbolicznej. W latach 90. w dyskursie publicznym nagle przestano mówić o robotnikach. Człowiek, który jeszcze wczoraj był bohaterem i twórcą przemian politycznych, stał się pogardzanym „robolem”.

Pamiętam bardzo dobrze szkołę lat 90., której największym argumentem za potrzebą nauki było to, że inaczej czeka nas niegodna człowieka nowych czasów praca fizyczna.

– Zapomnieliśmy, że to właśnie strajkom robotniczym zawdzięczamy wolność. Zaczęto się wstydzić tożsamości robotniczej, co było ciosem w ich godność. A przecież w sierpniu 1980 roku górnicy wałbrzyskiego „Thoreza” podjęli strajk solidarnościowy. Na propozycję podwyżek odpowiedzieli gwizdem: „Nie chcemy pieniędzy. Chcemy wesprzeć stoczniowców”. Potem zostali zepchnięci na margines. Nie da się zrozumieć rozgoryczenia i wyborów politycznych tego pokolenia, jeśli nie cofniemy się w czasie i nie spojrzymy na jego okres formacyjny. Co ich ukształtowało, co im obiecano i co z tych obietnic zostało, kiedy mogli oczekiwać, że lata poświęceń w końcu pozwolą im spokojnie żyć.

Rozmawiał Tomasz Walczak

  • Kluczowe wybory w Niemczech. AfD idzie po zwycięstwo. Czemu Niemcy chcą władzy skrajnej prawicy?
  • Sądny dzień dla Trumpa. Nie może pozwolić sobie na porażkę

Czytaj Dalej

Siemoniak zabrał głos po pilnej naradzie. Chodzi o atak Rosji obok granicy

Wojna na Ukrainie. Gen. Pacek o atakach Rosji blisko granicy Polski. „Świadczy jednoznacznie”

Atak przy polskiej granicy. Mazurek uderza w rząd, chodzi o alert RCB

Czy senior może dostać Kartę Dużej Rodziny? Przepisy mówią jasno

Uberyzacja pracy. To może spotkać także ciebie. Politolożka ostrzega

Dodatek dla sieroty zupełnej 2026. Ile wynosi i komu przysługuje?

Ataki przy polskiej granicy. Rzecznik Karola Nawrockiego zabiera głos

Rosyjskie ataki przy granicy z Polską. Premier zwołuje pilną naradę

Alert RCB o zagrożeniu z powietrza. Wojsko komentuje. „Było realne”

Facebook X (Twitter) Instagram Pinterest
  • Home
  • Buy Now
© 2026 Banai. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Type above and press Enter to search. Press Esc to cancel.