Przez ponad 10 lat każdy jej dzień pracy wyglądał podobnie. Zjawiała się na rogu 17th Street Northwest i Pennsylvania Avenue, gdzie przechodziła przez kontrolę bezpieczeństwa Secret Service.
To tu znajduje się główne wejście na teren Białego Domu dla dziennikarzy, zmierzających do Zachodniego Skrzydła i mieszczącej się tam sali konferencyjnej znanej jako James S. Brady Press Briefing Room. Odbywają się w niej konferencje prasowe prezydentów Stanów Zjednoczonych. Sekretarze prasowi Białego Domu regularnie spotykają się tam z przedstawicielami mediów.
– Wchodzę, przykładam swoją kartę. Piszczy kilka razy. Świeci się na czerwono, niebiesko i zielono, ale mój kod dostępu nie działa – mówi dziennikarka CNN Betsy Klein.
Opisuje w ten sposób dzień, w którym po decyzji Donalda Trumpa o wyrzuceniu z Białego Domu reporterów CNN, MS NOW i Politico próbowała wykonywać swoją pracę.
Tak oto pisze się kolejny rozdział wojny amerykańskiego prezydenta z mediami, które konsekwentnie oskarża o szerzenie nieprawdy na swój temat.
Donald Trump nie wierzy, że politycy są jak muchy – można ich zabić gazetą. Jest przekonany, że to dziennikarze są muchami, na które on poluje.
– Podczas swojej drugiej kadencji prezydent Trump podjął liczne kroki, aby uciszyć niezależne dziennikarstwo. W najnowszej historii czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy – mówi Interii uznana badaczka wolności mediów prof. Amy Kristin Sanders z Uniwersytetu Stanowego Pensylwanii.
Donald Trump wydał wyrok na dziennikarzy
„Z dumą ogłaszam, że ze skutkiem natychmiastowym zakazuję CNN, MS NOW i Politico wstępu do Białego Domu z powodu ich ciągłego szerzenia fake newsów. Media nie mogą nieustannie relacjonować fikcji i kłamstw w swoich materiałach na temat prezydenta Stanów Zjednoczonych” – napisał w piątek w swoich mediach społecznościowych Donald Trump.
Na efekty nie trzeba było długo czekać, o czym następnego dnia przekonali się dziennikarze tych mediów.
CNN, MS NOW i Politico szybko ogłosiły, że zamierzają złożyć pozew w oparciu o pierwszą poprawkę do konstytucji USA – gwarantującą wolność słowa – by odzyskać dostęp do Białego Domu. Sprawę ma rozpatrzyć sędzia federalny z Waszyngtonu.
W oświadczeniu wskazano, że pozew ma „chronić zasadę, że rząd nie decyduje o tym, co publikują media”.
To nie pierwszy raz, kiedy zakaz wstępu dziennikarzy do Białego Domu stanie się przedmiotem pozwu sądowego.
W 2018 r. ówczesny korespondent CNN Jim Acosta został wyrzucony z grona dziennikarzy relacjonujących działalność prezydenta. Sprawa również trafiła do sądu, ale ostatecznie zakończyła się wycofaniem pozwu po tym, jak Biały Dom przywrócił dziennikarzowi akredytację.
Czy i tym razem sprawa dostępu dziennikarzy do Białego Domu zostanie rozstrzygnięta na ich korzyść?
– Sędziowie federalnych sądów okręgowych wielokrotnie uznawali działania administracji Trumpa za niekonstytucyjne. Jeśli chodzi o wolność prasy w sądach toczy się obecnie szereg spraw. Z różnym skutkiem – mówi prof. Sanders.
– Mam nadzieję, że sędziowie na wszystkich szczeblach sądownictwa rozumieją powagę sytuacji i zagrożenie dla wolności prasy, z którym się mierzymy – dodaje ekspertka.
Nawet jeśli sąd przyzna rację pozbawionym akredytacji dziennikarzom, nie oznacza to, że krucjata Donalda Trumpa przeciwko mediom się zakończy. Tym bardziej że ma na swoim koncie kilka sukcesów.
Amerykańskie instytucje od uczelni wyższych, przez kancelarie prawne, aż po media głównego nurtu zareagowały zdecydowanie zbyt lękliwie na pierwsze próby uderzenia w nie przez prezydenta Trumpa
Trumpowi nie jest do śmiechu. Komik musiał odejść
We wrześniu ubiegłego roku Ameryka zawzięcie dyskutowała o zdjęciu z anteny programu jednego z najpopularniejszych komików, Jimmy’ego Kimmela.
Stacja ABC, w której był emitowany, podjęła wtedy decyzję, by „zawiesić go na czas nieokreślony” po tym, jak Kimmel oskarżył amerykańską prawicę o wykorzystywanie sprawy zastrzelenia Charliego Kirka jako pałki politycznej na przeciwników.
Decyzja zapadła zaraz po tym, jak przewodniczący Federalnej Komisji Łączności (FCC) Brendan Carr groził nadawcy, że jeśli nie zajmie się „obrzydliwym zachowaniem” Kimmela, podległa mu instytucja będzie interweniować. „Możemy to zrobić po dobroci lub nie” – stwierdził Carr.
Trump nie krył radości z decyzji ABC, bo i od dawna nie szczędził Kimmelowi złośliwości. Tym razem przekonywał, że „Jimmy Kimmel został zwolniony przede wszystkim z powodu kiepskiej oglądalności. Powinien zostać zwolniony już dawno temu”.
Decyzja ABC spotkała się bezprecedensową falą krytyki i ostatecznie została po kilku dniach cofnięta.
Szybko jednak wyszło na jaw, że właściciel stacji, Nexstar Media, będący jednym z największych nadawców telewizyjnych w USA, mógł się wystraszyć ewentualnych gróźb szefa FCC, ponieważ potrzebował zgody tej agencji na ogromną fuzję z firmą Tegna.
Zawieszenie Kimmela miało więc mieć tło czysto biznesowe, a krytycy wskazywali, że Trump i jego ludzie próbują wykorzystywać takie sytuacje, by wywierać presję na media i pozbywać się krytycznych wobec prezydenta komików i dziennikarzy.
– Amerykańskie instytucje od uczelni wyższych, przez kancelarie prawne, aż po media głównego nurtu zareagowały zdecydowanie zbyt lękliwie na pierwsze próby uderzenia w nie przez prezydenta Trumpa – zauważa gorzko prof. Sanders.
– Choć opór z czasem zaczął przybierać na sile, wciąż widać, że wielu przedstawicieli tych środowisk woli skapitulować i ulec żądaniom Białego Domu – dodaje rozmówczyni Interii.
Nie drażnić lwa. Tak CBS ugłaskała Trumpa
Ofiarą Trumpa była też, jak wiele na to wskazuje, inna gwiazda amerykańskiej komedii, Stephen Colbert.
W połowie 2025 r. komik ogłosił, że stacja CBS zdecydowała się zakończyć nadawanie jego programu. „The Late Show” zniknął z anteny w maju tego roku.
W tle znów pojawiła się FCC. Właściciel CBS, Paramount był w trakcie fuzji z firmą Skydance, która wymagała zgody administracji Trumpa.
Amerykańskim komentatorom nie umknął też uwadze fakt, że decyzja o zdjęciu programu Colberta z anteny zapadła kilka dni po tym, gdy skrytykował on Paramount za zawarcie ugody na kwotę 16 mln dolarów z Donaldem Trumpem. Prezydent oskarżył CBS o zmanipulowanie przeprowadzonego w kampanii wyborczej wywiadu z Kamalą Harris, tak by wypadła ona korzystniej.

Co więcej, w październiku 2025 r. redaktorką naczelną CBS została Bari Weiss. Jej nominacja została odebrana jako próba przypodobania się administracji Trumpa, a przynajmniej nieirytowania go krytycznymi wobec niego audycjami.
Jedną z pierwszych decyzji Weiss było wyrzucenie z jednego z odcinków popularnego i cenionego programu publicystycznego „60 Minutes” segmentu dotyczącego brutalnego więzienia CECOT w Salwadorze.
To tam, zgodnie z umową zawartą między administracją Trumpa a autokratycznym przywódcą Salwadoru Nayibem Bukele, trafiali deportowani z USA migranci. Nawet ci, którzy nie pochodzili z Salwadoru.
Materiał zniknął ledwie dwie godziny przed emisją programu.
Weiss tłumaczyła, że jej decyzja wynikała z braku stanowiska administracji w materiale. Weiss miała też kwestionować użycie zwrotu „migranci z Wenezueli” zamiast „nielegalni imigranci” – określenia, którego konsekwentnie używała administracja Trumpa.
Choć naczelna przekonywała, że za jej decyzją stały argumenty merytoryczne, mało kto miał wątpliwości, że decyzja ma charakter polityczny. Kolejne zmiany personalne w stacji zdają się potwierdzać te przypuszczenia.
Administracja Trumpa nie widzi przeszkód
Przygody Weiss z zarządzaniem CBS są, zdaniem krytyków, dowodem na to, jak media same się cenzurują, by uniknąć gwałtownej reakcji Donalda Trumpa i nie narażać się na jego ataki.
Nie jest zresztą tajemnicą, że właściciel stacji, David Ellison, przed którym Weiss bezpośrednio odpowiada, to stronnik Trumpa. Podobnie zresztą jak jego ojciec, Larry Ellison, który jest właścicielem technologicznego giganta Oracle Corporation i jednym z najbogatszych ludzi świata.
Inwestycja w stępienie ostrza krytyki wobec administracji Trumpa szybko się Ellisonowi zwróciła. Niedawno walczył bowiem z Netflixem o kupno gigantycznego konglomeratu medialnego Warner Bros. Discovery. Batalię wygrał, ale pozostały wątpliwości prawne.
Dzięki korzystnym decyzjom Departamentu Sprawiedliwości i Federalnej Komisji Handlu udało się szybko zamknąć postępowanie antymonopolowe i zatwierdzono fuzję.
Wszystkie chwyty Trumpa
Prof. Sanders wskazuje, z jakim rozmachem działa Donald Trump, by zwalczać nieprzychylne mu media.
– Zasypuje redakcje uciążliwymi pozwami, domaga się, aby Federalna Komisja Łączności prześwietlała stacje telewizyjne i przyspieszała procedury odbierania im koncesji. Odmawia też reporterom wstępu do miejsc, w których dotąd normalnie pracowali, publicznie piętnuje konkretne osoby oraz redakcje, a także próbuje całkowicie odciąć media publiczne od finansowania – wylicza.
Nie cofa się także przed inwektywami.
W listopadzie zeszłego roku szerokim echem odbiły się słowa Trumpa, który na pokładzie Air Force One rozmawiał z dziennikarzami. Kiedy Catherine Lucey z agencji Bloomberg News zaczęła dopytywać o głośną sprawę akt Epsteina, prezydent uciszał ją słowami: „Cicho, świnko”.
Niedługo potem zwracał się do Nancy Cordes z CBS: „Jesteś głupia? …bo jesteś głupią osobą„.
Korespondentka „New York Timesa” w Białym Domu Maggie Haberman zwracała niedawno uwagę, że obelgi Trumpa pod adresem reporterek stały się dużo bardziej agresywne niż wcześniej.
„Ataki na dziennikarki stały się znacznie wredniejsze, o wiele bardziej agresywne i nie polegają już tylko na byciu internetowym napinaczem, który robił to na Twitterze podczas pierwszej kadencji” – stwierdziła w podcaście Christiane Amanpour.
Na niedawnej kolacji Stowarzyszenia Korespondentów Białego Domu nagrodę za swoją pracę odbierała dziennikarka CNN Kaitlan Collins. Donald Trump wszedł na scenę mówiąc, że chciałby osobiście pogratulować Collins.
– To wszystko dotyczyło mnie. To fake. Nie powinna dostać tej nagrody, to był fake. Ale nie miałem nic przeciwko, powiedziałem: „Kaitlan, gratulacje”. Ale to był fake. Co do tego nie ma wątpliwości – stwierdził w swojej osobliwej laudacji.
Nazywanie publikacji mediów fake newsami, przekonywanie, że nieustannie kłamią na jego temat i tworzą fikcję oraz stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA to jeden z ulubionych oręży Trumpa w walce z nimi.
Prof. Sanders zwraca uwagę, że to ciągłe podważanie ich wiarygodności jest niezwykle niebezpieczne.
– Prezydent Trump już od swojej pierwszej kadencji konsekwentnie pracuje na to, by odebrać mediom zaufanie obywateli – przekonuje.
– Nieustanne rzucanie hasłem „fake news” i wpisy w mediach społecznościowych, w których zarzuca największym redakcjom kłamstwo skutecznie podkopały wiarygodność dziennikarzy w oczach części Amerykanów – mówi Interii prof. Sanders.
I dodaje: – Ludzie gubią się, nie wiedzą, komu wierzyć i gdzie szukać rzetelnych informacji. W demokratycznym państwie może to mieć kluczowy wpływ na wyniki wyborów.
Ekspertka zachęca amerykańskie media, by nie poddawały się presji Donalda Trumpa i odważnie broniły prawa obywateli do rzetelnej informacji.
– Właściciele mediów muszą twardo bronić swoich racji przed sądami i urzędami regulacyjnymi. Nie mogą pójść na ustępstwa. Ich misją jest patrzenie władzy na ręce i rozliczanie jej z obietnic, nawet jeśli ceną za to będzie odwet – podsumowuje.
Tomasz Walczak
-
Bolesna porażka Trumpa. Plan na kluczowe wybory legł w gruzach. „Nielegalna interwencja”
-
Ten mit o pokoleniu naszych dziadków i rodziców pokutuje do dziś. Prawda jest zupełnie inna