– Coś go nie widać – usłyszałem na peronie Warszawy Wschodniej, gdzie w piątek zebrali się złaknieni słońca i kąpieli w wodach Adriatyku podróżni z załadowanymi walizkami. Gdy wybiła 13:41, wszyscy wypatrywali debiutanckiego w tym roku składu „Adriatic Express”, który na letni okres ponownie wrócił do rozkładu jazdy PKP Intercity.
I z kilkuminutowym opóźnieniem słynny pociąg do Chorwacji pojawił się na pierwszej stacji. Miałem szczęście, bo w moim przedziale sprzedano tylko dwa miejsca: moje i jeszcze jednego pasażera. Rozłożyłem się więc wygodnie z bagażami, a następnie rozsiadłem się w hotelu, mając perspektywę 20-godzinnej jazdy. Ale tym razem moim celem nie była Rijeka, lecz Koper.

To największa zmiana, jaką wprowadził państwowy przewoźnik w tegorocznej edycji „Adriatic Expressu”. Tak jak przed 12 miesiącami, pociąg prowadzi wagony do Wiednia Głównego, a także dwa do chorwackiego miasta: zwykły przedziałowy oraz z miejscami do spania. Teraz pojawił się jeszcze trzeci wagon, do wspomnianego portu w Słowenii.
Nowy pociąg PKP z Warszawy do Kopru. Jak się jedzie „Adriatic Expressem”?
Dodatkowy kierunek podróży to cała logistyczna operacja – lecz o tym za chwilę. Najpierw przyjrzyjmy się, jakie warunki zaoferowało PKP Intercity, aby jego klienci byli zadowoleni z czasu spędzonego w pociągu. Przedziały są sześcioosobowe i z klimatyzacją. Nie czułem skwaru, jaki panuje teraz w Polsce, chyba że wyszedłem ze składu podczas postoju rozprostować nogi.

Pozycja obowiązkowa, czyli wagon restauracyjny. Jest taki w „Adriatic Expressie”, ale – wzorem zeszłego roku – jedynie na odcinku do Wiednia Zachodniego. Czas, by się posilić, planowo kończy się przed 23:00, a potem zostają przekąski i napoje sprzedawane przez obsługę wagonu sypialnego.
Z oferty menu postawiłem na kolejowego klasyka, czyli schabowego z ziemniakami i mizerią. Ale, ale – skoro w Koprze miałem być dopiero rano, chciałem szczelniej wypełnić żołądek. W Warsie spróbowałem więc jeszcze letniej nowości, czyli chłodnika z jajkiem. Mało kiedy coś z wagonu restauracyjnego mi nie smakuje i tym razem też się nie zawiodłem. Chłodnik kosztował 18 zł, a schabowy z oprawą – 44 zł.

– Dzień dobry, panie redaktorze! – przywitała się w korytarzu znajoma twarz. Poznani w pierwszym, historycznym pociągiem do Rijeki dopisali licznie i tym razem. Z różnicą, że część postawiła na powtórkę z rozrywki, a inni – jak ja – testowali połączenie do Kopru.
Rijeka popularniejsza niż Koper. Do Triestu trzeba zorganizować przesiadkę
Nawiasem mówiąc, jadących do Chorwacji było zauważalnie więcej. Może nazwa Koper nie jest jeszcze na tyle znana w naszym kraju, aby więcej osób chciało odwiedzić to miejsce? Podkreślmy, że leży on blisko granicy Słowenii z Włochami, za którą położony jest o wiele większy Triest. Wystarczy się przesiąść i po kilkudziesięciu minutach jesteśmy już na ziemi włoskiej.

Zimą zresztą, gdy PKP Intercity potwierdzało wznowienie „Adriatic Expressu” od 26 czerwca, informowano o autobusie, jaki miałby zabierać chętnych pasażerów z pociągu do włoskiego miasta na podstawie łączonego biletu. Ostatecznie jednak coś nie wyszło i taką „ostatnią milę” trzeba organizować na własną rękę.
Opóźnienie z Warszawy zbiliśmy na Centralnej Magistrali Kolejowej, którą „Adriatic Express” jedzie w kierunku Katowic. Dalej mknie przez m.in. Tychy i Rybnik, a z Polski wyjeżdża za stacją Chałupki, meldując się następnie już w Czechach, na ważnym węźle kolejowym w Boguminie. Według rozkładu powinien tam być o 18:21, ale w województwie śląskim znów się opóźniliśmy – o całe 40 minut.

A teraz wyjaśnijmy tę kolejową magię, czyli jak jeden pociąg może jechać do dwóch różnych miast. Otóż wszystko, co kluczowe, dzieje się pod osłoną nocy, a także wcześnie rano. Najpierw od składu odpinane są wagony kończące bieg w Wiedniu – dalej pociąg jedzie w wersji skróconej.

W Lublanie natomiast, największym mieście Słowenii, skład jest rozdzielany: do Rijeki i do Kopru. To czasochłonny proces, dlatego trochę tam staliśmy. Co więcej, od tego punktu na mapie polskim wagonom towarzyszyły węgierskie, jadące z Budapesztu. Różne są ponadto lokomotywy. Nasza dojeżdża wyłącznie do Bogumina, a misję przejmują od niej później elektrowozy czeski, austriacki i słoweński.

Problem z lokomotywą. Za granicą Polski ponad godzinne spóźnienie
Choć wszystkim towarzyszył wakacyjny nastrój, późną nocą w wagonie do Kopru panowała względna cisza. Dało się więc wyspać, a ponadto nie było żadnych wyrywających ze snu komunikatów głosowych. To nie wszystko – choć to długa podróż to złożyło się tak, że ani razu nie sprawdzono mojego biletu. Dziwiłem się temu, bo niejednokrotnie zmieniały się drużyny konduktorskie, a nowa ekipa w pociągu zazwyczaj chce skontrolować, czy wszyscy zapłacili za transport.

– Piękny widok, prawda? – zapytał współtowarzysz podróży, kiedy około 6:00 rano przemierzaliśmy Słowenię. Ten widok pamiętam z wyjazdu do Rijeki sprzed roku i nie mogłem się doczekać, aż góry i wijącą się między nimi rzekę, a także urokliwe mostki, zobaczę powtórnie. Pogoda dopisała, ale nie tylko dlatego wszystkiemu mogliśmy się na spokojnie przyjrzeć.

Prędkość na końcowym odcinku trasy nie była bowiem powalająca. Gdy już dawno mieliśmy być w Koprze, wciąż sunęliśmy po torach, a licznik wskazywał 50 km/h. Do celu dotarliśmy z ponad godzinnym opóźnieniem, bo – jak dowiedziałem się od pasażera, który akurat nie spał – był problem ze sprawnym podłączeniem lokomotywy Kolei Słoweńskich.

Gdy dochodziła 11:00, nie tylko ja miałem ochotę jak najszybciej przebrać się w kąpielowy strój i wskoczyć do wody. Raczej wszyscy – siłą rzeczy zmęczeni po nadprogramowo wydłużonej jeździe – chcieli rozpocząć urlop, kładąc się na plaży w promieniach słońca. To, że nie dojedziemy na czas, zaskoczyło niektórych śpiących dłużej. – Naprawdę to jeszcze nie Koper? – dobiegało z nutą żalu z korytarza.

Ile kosztuje bilet na „Adriatic Express”? Kto kupi wcześniej, zapłaci mniej
A gdy nastała ta wiekopomna chwila i wagon PKP Intercity zjawił się na końcowej stacji, zza drzwi buchnęła fala gorącego powietrza. Upał był spory, dookoła raczej mało cienia, dlatego wielu z podróżnych zasiadło w pobliskich restauracjach i zamówiło napoje, aby nieco się schłodzić.

Ja w Koprze czekałem jeszcze kilka godzin, aby dotrzeć do wspomnianego Triestu. Niestety, Flixbus w tym kierunku nie ruszał sprzed budynku dworca kolejowego. Chcąc, nie chcąc, urządziłem więc sobie 20-minutowy spacer przez to portowe miasto. Szczęśliwie autobus nie był spóźniony, a z Kopru odjechał nawet nieco przed czasem – wszyscy, którzy mieli rezerwację, zjawili się wystarczająco wcześnie, by nie musieć czekać.
Za bilet z Warszawy do Kopru zapłaciłem 194 zł. To najmniejsza stawka, która wynika z przeliczenia euro na polską walutę. Jest ona taka sama, jak w zeszłym roku, gdy jechałem do Rijeki. Sprawdziłem jednak na dzień przed wyjazdem, jak wtedy kształtowały się ceny. Wagon wyprzedany był w połowie, co sprawiło, iż było drożej – ponad 250 zł.

„Witamy w Koper! Dobrodošli v Kopru!” – przywitały się Koleje Słoweńskie na platformie X, gdzie wrzuciłem nagranie z koperskiego peronu. „Adriatic Express” działa w dwie strony i połączenie z Polską to także atrakcja dla Słoweńców, którzy chcieliby zobaczyć Śląsk czy naszą stolicę. Czy już na początku wakacji znajdą się chętni? To sprawdzę za niedługo.
„Adriatic Express” kursuje do końca wakacji, sześć dni w tygodniu (wyjątkiem są soboty, gdy skład uruchamiany jest jako „Sobieski” na trasie do Wiednia). Bilety można kupić w kasie, ale i przez internet. Aplikacja PKP Intercity umożliwia wybór miejsca siedzącego, jakie chcemy. Bilety są tańsze, gdy decydujemy się na opcję bez możliwości wymiany i zwrotu. Jeśli wolimy się „ubezpieczyć” na wypadek korekty planów, trzeba dopłacić nawet 250 złotych.
Z Kopru Wiktor Kazanecki, Interia
Kontakt do autora: [email protected]