Polska od lat dziewięćdziesiątych XX wieku wiązała się z USA coraz silniejszymi więzami, dotyczącymi zwłaszcza tak wrażliwych sfer jak obrona narodowa czy działalność służb specjalnych. Pogłębiło ten proces wejście Polski do NATO, a później udział naszych żołnierzy w organizowanych przez Amerykanów operacjach militarnych w Afganistanie i Iraku. Było to akceptowane przez zdecydowaną większość Polaków, a nasze społeczeństwo – co potwierdzały kolejne badania socjologiczne – należało do najbardziej proamerykańskich w Europie. Tak zresztą jest i obecnie, choć w ostatnich latach więcej jest już w tym zdrowego rozsądku niż dawnej fascynacji Ameryką.
Decydujące znaczenie zdaje się mieć strach przed imperialnymi aspiracjami Rosji i związanym z tym zagrożeniem dla Polski. Utrwalił on przekonanie – popularne zwłaszcza wśród Polaków o prawicowych poglądach – że USA pozostają naszym jedynym realnym sojusznikiem. Realnym, czyli takim, który w przypadku agresji ze wschodu byłby w stanie pospieszyć ze znaczącym wsparciem militarnym.
W tych relacjach polsko-amerykańskich, określanych jako sojusznicze, nigdy jednak nie było symetrii. I nie jest to zarzut, bo przy tak rażącej dysproporcji sił i środków nie jest możliwy całkowicie partnerski sojusz między państwem średniej wielkości a globalnym supermocarstwem.
Asymetryczność stosunków Warszawa – Waszyngton nie musiała i nie musi przybierać charakteru relacji suweren-wasal. Jednak słabość polskich polityków powodowała, że w przeszłości w wielu przypadkach nie potrafili wystarczająco stanowczo wytłumaczyć naszemu amerykańskiemu sojusznikowi niestosowność niektórych zachowań i żądań z jego strony.
Tak było, gdy Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller zgodzili się na utworzenie upokarzającego Polskę więzienia CIA w Starych Kiejkutach. Tak też było, gdy poprzedniczka Toma Rose’a, ambasador Georgette Mosbacher w oficjalnej korespondencji do władz Rzeczypospolitej przekręciła nazwiska polskiego premiera i członków jego rządu, a przede wszystkim ostentacyjnie zabiegała o interesy różnych amerykańskich firm. Tak wreszcie było, gdy prezydent Andrzej Duda zgodził się w 2018 r. w gabinecie owalnym podpisać na stojąco z rozpartym za biurkiem prezydentem Donaldem Trumpem deklarację o „polsko-amerykańskim partnerstwie strategicznym”.
Deklaracja ambasadora Rose’a należy do tej samej kategorii, choć tym razem mamy do czynienia z działaniem, które zostało niepotrzebnie sprowokowane. Włodzimierz Czarzasty nie wykazał bowiem w miniony poniedziałek talentów dyplomatycznych, ostentacyjnie odmawiając poparcia dla inicjatywy przyznania pokojowej Nagrody Nobla prezydentowi Trumpowi. Mógł – jak wielu innych szefów parlamentów – zwlekać, a skoro już postanowił niezwłocznie podać gospodarzowi Białegp Domu „czarną polewkę”, to mógł oszczędzić sobie złośliwości, z której słynie podczas utarczek z polskimi politykami. Jednak nie wydaje się zarazem, aby był to wystarczający powód do stwierdzenia, ze USA nie będą już z marszałkiem Sejmu „utrzymywać kontaktów, ani się komunikować”.
Czy tak zresztą rzeczywiście będzie, to jak zawsze dopiero czas pokaże. Wszak jeszcze w grudniu ubiegłego roku po wizycie u Czarzastego ambasador Rose napisał o „dobrym spotkaniu”, które miało dowodzić, że „partnerstwo amerykańsko-polskie stale się rozwija”. Nie można zatem wykluczyć, że za jakiś czas – o ile nie dojdzie do eskalacji – panowie znów się spotkają i cała sprawa pójdzie w zapomnienie. Ewidentnie ku temu zmierza premier Donald Tusk, który na deklarację ambasadora Rose’a zareagował następująco: „Panie Ambasadorze Rose, sojusznicy powinni się szanować, a nie pouczać. Przynajmniej tak w Polsce rozumiemy partnerstwo”.
Gdyby ambasador innego niż USA państwa napisał coś podobnego pod adresem marszałka Sejmu, jest bardzo prawdopodobne, że premier rozważałby poproszenie o odwołanie go z placówki. Nie jest bowiem rolą ambasadora komentowanie wypowiedzi przywódców państwa w jakim pełni swoją misję dyplomatyczną. Nie od dziś jednak wiadomo, że ambasador USA w Warszawie może sobie pozwolić na więcej niż jego koleżanki i koledzy reprezentujący inne państwa. Na tym między innymi polega asymetryczność sojuszu polsko-amerykańskiego.
Ambasador Rose w swojej deklaracji podkreślił, że „oburzające i nieuzasadnione obelgi (Czarzastego – red.) pod adresem prezydenta Donalda Trumpa stały się poważną przeszkodą dla naszych doskonałych relacji z premierem Donaldem Tuskiem i jego rządem”. Znamienne, że nie wymienił w tym wpisie prezydenta Karola Nawrockiego. A jednak, gdy się zestawi deklarację ambasadora z planem lutowej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, na której mają być rozpatrywane „podjęte przez organy państwa działania, mające na celu wyjaśnienie wszelkich okoliczności wschodnich kontaktów towarzysko-biznesowych marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego”, trudno nie zauważyć zaskakującej koincydencji.
Nie znaczy to, że Pałac Prezydencki zorganizował wraz z ambasadorem USA wspólny atak na marszałka Sejmu, ale trudno też nie uznać, że ewentualny kryzys koalicji rządowej byłby obu tym ośrodkom na rękę.
Jednak pierwsza reakcja Donalda Tuska jasno wskazuje, że żadnego kryzysu raczej nie będzie. Mogła by go spowodować tylko ewentualna próba nakłonienia marszałka przez premiera do złożenia dymisji (a co najmniej jakichś publicznych przeprosin) w imię „naprawy” relacji polsko-amerykańskich. Ponieważ jednak sam Tusk ma – delikatnie mówiąc – niskie notowania u obecnej administracji amerykańskiej, to nie zrobi niczego poza bagatelizowaniem znaczenia całej sprawy. I taka właśnie taktyka wydaje się optymalna z punktu widzenia długofalowych interesów Polski.
Politycy prawicy i wspierające ich media będą oczywiście podgrzewać teraz temat „szkodliwego marszałka” co najmniej do czasu zapowiedzianego na 11 lutego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ale jak długo dyskusja na temat zachowania Czarzastego nie przeniesie się do wnętrza koalicji rządowej, tak długo będzie to tylko jeszcze jedna polityczna burza w szklance wody.
Jednak potyczka Czarzasty – Rose to dobry pretekst do bardziej globalnego spojrzenia na przyszłość asymetrycznego sojuszu polsko-amerykańskiego. Najistotniejszy jest oczywiście jego militarny wymiar, bo wymiana handlowa między naszymi krajami nie jest zbyt znacząca i nic nie wskazuje, aby to się miało znacząco zmieć w najbliższej przyszłości.
Podczas styczniowego szczytu w Davos prezydent Finlandii Alexander Stubb powiedział: „Helsinki mają do dyspozycji 62 myśliwce F-18 i zamówiły 64 najnowsze F-35. – Czy latają bez Amerykanów? Nie, nie latają. Ale czy ufamy, że będą latać, ponieważ leży to w interesie Ameryki? Tak”.
Nie chodzi o to, że mniejsza przecież ludnościowo Finlandia kupuje w świetle tej wypowiedzi dwa razy więcej F-35 niż my (to mnie nawet ucieszyło), ale o potwierdzenie informacji jaką usłyszałem już od pewnego specjalisty. Otóż ten mający niebawem latać w naszych barwach bardzo drogi myśliwiec poleci gdziekolwiek, tylko jeśli władze USA wyrażą na to zgodę.
Jako zwolennik polsko-amerykańskiego sojuszu wojskowego nie piszę tego, aby się oburzać, ale abyśmy mieli świadomość poziomu naszego uzależnienia jako odbiorców F-35 (a podejrzewam, że i innych najbardziej zaawansowanych technologicznie rodzajów broni) od takiego, czy innego gospodarza Białego Domu. I to w perspektywie najbliższych trzydziestu lub więcej lat. Z takiej perspektywy znaczenie obecnej awantury wokół marszałka Czarzastego wydaje się bliskie zera.
Ważne pozostaje natomiast zrozumienie, że skoncentrowany na sprawach militarnych sojusz Warszawa – Waszyngton może się stawać w przyszłości albo coraz mniej, albo coraz bardziej asymetryczny. Z oczywistych względów nie może i nigdy nie będzie jednak całkowicie równorzędny, niezależnie od tego jak będą nas o tym przekonywać rozmaici politycy, strojący się w piórka jedynych prawdziwych polskich patriotów.
Dlatego jestem zdania, że wydając coraz więcej na obronę, powinniśmy nieustannie domagać się od kolejnych naszych rządów (i tych z KO, i tych z PiS) wspierania badań i produkcji polskiej broni. I przeznaczania na to w ramach kolejnych budżetów wojskowych coraz większych środków. Oczywiście nie mam tu na myśli samolotów, czy systemów antyrakietowych, ale znacznie prostszych (co nie znaczy: prostych) technologicznie jej rodzajów jak drony. A także – co pokazuje wojna w Ukrainie – takich tylko pozornie już archaicznych jak artyleria. Towarzyszyć temu powinny coraz większe inwestycje we własną produkcje obronną, od symbolicznej amunicji poczynając.
Nawet jeśli, jak osobiście sądzę, nie będziemy w najbliższych latach bezpośrednio zaangażowani w konflikt zbrojny, to dotychczasowa historia świata uczy, że na dobrą broń zawsze znajdą się kupcy. Dlatego tak ważne jest rozlokowanie środków w ramach unijnego programu SAFE. Nie będzie dobrze, jeśli większość pieniędzy z tej pożyczki trafi do Niemiec czy Francji (przed czym ostrzegają politycy PiS), ale byłoby jeszcze gorzej gdyby – jak się tego domagał szef BBN Sławomir Cenckiewicz – wydano je w USA i Korei Południowej. Tam i tak – w związku z dotychczasowymi kontraktami, podpisanymi podczas rządów PiS, których na szczęście nie zerwano – popłyną miliardy dolarów, za które płacić będą nasze dzieci i wnuki. Jeśli uda nam się zbudować własny przemysł obronny, to zyski z eksportu broni mogą im choć trochę pomóc spłacać nasze długi.