Wyszukiwarki rządzą światem internetu, nad Wisłą prym wiedzie wszędobylskie Google. Problem w tym, że coraz częściej użytkownik nawet nie musi opuszczać strony z wynikami wyszukiwania. Dostaje tam fragment artykułu, odpowiedź na pytanie, a coraz częściej również gotowe podsumowanie przygotowane przez sztuczną inteligencję. Po co więc klikać dalej?
Dla wydawców to coraz większy problem. Mniej kliknięć oznacza mniej użytkowników na stronach, a w konsekwencji także mniej przychodów z reklam. Treści nie biorą się jednak znikąd – ich przygotowanie kosztuje, podczas gdy platforma może zarabiać na ruchu i reklamach wyświetlanych przy informacjach pochodzących z pracy wydawców.
Nowelizacja prawa autorskiego z 2024 r., wdrażająca unijną dyrektywę DSM (2019/790), miała przynajmniej częściowo uporządkować tę sytuację. Nowe przepisy dały wydawcom mocniejszą pozycję w relacjach z internetowymi gigantami. Platformy mogą korzystać z fragmentów publikacji, ale powinny wcześniej ustalić z wydawcą zasady takiego wykorzystania oraz zapłacić za używane treści.
Na tym jednak nie koniec. Platforma ma również przekazywać wydawcy informacje pozwalające ustalić, w jakim zakresie jego materiały są wykorzystywane, a co za tym idzie – jakie wynagrodzenie powinno mu przysługiwać.
I tu pojawia się kolejny problem, bo platformy niespecjalnie się tym przejęły. A już na pewno nie Google.
Google nie spieszy się z rozliczeniem z wydawcami
Mimo obowiązujących przepisów Google nie zawarł z większością polskich wydawców umów regulujących zasady korzystania z ich publikacji i wysokość należnego wynagrodzenia. Chodzi nie tylko o samą wyszukiwarkę, ale również o Google News i Google Discover.
Zdaniem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) problemem jest także sposób prowadzenia negocjacji. Urząd podejrzewa, że wydawcy nie otrzymywali od Google informacji, które pozwoliłyby im ocenić, czy proponowane stawki są adekwatne do skali wykorzystania ich treści i przychodów osiąganych przez platformę.
W praktyce oznacza to sporą asymetrię. Google wie, jak i na jaką skalę korzysta z publikacji, wydawcy natomiast nie mają pełnego dostępu do danych potrzebnych do oceny oferty.
– Big techy nie mogą stawiać się ponad prawem. Przepisy jasno określają jakie informacje Google powinien przedstawić wydawcom, aby móc uczciwie rozliczyć się z nimi za treści, z których korzysta. Brak tych danych prowadził do sytuacji, w której negocjacje stawały się pozorne i zmierzały do narzucenia warunków przez rynkowego dominanta. Za takie działanie prawo ochrony konkurencji przewiduje karę do 10 proc. przychodów przedsiębiorcy – mówi Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Kiedy przewaga staje się problemem?
UOKiK podejrzewa, że Google mógł wykorzystywać swoją dominującą pozycję podczas rozmów z wydawcami na temat wynagrodzenia za publikowane treści.
Sama pozycja dominująca nie jest zakazana. Problem zaczyna się wtedy, gdy przedsiębiorca wykorzystuje swoją przewagę, by narzucać kontrahentom nieuczciwe warunki.
– Oznacza ona, że przedsiębiorca ma tak dużą siłę rynkową, że może działać niezależnie od konkurentów i kontrahentów. Samo jej posiadanie nie jest zakazane, jednak dominujący podmiot nie może wykorzystywać swojej przewagi do narzucania innym uczestnikom rynku nieuczciwych warunków – wyjaśnia UOKiK.
W tym przypadku chodzi o relację, w której wydawcy są mocno uzależnieni od Google jako kanału dotarcia do czytelników, a jednocześnie nie dysponują podobną siłą negocjacyjną ani pełną wiedzą o wartości swoich treści wykorzystywanych przez platformę.
– Dominująca platforma może wykorzystać tę przewagę, aby narzucać stawki i inne warunki wynagrodzenia. W rezultacie wydawcy nie mają realnej możliwości negocjowania na równych zasadach. Przez to ustanowiony przez prawo mechanizm może nie działać zgodnie ze swoim celem – wskazuje urząd.
Zarzuty wobec czterech spółek Google
Postępowanie Prezesa UOKiK obejmuje cztery podmioty z grupy Google:
-
Alphabet Inc. – spółkę dominującą grupy Google, -
Google LLC – spółkę specjalizującą się w świadczeniu usług reklamowych, która wcześniej prowadziła i zarządzała wyszukiwarką Google na terenie Europejskiego Obszaru Gospodarczego, -
Google Ireland Limited – przedsiębiorcę, który obecnie prowadzi i zarządza wyszukiwarką Google na terytorium EOG, -
Google Poland – spółkę zajmującą się sprzedażą miejsca na cele reklamowe w internecie.
Warto zaznaczyć, że za nadużywanie pozycji dominującej może grozić kara sięgająca 10 proc. obrotu przedsiębiorcy. To, który z podmiotów poniesie odpowiedzialność, zostanie ustalone w toku postępowania.
UOKiK nie ustala stawki dla wydawców
Urząd podkreśla przy tym, że Prezes UOKiK nie jest stroną negocjacji między Google a wydawcami i nie rozstrzyga, czy proponowane przez platformę wynagrodzenie jest odpowiednio wysokie.
Jeśli wydawcy i Google nie dojdą do porozumienia, wysokość wynagrodzenia może natomiast określić Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
Google także pod lupą Brukseli
Polskie postępowanie nie jest jedynym problemem Google związanym z wykorzystywaniem treści wydawców. W grudniu 2025 r. Komisja Europejska wszczęła własne postępowanie, w którym sprawdza, czy koncern wykorzystuje materiały wydawców w usługach opartych na sztucznej inteligencji bez odpowiedniego wynagrodzenia i możliwości sprzeciwu.
To jednak odrębna sprawa. Postępowanie KE dotyczy usług Google związanych ze sztuczną inteligencją, podczas gdy UOKiK bada wykorzystanie treści wydawców w wynikach wyszukiwania oraz w Google News i Discover. Oba postępowania są od siebie niezależne.
To nie pierwszy Big Tech na celowniku UOKiK
Sprawa Google wpisuje się w szersze zainteresowanie UOKiK największymi firmami technologicznymi. Urząd jest już na końcowym etapie postępowania antymonopolowego przeciwko Apple. Chodzi o podejrzenie, że firma, powołując się na ochronę prywatności użytkowników, mogła działać na niekorzyść wydawców konkurencyjnych aplikacji mobilnych.
UOKiK prowadzi również postępowanie wyjaśniające dotyczące praktyk Mety i zmian w sposobie prezentowania odnośników do publikacji prasowych.