Zaczyna się od mrożącej krew w żyłach historii. Dobrze ubrany mężczyzna w średnim wieku opowiada o tym, jak pewnej nocy zbudził go alarm i dzięki domowemu monitoringowi szybko odkrył, że do domu weszło dwóch zamaskowanych włamywaczy. Potwierdza to nagranie z domowej kamery. Mówi, jak bał się o bezpieczeństwo własnych dzieci.
Potem zmienia temat: wspomina, że jego okolica, Pinecrest, spokojne przedmieście Miami, jest przecież ciche i przyjazne. Pojawia się policjant, który potwierdza, że to dobra okolica. Ale (i tu muzyka w tle staje się dramatyczna) od kilku miesięcy narasta problem z włamaniami i kradzieżami samochodów. Policjant relacjonuje, jak po otrzymaniu zawiadomienia na 911, błyskawicznie sprawdzili system kamer Flock, namierzyli właściwy pojazd, wysłali za nim helikopter i niedługo potem ujęli sprawców.
Gdyby na tym etapie dla widza nie było jasne, jakie jest przesłanie tego krótkiego materiału wideo, na ekran powraca ofiara włamania, by opowiedzieć o swojej wdzięczności wobec nowoczesnej technologii: kamer Flock. Potem jeszcze policjant wzmacnia tę wiadomość: kto rezygnuje z wykorzystania tej technologii, odmawia wykorzystania wszelkich dostępnych środków dla poprawy bezpieczeństwa. Mówiąc krótko: tylko zły człowiek może mieć coś przeciwko kamerom Flock.
A jednak rzeczywistość jest inna niż w tym materiale promocyjnym, zamieszczonym na stronie producenta. Niedawny sondaż YouGov dla „The Washington Post” pokazał, że aż 46 proc. ankietowanych jest przeciwnych kamerom Flock (popiera je 38 proc.). Powtarzają się akty wandalizmu: kamery są niszczone, oblewane farbą, taranowane pick-upami. Jeden mężczyzna, Carl Gunn, blisko 80-letni mieszkaniec Florydy, zdobył popularność w internecie po tym, jak w ramach protestu zasłonił obiektyw kamery (Gunn usiadł pod nią na turystycznym krześle i użył kartonowej planszy na tyczce). Sprzeciw wobec nowej formy monitoringu stał się tak poważny, że część polityków postanowiła wziąć go na sztandary przed nadchodzącą kampanią wyborczą.
W imię bezpieczeństwa?
Zaczęło się od frustracji Garetta Langleya, studenta Georgia Tech, że w jego okolicy dochodzi do kolejnych włamań, a policja nie potrafi wpaść na trop złodziei. Wraz z przyjaciółmi wpadł na pomysł, że przydatne mogłyby się okazać kamery wyposażone w technologię umożliwiającą identyfikację tablic rejestracyjnych. Na bazie tego pomysłu w 2017 roku powstała firma Flock Safety. Jej sukces okazał się imponujący: dziś ponad 100 tysięcy wyprodukowanych przez nią kamer można znaleźć niemal w całym kraju. Korzystają z nich nie tylko przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, ale także wspólnoty mieszkaniowe czy kampusy uniwersyteckie. Skąd tak niezwykła popularność?
Przede wszystkim chodzi o system. Flock działa w oparciu o model subskrypcyjny. Użytkownik nie kupuje sprzętu, wykupuje dostęp do usługi. Firma instaluje kamery we wskazanym miejscu (urządzenia na charakterystycznych tyczkach, zasilane energią słoneczną) i pobiera roczną opłatę za ich wykorzystywanie. Prawdziwa siła tego rozwiązania polega jednak na sieciowości. W zamian za subskrypcję użytkownik otrzymuje dostęp nie tylko do danych ze „swoich” kamer, ale także wszystkich innych na terenie całego kraju, o ile ich użytkownicy wyrazili na to zgodę.
Kamery rejestrują każdy przejeżdżający pojazd (numer rejestracyjny, marka i model, uszkodzenia, naklejki na zderzakach), te dane są przetwarzane, umieszczane w chmurze i udostępniane wyszukiwarce wspieranej przez sztuczną inteligencję.
Posiadając informację o konkretnym pojeździe, policjant albo szeryf może bez kłopotu nie tylko poszukiwać go na terenie całego kraju. Może (na podstawie danych z kolejnych kamer) ustalić jego trasę, czasem niemal tak dokładnie, jakby korzystał z nadajnika GPS. Może ustalić, gdzie dany pojazd pojawia się najczęściej i w ten sposób ustalić miejsce pobytu konkretnej osoby.
Łatwo sobie wyobrazić, jak takie narzędzie ułatwia pracę organów ścigania, kiedy trzeba namierzyć przestępcę. Albo osobę zaginioną – bo na swojej stronie producent chwali się, że tylko w 2025 roku dzięki jego kamerom udało się odnaleźć ponad 10 tysięcy osób.
Koszmar złodzieja czy zagrożenie dla prywatności?
Skąd zatem tak burzliwy sprzeciw wobec technologii, która pozwala skuteczniej łapać przestępców czy pomagać zaginionym?
Problem polega na tym, że Flock śledzi wszystkich. Rejestruje każdy przejeżdżający samochód i wysyła informacje o nim do wspólnej bazy. Tam są przechowywane przez 30 dni (producent na stronie zapewnia, że obecnie przekonuje klientów, by skrócili ten okres do tygodnia). Sto tysięcy kamer, rozrzuconych po całym kraju, tworzy sieć, z której niemal nie sposób się wydostać. Wystarczy dodać konkretną tablicę rejestracyjną do „gorącej listy”, by otrzymać powiadomienie za każdym razem, kiedy wskazany samochód minie jedną z kamer Flock. To zaś rodzi pokusy dla korzystających z systemu.
W internecie aż roi się od historii policjantów używających Flocka niezgodnie z przeznaczeniem. Najczęściej po to, by szpiegować swoje żony lub partnerki. Albo byłe partnerki. Ale pojawiły się również doniesienia z Teksasu, że używano systemu do namierzania kobiet podejrzewanych o dokonanie aborcji (Teksas niemal całkowicie zakazał aborcji w 2022 roku, po wyroku Sądu Najwyższego, który uchylił prawo do aborcji na poziomie federalnym).
Kamerom zdarzają się również pomyłki. W kwietniu 2024 roku Brandon Upchurch został brutalnie zatrzymany przez policję. Najpierw, celując do niego z broni palnej, funkcjonariusze zażądali, by opuścił swój pojazd, potem, podczas zatrzymania rzucił się na niego policyjny pies. Policjanci twierdzili, że jego samochód ma kradzione rejestracje. Upchurch odpowiadał, że tablice nie są kradzione, a samochód jest jego własny. Miał rację. System Flock błędnie odczytał cyfrę „7” jako „2”. Tego rodzaju historii również nie brakuje.

Państwo widzi wszystko
A lista problemów na tym się nie kończy. Dane z kamer przechowuje prywatna firma – kto wie, do czego postanowi użyć ich w przyszłości? A co z zagrożeniami dotyczącymi cyberbezpieczeństwa – czy można mieć pewność, że dane gromadzone przez kamery nie trafią w niepowołane ręce?
A co, jeśli zakres informacji wykorzystywanych przez Flock rozszerzy się poza tablice rejestracyjne? Narzędzie Flock Nova pozwala łączyć dane z kamer z danymi pochodzącymi z publicznie dostępnych rejestrów czy baz danych wykorzystywanych komercyjnie (na przykład w marketingu). Do tego przez jakiś czas Nova korzystała także z danych, które wyciekły do sieci. Po ujawnieniu sprawy przez dziennikarzy 404 Media zrezygnowano z tego ostatniego źródła informacji.
W ostatnich latach coraz częściej pojawiają się obawy, że rozwój technologii związanych z monitoringiem, a także dalszy rozwój sztucznej inteligencji pozwolą państwom na bezprecedensową kontrolę nad poczynaniami obywateli.
Obawy te podsycają działania podejmowane na przykład przez władze komunistycznych Chin, które wykorzystują zaawansowane technologicznie systemy np. do obserwowania populacji Ujgurów. Jednak i w USA pojawiły się niepokojące sygnały: system Flock miał być wykorzystywany do poszukiwania nielegalnych imigrantów (służby imigracyjne nie miały do niego dostępu, ale – jak tłumaczy producent na swojej stronie – podmioty takie jak ICE mogą nawiązać relację z innymi służbami, które wykorzystują kamery i poprosić o pomoc).
To może rodzić obawy, że w przyszłości władze państwa mogą wykorzystać dostępne narzędzia również w innym celu. Jednym z największych inwestorów we Flock jest fundusz Andreessen Horowitz, którego współzałożyciele hojnie wspierali kampanię Donalda Trumpa, a sam Marc Andreessen nawet doradza prezydentowi w kwestiach technologicznych.
Nie oznacza to, że intencje Flocka muszą być złe – firma może zupełnie szczerze dążyć do rozwiązania problemu przestępczości (przy okazji szukając sposobu na zarobienie pieniędzy). Jednak jej podejście, odpowiadające standardom Doliny Krzemowej, zgodne z hasłem „move fast and break things” (dawne wewnętrzne motto Facebooka, stawiające na pierwszym miejscu szybki rozwój – przyp. Interia), może doprowadzić do poważnego naruszenia prywatności zwykłych Amerykanów. Dlatego dziś kamery stały się tematem kampanijnym, a politycy z obydwu partii obiecują ich ograniczenie.
Andrzej Kohut