Close Menu
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Facebook X (Twitter) Instagram
Historie Internetowe
Facebook X (Twitter) Instagram
Banai
Subskrybuj
[gtranslate]
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Polska

Nawrocki czy Tusk? Antoni Dudek kreśli dwa scenariusze na 2027 rok

Przez Pokój Prasowy23 września, 20266 min odczytu

Na rok przed wyborami parlamentarnymi tylko jedno jest pewne: czeka nas kolejna brutalna kampania wyborcza, w której głównym przeciwnikiem Donalda Tuska będzie – i to jest nowość – już nie Jarosław Kaczyński, ale Karol Nawrocki. Wprawdzie Kaczyński wciąż jeszcze stoi na czele głównej partii opozycyjnej, ale po rozłamie dokonanym przez Morawieckiego widać wyraźnie, że jego formacja traci dominującą na polskiej prawicy pozycję i będzie teraz walczyć z Konfederacją, aby nie dać się jej wyprzedzić w sondażach.

Beneficjentem tej rywalizacji może stać się Korona, która już skorzystała na umoczeniu niektórych polityków PiS i Konfederacji w aferze Zondacrypto. A może skorzystać jeszcze bardziej, jeśli zapowiadany przez Tuska i innych polityków zonda-serial doczeka się kolejnych odcinków.

Drugą konsekwencją osłabienia PiS jest wzrost roli prezydenta, na którego orientuje się dziś cała polska prawica. Najsłabiej jest to widoczne w przypadku Grzegorza Brauna, który otrzymał ostatnio od prezydenckich ministrów czarną polewkę w sprawie paktu senackiego.

Jednak dopiero wiosną przyszłego roku okaże się, czy w tej sprawie nie dojdzie jakiejś formy porozumienia. Bez Korony bowiem pakt senacki prawicy nie będzie miał szans w starciu z kandydatami paktu centrolewicowego, którego trzecie już zawarcie – po sukcesach odniesionych w wyborach z 2019 i 2023 – wydaje się przesądzone. A to z kolei może pokrzyżować już na starcie ambitny plan prezydenta.

Scenariusz Nawrockiego


Wprawdzie nie istnieje partia prezydencka, która miałaby rywalizować z Koalicją Obywatelską o zwycięstwo w przyszłorocznych wyborach, ale Karol Nawrocki od początku swego urzędowania nie ukrywał, że jego pierwszoplanowym celem pozostaje pozbawienie władzy „najgorszego premiera po 1989 r.”, jak zwykł nazywać Donalda Tuska.

Po roku walki z rządem i rekordowej liczbie wet wobec uchwalonych z jego inicjatywy ustaw, widać, że prezydent nie odniósł wyraźnego sukcesu. Notowania rządu są wprawdzie coraz słabsze, a samego Nawrockiego bez porównania lepsze, ale nie nastąpiło jak dotąd to, na co prezydent liczył po swoim zwycięstwie najbardziej, czyli rozpad koalicji rządowej, otwierający drogę do przedterminowych wyborów.

Teoretycznie te ostatnie są wciąż jeszcze możliwe, gdyby Tuskowi wymknęła się z rąk operacja podmiany w składzie rządu Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz na Szymona Hołownię, a w konsekwencji w Sejmie zabrakło głosów do uchwalenia budżetu na 2027 r. Brak uchwalonego w terminie budżetu dałby prezydentowi zgodny z konstytucją powód do rozwiązania parlamentu.

Wydaje się to jednak mniej prawdopodobne, niż uchwalenie przez Sejm ustawy budżetowej – ostatniej naprawdę istotnej ustawy w tej kadencji. Ustawy, której jako jedynej prezydent nie może zawetować, choć mógłby ją – jak przed laty Lech Wałęsa – wysłać do Trybunału Konstytucyjnego, a później twierdzić, że minął już trzymiesięczny okres na jego uchwalenie. Dlatego z punktu widzenia koalicji rządowej tak istotne jest doprowadzenie jeszcze tej jesieni do zmian w Trybunale Konstytucyjnym.

Jeśli budżet zostanie uchwalony, wówczas prezydent będzie musiał cierpliwie poczekać jeszcze rok i trzymać kciuki za to, aby sprawdziła się większość obecnych sondaży, dających formacjom prawicowym (od Morawieckiego po Brauna) większość w kolejnym Sejmie. Jeśli bowiem Polacy rzeczywiście tak wybiorą, wówczas prezydent zrobi milowy krok w kierunku uzyskania realnej władzy nad Polską.

Patrząc na poziom skłócenia liderów prawicy, a zarazem ich przepełnione uwielbieniem wypowiedzi na temat prezydenta, wydaje się oczywistością, że upatrują oni w Karolu Nawrockim architekta powyborczej koalicji rządowej. Im słabsza będzie jednak ta koalicja, tym paradoksalnie lepiej dla prezydenta. Tylko bowiem w sytuacji powstania rządu balansującego na granicy parlamentarnej większości, a później wręcz gabinetu mniejszościowego, Nawrocki będzie w stanie wynegocjować dla siebie jakąś realną władzę.

Oczywiście oficjalnie Nawrocki będzie dalej mówił o konieczności zmiany konstytucji i ustanowienia systemu prezydenckiego, ale szanse na to wydają się niewielkie przy tak silnych antagonizmach po prawej stronie.

Realny natomiast wydaje się scenariusz pisowsko-konfederackiego rządu mniejszościowego, zawieszonego na prezydencie negocjującym dlań poparcie, a to u posłów Korony, a to u posłów Rozwoju Plus. O ile oczywiście te dwie ostatnie formacje rzeczywiście znajdą się w kolejnym Sejmie, na co wskazują obecne sondaże, ale czego każdy znający dobrze historię III RP nie powinien – na rok przed wyborami – traktować jako rzeczy przesądzonej.

Scenariusz Tuska


Na to, że prawica będzie się przez najbliższy rok dzielić jeszcze bardziej, zdaje się liczyć premier. W zestawieniu z jego hegemonią nad PSL i Nową Lewicą, której kolejnym dowodem było głosowanie koalicjantów nad kandydaturą ministra Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego, prawicowa opozycja wygląda dziś jak pospolite ruszenie prowadzone przez kilku skłóconych generałów, rozpoczynające bitwę z regularną armią mającą jednego wodza. Jednak, aby w świetle obecnych sondaży, Tusk mógł realnie myśleć o utrzymaniu się przy władzy, muszą być spełnione trzy warunki.

Po pierwsze, Koalicja Obywatelska powinna utrzymać poparcie na poziomie oscylującym wokół 30 proc., co będzie możliwe tylko, jeśli sytuacja gospodarcza nie ulegnie pogorszeniu. W tym kontekście zarówno rozwój sytuacji w rejonie Zatoki Perskiej, jak i ostatnia decyzja agencja Moody’s o obniżeniu długoterminowego ratingu Polski z A2 do A3, nie dają powodu do optymizmu.

Po drugie, Koalicja Obywatelska powinna zawrzeć przed wyborami sojusz wyborczy z którymś ze swoich koalicjantów, najpewniej z Nową Lewicą, tak aby poszerzona w ten sposób jej lista wyborcza mogła liczyć na poparcie oscylujące między 35 a 40 proc.

Po trzecie wreszcie, w dniu wyborów, poniżej pięcioprocentowego progu wyborczego, musiałyby spaść ugrupowania mające łącznie ponad 10 proc. głosów. Tylko w takim przypadku obowiązująca obecnie ordynacja wyborcza, zakładająca system przeliczania głosów na mandaty oparty na metodzie d’Hondta, daje poszerzonej KO szansę na powtórzenie sukcesu PiS z 2015 r.

Przypomnę: partia Kaczyńskiego otrzymała wówczas poparcie 37,5 proc. wyborców, co jednak zamieniło się na 235 mandaty poselskie, ponieważ poniżej ośmioprocentowego progu dla koalicji spadła wówczas zjednoczona lewica Millera i Palikota, a równocześnie prawicowej KORWiN zabrakło zaledwie 0,24 proc. do pokonania pięcioprocentowego progu dla partii politycznych.

Prawdopodobieństwo równoczesnego spełnienia wszystkich tych warunków jest niewielkie. Aby zatem utrzymać się u władzy, Tusk będzie potrzebował tego samego, co w 2023 r., by odebrać ją Kaczyńskiemu: centrowego koalicjanta, czyli nowej Trzeciej Drogi. Widoki na jego powstanie w oparciu o PSL – balansujące na granicy, ale w większości sondaży poniżej progu wyborczego – wydają się dziś niewielkie. Nie widać na horyzoncie nowego Pawła Kukiza czy Szymona Hołowni, a Polska 2050 jest już tylko cieniem tego, czym była przed trzema laty. Na horyzoncie widać dziś tylko… Rozwój Plus, ale mariaż Kosiniaka i Morawieckiego wydaje się obecnie sprawą bardzo odległą.

Jeszcze bardziej fantastycznie rysuje się prognozowany przez niektórych najodważniejszych analityków sojusz rządowy KO z mentzenowską częścią Konfederacji, czyli Nową Nadzieją. Czym innym było bowiem wypicie piwa przez Mentzena z Trzaskowskim, aby rozładować frustrację wynikającą z wejścia do drugiej tury wyborów człowieka „o wizerunku niezbyt lotnego osiłka”, jak lider Konfederacji nazwał w maju 2025 r. Nawrockiego, a czym innym byłoby stworzenie koalicji rządowej z KO. Czymś bez porównania trudniejszym, bo grożącym rozpadem Nowej Nadziei, której wielu działaczy uważa Tuska za jeszcze większe zło niż Kaczyńskiego.

Dlatego właśnie, na rok przed wyborami, to Donald Tusk ma obecnie znacznie większy problem niż Karol Nawrocki. Podobnie jak wszyscy, którzy nie chcą rządów nacjonalistycznej prawicy.

Antoni Dudek

Czytaj Dalej

Śledztwo ws. Polskiej Fundacji Narodowej. Zatrzymano dwie osoby

Działania RPD zakończyły się odebraniem dzieci. Sąd musiał interweniować

Pierwszy dzień kalendarzowej jesieni z odpowiednią pogodą. Nie będzie sucho

Sondaż. Koalicja Obywatelska odbija, PiS ze stratą. Tak głosowaliby Polacy

Wojna w Ukrainie. Pilny komunikat wojska. Poderwano lotnictwo wojskowe

Lublin. Ukrainiec zaatakował ratowników medycznych. Został surowo ukarany

Gen. Mirosław Bodnar odchodzi z wojsk dronowych. Szef MON: Wykonał zadanie

Radosław Sikorski odpowiada Marcinowi Przydaczowi. „Zrywa porozumienie”

Prawnicy Dawida Kacprzyka ogłaszają zwrot. Dr. Jędrzejewski: Nieprawda

Facebook X (Twitter) Instagram Pinterest
  • Home
  • Buy Now
© 2026 Banai. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Type above and press Enter to search. Press Esc to cancel.