Close Menu
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Facebook X (Twitter) Instagram
Historie Internetowe
Facebook X (Twitter) Instagram
Banai
Subskrybuj
[gtranslate]
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Świat

Nicolas Maduro. Jak kierowca autobusu obrócił w ruinę potężną gospodarkę

Przez Pokój Prasowy6 stycznia, 20266 min odczytu

Rankiem w sobotę 3 stycznia Nicolas Maduro został schwytany w swojej prywatnej sypialni w Caracas i wywieziony z Wenezueli przez amerykański oddział Delta Force. Akcji towarzyszyły eksplozje w kilku miejscach w mieście. Według wenezuelskich władz w zdarzeniach zginęło 40 osób, wojskowi i cywile.

– Obudziłem się o 7 rano (czasu środkowoeuropejskiego – przyp. red.) i dowiedziałem się, że USA bombardują moje miasto. Poszedłem spać o 4:30 nad ranem, pijany po wielkim świętowaniu – w ten sposób jeden z mieszkających w Wielkiej Brytanii Wenezuelczyków opisał dzień ataku USA i pojmania Maduro.

Nie płaczą za pojmanym. Kim jest Nicolas Maduro?


Opis brzmi paradoksalnie, ale nie jest odosobnionym głosem. – Wyobraź sobie, jak zła była sytuacja, że my dzisiaj wolimy to, co się stało, niż to, co było wcześniej – mówi Interii Juan Pablo Sans, ten sam, który świętował całą sobotę.

Nie kryje swoich obaw przed tym, co stanie się z jego krajem. Podkreśla jednak, że jest szczęśliwy, bo „jego przyszli synowie urodzą się w kraju bez Maduro” i jest „realna szansa, że w końcu wróci do domu”.

– Nasza gospodarka padła, ludzie masowo wyjeżdżali z kraju. Mój nieżyjący już ojciec dostawał emeryturę w wysokości pięciu dolarów. Pięć dolarów na miesiąc – wylicza Juan Pablo. Mówi też wprost o ofiarach reżimu – torturowanych i zabijanych.

Jak to się stało, że słuchający rocka przewodniczący samorządu uczniowskiego stał się krwawym przywódcą, którego zatrzymanie wywołuje w rodakach radość?

Wenezuelska katastrofa gospodarcza


„Moja stanowcza opinia, jasna jak pełnia księżyca – nieodwołalna, absolutna, całkowita – jest taka, abyście wybrali Nicolasa Maduro na prezydenta” – tymi słowy umierający na raka Hugo Chavez namaścił swojego następcę.

51-letni wówczas Maduro od kilku miesięcy pełni funkcję wiceprezydenta. W marcu 2013 r. jako tymczasowy prezydent rozpisał wybory. I niedługo później je wygrał, choć przewaga była minimalna (zdobył 50,7 proc. głosów).

Zaledwie kilka miesięcy później, w lutym 2014 roku kraj ogarnęły antyrządowe protesty. Ludzie mieli dosyć rosnącej przestępczości, korupcji i galopującej inflacji.

Jest lato 2016 roku, gdy troje Wenezuelczyków w niewielkim mieście na południu Polski siedzi przy stole i z zaskoczeniem patrzy, jak gospodyni kładzie na półmisku pomidory. Można się poczęstować, tak po prostu, do śniadania? To dla nich zapomniany obraz, bo w ich kraju od jakiegoś czasu obowiązuje „dieta Maduro”. Ludzie głodują.

Jak to się stało, że w Wenezueli, kraju bogatym w złoża ropy, gazu, złota, diamentów i pierwiastków ziem rzadkich, mieszkańcy nie mają co jeść?

– Wystarczyło 25 lat, by całkiem dobrze funkcjonującą gospodarkę, opartą na złożach surowców, całkowicie rozłożyć – mówi w rozmowie z Interią dr Joanna Gocłowska-Bolek z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak wskazuje ekspertka, zaczęło się od wspomnianego już Hugo Chaveza, który doszedł do władzy w 1999 roku.

– Stopniowo wprowadzał swój pomysł socjalizmu XXI wieku. To jeden element, ale do tego doszło całkowicie fatalne zarządzanie, ogromna korupcja, przemoc polityczna, która prowadziła do tego, że różni fachowcy uciekali z Wenezueli. I to wszystko razem, później w połączeniu z sankcjami ze strony Stanów Zjednoczonych, dało ten tragiczny efekt, który obserwujemy od paru lat – mówi.

A co obserwujemy? – Szacuje się, że około 90 proc. Wenezuelczyków żyje dziś w ubóstwie albo w skrajnym ubóstwie. W kraju wciąż jest problem z dostępem do podstawowych artykułów żywnościowych, lekarstw, usług medycznych. Sam fakt, że osiem milionów osób uciekło przed tą ogromną biedą, pokazuje skalę katastrofy gospodarczej – wskazuje rozmówczyni Interii.

Jak dodaje, o ile jeszcze w czasach Hugo Chaveza do 2013 roku trwał boom surowcowy – ceny ropy naftowej były wysokie, a popyt ze strony krajów azjatyckich ogromny – później to wszystko się załamało.

Jak kierowca autobusu obrócił w ruinę potężną gospodarkę


To załamanie przypadło właśnie na rządy Nicolasa Maduro. Wróćmy do niego.

Urodził się w 1962 roku w Caracas jako syn działacza związkowego. Według „The Guardian”, miał nigdy nie ukończyć szkoły średniej, ale zdążył pełnić w niej funkcję przewodniczącego samorządu uczniowskiego i dał się zapamiętać jako „postać imponująca i skłonna do kompromisu”.

Ta sama gazeta piórem korespondentów z Ameryk Łacińskiej Virginii Lopez i Jonathana Wattsa opisuje też rockową naturę Maduro – uwielbiał Led Zeppelin i podobno rozważał karierę muzyczną. Zamiast tego został kierowcą miejskiego autobusu w Caracas, a w firmie, w której pracował, założył jeden z pierwszych nieformalnych związków zawodowych.

Od początku politycznej kariery związany był ze środowiskiem Hugo Chaveza. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Cilię Flores, tak jak on zaangażowaną w uwolnienie Chaveza po nieudanym zamachu stanu z 1992 roku.

Chaveza Maduro nazywał „ojcem”. W trakcie pierwszej kampanii prezydenckiej twierdził, że duch zmarłego prezydenta nawiedził go pod postacią ptaka, udzielił mu błogosławieństwa i rzucił klątwy na politycznych przeciwników.

I właśnie polityczni przeciwnicy, a dokładniej rozprawianie się z nimi, stały się oczkiem w głowie Maduro. Wszelkie protesty były brutalnie tłumione, działacze opozycyjni bezwzględnie blokowani, a władza – jak się okazało – nie do oddania.

Ile ludzi zginęło pod rządami Maduro – tego dokładnie nie wiemy.

– Trudno jest do tej pory oszacować tę liczbę, bo wiele osób uznaje się za zaginione i nie wiemy, co się z nimi stało. Potrzeba czasu, by te dane zebrać i pokazać skalę przemocy i terroru, które reżim Nicolasa Maduro popełniał przez te wszystkie lata na narodzie wenezuelskim – mówi dr Joanna Gocłowska-Bolek.

Od czasu objęcia rządów przez Maduro kolejne wybory na szczeblu krajowym w Wenezueli budzą wątpliwości organizacji praw człowieka i innych państw. Maduro za demokratycznie wybranego prezydenta nie uznają dziś ani Unia Europejska, ani Stany Zjednoczone. Polityczne i gospodarcze wsparcie dla jego rządu płynęło za to m.in. z Rosji i Chin.

Według wenezuelskiej opozycji zwycięzcą – z wynikiem 67 proc. – w wyborach prezydenckich w 2024 roku został Edmundo Gonzalez Urrutii, który startował po tym, jak władze kraju zablokowały kandydaturę liderki opozycji, a późniejszej laureatki Pokojowej Nagrody Nobla, Marii Coriny Machado.

Władze w Caracas ogłosiły jednak zwycięstwo Maduro.

Ludzie protestowali, ale i tu historia się powtórzyła – protesty zostały brutalnie stłumione, a represje wobec opozycji nasilone.

Nie widać wiwatujących tłumów


Dlatego dzisiaj, gdy Nicolas Maduro został schwytany i wywieziony z Wenezueli przez amerykańskie siły specjalne, nie trudno znaleźć Wenezuelczyków, którzy najzwyczajniej w świecie się cieszą. „Nie sądziłem, że tego dożyję. Dzięki Ci, Boże!” – czytamy w mediach społecznościowych. Bo na ulicach samej Wenezueli nie widać świętujących tłumów. Boją się.

– Nicolasa Maduro nie ma w kraju, natomiast pozostał u władzy reżim. Do tej pory wszelkie protesty tłumione były w sposób bardzo krwawy. Dlatego choć emocje są ogromne, nie widać tego tak bardzo w wenezuelskich miastach – mówi dr Joanna Gocłowska-Bolek.

I porównuje obecną sytuację w Wenezueli do sytuacji, gdy umiera prezydent.

– Mamy wiceprezydentkę, która została natychmiast praktycznie nominowana na prezydenta. Ma trzy miesiące, aby tę funkcję pełnić. Potem ten okres może być przedłużany i prawdopodobnie tak będzie. Reżim wciąż kontroluje siły zbrojne, siły bezpieczeństwa, całą infrastrukturę. Teraz jest co prawda ogromna presja ze strony Waszyngtonu, który mówi: jeżeli Delcy Rodríguez nie będzie nas słuchać, to my znowu wkroczymy i w sposób militarny zaprowadzimy porządek. Jednak przemiany w Wenezueli to będzie proces. Obserwujemy pierwszy krok – wskazuje ekspertka.

Nasza rozmówczyni negatywnie ocenia pominięcie wenezuelskiej opozycji przez Donalda Trumpa.

– To zmiany, w których powinni uczestniczyć przede wszystkim Wenezuelczycy – ocenia.

A do zrobienia jest wiele.

– Przemysł naftowy został zdewastowany w Wenezueli. On praktycznie nie działa. Instalacje są przestarzałe, brakuje ludzi z odpowiednią wiedzą techniczną. Pamiętajmy też, że Wenezuela jest krajem bardzo zadłużonym, m.in. wobec Pekinu. Większość ropy transportowanej z Wenezueli do Chin była spłatą długów – mówi.

I dodaje: – To nie będzie tak, że przyjdą Amerykanie i nagle wszystko zacznie działać.

Justyna Kaczmarczyk
[email protected]

Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd?

Czytaj Dalej

USA – Iran. Gabbard podważyła narrację Trumpa. Chodzi o przyczynę wojny

Iran. Mudżtaba Chamenei zabrał głos, po śmierci szefa irańskich służb

Bliski Wschód. Nowy ruch Izraela. Atak na irańskie okręty na Morzu Kaspijskim

Wojna na Bliskim Wschodzie. Irańscy żołnierze chronią się w meczetach

Konflikt na Bliskim Wschodzie. Katar zaatakowany przez Iran

USA. J.D. Vance ma odwiedzić Węgry i poprzeć Viktora Orbana

Wojna na Ukrainie. Wielkie straty Rosji w Uljanowsku. Zniszczono samoloty

Chiny planują inwazję na Tajwan? Zwrot w raporcie agencji wywiadu USA

Wojna w Iranie, zablokowana cieśnina Ormuz. Indie wysyłają okręty wojenne

Facebook X (Twitter) Instagram Pinterest
  • Home
  • Buy Now
© 2026 Banai. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Type above and press Enter to search. Press Esc to cancel.