Cykl „13 pięter” Filipa Springera to felietony mieszkaniowe, w których autor – nagradzany pisarz, reporter, fotograf – mierzy się z kryzysem mieszkaniowym w Polsce (i nie tylko). Na łamach Interii opisuje, jak nam się mieszka, w skali mikro i makro, i co można z tym wszystkim zrobić.
Można by to uznać za złośliwy żart, gdyby nie fakt, że dotyczy dość palącej kwestii.
Bruksela, adres: Rue Demot 24 i 28. Tutaj, w dwóch modernistycznych blokach oddanych do użytku pod koniec lat 90. rezyduje obecnie unijna grupa zadaniowa do spraw mieszkalnictwa, czyli Housing Taskforce. Urzędnicy oddelegowani tu przez Komisję Europejską produkują kolejne strategie mające uzdrowić rynek nieruchomości na kontynencie.
A mają co robić: dane Eurostatu pokazują, że ponad osiem procent obywateli Unii Europejskiej wydaje niemal połowę swoich dochodów wyłącznie na utrzymanie dachu nad głową.
W krajach takich jak Polska, Rumunia czy Łotwa ponad jedna trzecia społeczeństwa żyje w przeludnionych mieszkaniach, a młodzi dorośli opuszczają rodzinne domy średnio dopiero w wieku 26 lat.
Najprostszą odpowiedzią na ten problem wydaje się lanie betonu. Tutaj jednak sprawa się komplikuje, bo architektura i budownictwo odpowiadają za blisko 40 procent globalnych emisji dwutlenku węgla.
W dobie katastrofy ekologicznej dalsze, bezrefleksyjne wznoszenie kolejnych konstrukcji od zera staje się działaniem na szkodę nas wszystkich. Zamiast zajmować kolejne grunty, musimy w końcu dokładnie policzyć, zinwentaryzować i mądrze zmodernizować to, co już w naszych miastach stoi, bo to właśnie w adaptacji istniejącej tkanki drzemie największy potencjał ratunkowy.
Tylko rzetelne podejście do zasobów, które już raz zostały wytworzone, pozwoli ograniczyć gigantyczny ślad węglowy architektury bez rezygnacji z walki o godne warunki życia.
Ten problem bardzo szczegółowo adresuje choćby grupa HouseEurope!. Jej twórcy w ramach Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej zebrali ponad 80 tysięcy podpisów i domagają się od Parlamentu Europejskiego radykalnej zmiany prawa: przede wszystkim uznania renowacji za nowy standard budowlany.
Postulują też zwolnienia z podatku VAT na remonty, obowiązkową ocenę cyklu życia każdego budynku oraz uwzględnienie tak zwanego osadzonego dwutlenku węgla, czyli energii już zainwestowanej w istniejący beton i stal.
Ich celem jest powstrzymanie niszczycielskiej fali wyburzeń, która do 2050 roku może pochłonąć budynki o powierzchni dwóch miliardów metrów kwadratowych. Ale przede wszystkim chodzi o zwiększenie dostępności mieszkań.
Urzędnicza machina pożarła mieszkańców
I tu wracamy na Rue Demot. Housing Taskforce przygotowuje się bowiem do wyprowadzki – jej budynki zostaną poddane gruntownej transformacji. Podobnie jak cała dzielnica. Biurowy archipelag wokół Rue Demot to bowiem urbanistyczny trup, który każdego dnia punktualnie o godzinie 17 zostaje odłączony od aparatury podtrzymującej życie.
Pustoszeją chodniki, zamierają kawiarnie, a między szklanymi fasadami hula wiatr. Aż trudno uwierzyć, że przed 1958 rokiem dawna Dzielnica Leopolda była jedną z najbardziej eleganckich i tętniących życiem części Brukseli.
To wtedy jednak zapadła decyzja o brutalnym wciśnięciu w mieszkalną tkankę monofunkcyjnych biurowych molochów. Zwykłych mieszkańców wypchnięto, by zrobić miejsce dla urzędniczej machiny, co doprowadziło do powstania miejskiej pustyni. Teraz na ten obszar wkracza państwowy Fundusz Cityforward – przejmując 21 biurowców, deklaruje chęć ożywienia tej przestrzeni.
Kłopot w tym, że w ramach wprowadzania życia do obumierającej dzielnicy, w dawnej siedzibie siedzibie instytucji walczącej z brakiem mieszkań nie powstanie ani jedno dostępne mieszkanie, ani jeden lokal o sensownym czynszu.
Intensywne rozmyślania o zwiększaniu dostępności dachu nad głową zostaną po prostu bezrefleksyjnie przeniesione pod inny adres, a budynki przy Rue Demot zamienią się w luksusowy produkt finansowy dla najbogatszych.
A skoro oficjalne plany przebudowy biurowców przy Rue Demot ignorują funkcję społeczną, aktywiści i badacze postanowili stworzyć przestrzeń dla alternatywnych wizji.
Powołali do życia antykonkurs DEMOT zorganizowany przez koalicję 21 buildings przy wsparciu prestiżowej politechniki ETH w Zurichu. To wezwanie do architektów i urbanistów, by spróbowali wymyślić to miejsce na nowo, odrzucając dyktat maksymalizacji zysku i pytając o to, jak dawne biura mogą stać się prawdziwymi domami.
Zgłoszenia do tego starcia o przyszłość kawałka Brukseli trwają do maja 2026 roku. I nawet jeśli te alternatywne projekty ostatecznie przegrają z twardą logiką kapitału, ich rola jest tu kluczowa: mają wytrącić nas i unijnych urzędników z samozadowolenia.
Sprawa Rue Demot dobitnie bowiem pokazuje, że z kryzysem mieszkaniowym nie wygra się za pomocą kolejnych opasłych strategii pisanych w sterylnych biurowcach. Jego rozwiązanie przyjdzie w momencie, w którym przestaniemy traktować budynki jak wielkogabarytowe instrumenty do bezpiecznego parkowania gotówki, a zaczniemy w nich po prostu z powrotem mieszkać.