Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Agencja Moody’s obniżyła długoterminowy rating Polski do „A3” z poziomu „A2”. Jest pan zaskoczony?
Prof. Jerzy Hausner: Nie, ponieważ już wcześniej dwie inne agencje ratingowe, Standard & Poor’s i Fitch, obniżyły podobnie rating Polski o jedną kategorię niżej. Co istotne, Moody’s opatrzyła swój rating komentarzem o perspektywie neutralnej, co oznacza, że w najbliższym czasie nie przewiduje dalszego pogorszenia. Niemniej, to czytelny sygnał dla inwestorów, że ryzyko pożyczania pieniędzy Polsce wzrosło. W konsekwencji będą oczekiwać wyższych rentowności. Mówiąc prościej: oprocentowanie, które jako państwo będziemy musieli płacić za to, że kupują nasze obligacje, będzie wyższe.
Polacy odczują ten spadek w najbliższej perspektywie?
Skutek będzie pośredni, ponieważ wycena obligacji skarbowych może rzutować na ocenę innych aktywów majątkowych przez inwestorów. A więc negatywny skutek będzie dotyczył bardziej przedsiębiorców, niż konsumentów.
Spodziewa się pan dalszych spadków?
Samo obniżenie ratingu należy odebrać jako jasną ocenę: sytuacja budżetowa i stan finansów publicznych w Polsce kształtują się niekorzystnie. Z drugiej strony neutralna perspektywa wynika z faktu, że agencja docenia nasz wysoki wzrost gospodarczy. Dopóki taki wzrost utrzymujemy, nie przewiduję dalszego pogorszenia ratingu.
W argumentacji Moody’s pojawił się też wątek, który wykracza poza ekonomię. Mowa o braku współpracy między prezydentem a rządem.
Nie ulega wątpliwości, że mamy konstytucyjny pat – wszelkie inicjatywy rządu, które mogłyby zmierzać do równoważenia finansów publicznych, a więc do podtrzymania wyższego ratingu, są blokowane przez prezydenta. I nawet gdyby rząd przedstawiał z punktu widzenia inwestorów najbardziej wiarygodne plany konsolidacji fiskalnej, prawdopodobieństwo ich wejścia w życie jest relatywnie niskie.
To prowadzi do kluczowego pytania: jak w takim razie zahamować dynamiczny wzrost długu? Czy podziela pan obawę dr Henryki Bochniarz, że zablokowany rząd będzie musiał ostatecznie sięgnąć do kieszeni podatników i podnosić podatki?
Spójrzmy na to w szerszym kontekście. Mamy do czynienia ze stałym wzrostem długu publicznego w relacji do PKB. Na tyle szybkim, że przekraczamy kolejne progi ostrożnościowe zapisane w ustawie o finansach publicznych. Przypomnę, że w 2025 roku deficyt sięgnął aż 7 proc. PKB i nawet jeśli rząd zakładał na obecny rok nieznaczną poprawę – czyli zejście do poziomu około 6,5 proc. – to jest to mało prawdopodobne. Do skumulowanego długu z przeszłości dochodzi wysoki deficyt bieżący, wynikający m.in. z wzrostu wydatków na bezpieczeństwo.
Gdyby był pan dziś na miejscu ministra finansów – gdzie szukałby pan oszczędności?