– Boli to niesamowicie – mówi cicho Małgorzata. – Ona powinna mnie pochować. To ona powinna chodzić na cmentarz do mnie, a nie ja do niej.
Siedzimy na sofie, a zza okna dobiega głuchy szum drogi. Tej samej, na której półtora roku temu została potrącona Dorota. Ze stojącej przy ścianie komody „patrzy” na nas zmarła dziewczyna. Na jednej fotografii trzyma malutką córkę, na innej świętuje osiemnaste urodziny. To ulubione zdjęcie Małgorzaty.
– Myśli pan, że ta rozmowa coś zmieni? – pyta nagle, przerywając ciszę.
– Ja nie wierzę, że to coś da. Nadzieję mam tylko wBogu – odpowiada.
28 listopada 2024 r. Tego dnia od rana siąpi deszcz.
Magdalena ma 56 lat i siedzi za kierownicą swojej czteroletniej Kii Rio. Jest trzeźwa. Przejeżdża przez Olkusz drogą krajową nr 94, kierując się w stronę Krakowa. Zostawia za sobą skrzyżowanie alei Tysiąclecia z ulicą Stamirowskiego. Nie wiadomo, czy już wtedy w jej dłoniach pojawia się telefon komórkowy, czy dopiero zerka na ekran. Jedzie dalej przed siebie i wjeżdża do Sieniczna, niewielkiej wsi pod Olkuszem.
W tym samym czasie z niewielkiego domu na wzniesieniu wychodzi 28-letnia Dorota. Młoda kobieta spieszy się, musi odebrać ze szkoły swoją siedmioletnią córkę. Szutrowa droga, rozmoknięta od deszczu, opada ostro w dół i łączy się z drogą krajową. Dorota skręca w lewo. Pobocze jest na tyle szerokie, że pozwala jej czuć się bezpiecznie. Pokonuje tę trasę wielokrotnie. Do najbliższego chodnika ma nie więcej niż sto metrów.
Kia Magdaleny wyłania się delikatnie za zakrętu. Jedzie w kierunku Krakowa, nie przekracza dopuszczalnej prędkości. Kobieta, jak potem opowiadają świadkowie, nagle schyla się w stronę deski rozdzielczej. Szuka telefonu. Może komórka wypada jej z dłoni, może próbuje ją znaleźć w torebce rzuconej na siedzenie pasażera.
Kierowca jadący za Kią opowiada potem, że samochód niespodziewanie wykonuje nienaturalny manewr.
Dorota nie ma czasu na reakcję. Siła uderzenia odrzuca ją na kilka metrów do przodu.
Prokurator za kierownicą
Gdy bezwładne ciało Doroty zatrzymuje się na jezdni, Magdalena nie rusza na ratunek. Zamiast tego chwyta za telefon. Z naszych ustaleń wynika, że w pierwszej kolejności dzwoni najprawdopodobniej do swojej przełożonej, dopiero później wybiera numer alarmowy.
Pierwszy pomoc wzywa jeden z kierowców, który natychmiast zatrzymuje się na miejscu wypadku. To on do przyjazdu ratowników pozostaje na linii z dyspozytorem centrum ratunkowego, który instruuje go, jak ratować umierającą 28-latkę.
Dorota ma liczne złamania, uraz głowy i obrzęki mózgu.
Józef słyszy potężny huk. Wybiega z domu w stronę drogi. Pierwsze, co dostrzega na asfalcie, to leżąca parasolka Doroty. W tym ułamku sekundy uginają się pod nim nogi. Jego córka leży bezwładnie kilkanaście metrów dalej. Gdy próbuje do niej biec, policjanci odcinają mu drogę. Nie pozwalają podejść.
Mężczyzna chwyta za telefon i dzwoni do syna. Informuje Bartosza, że jego siostra miała wypadek. Ten błyskawicznie kończy połączenie i wybiera numer swojej mamy, Małgorzaty.
Policjantka, która jako jedna z pierwszych rozmawia na miejscu z Magdaleną, słyszy od niej wprost: odwróciłam wzrok od drogi, bo chciałam zobaczyć, kto do mnie dzwoni. Tę informację jako pierwsza ujawnia „Gazeta Wyborcza”.
– Pojechaliśmy na miejsce, ale córka została już przetransportowana do szpitala – wspomina Małgorzata. Ruszają do Krakowa. – Tego się nie da zapomnieć. Nie da się opisać, co człowiek czuje, jak widzi dziecko w takim stanie na łóżku. Lekarze od początku mówili, że szanse na ratunek są nikłe – dodaje.
Życia 28-latki nie udaje się uratować. Dorota umiera 29 listopada 2024 r., dzień po tym, jak zostaje potrącona. Rodzina podejmuje decyzję o przekazaniu narządów dziewczyny do przeszczepu. Daje nadzieję na życie innym, obcym dla nich ludziom.
Jednak to, co dzieje się po uderzeniu samochodu, najbardziej rani rodzinę ofiary. Świadek, do którego po kilku tygodniach (poprzez apel w mediach społecznościowych) dociera brat Doroty, opisuje chłód prokurator.
– Była cały czas w telefonie. Z kimś rozmawiała, wychodziła na pobocznie, ale nie interesowała się siostrą – mówi z żalem Bartosz, brat ofiary. – To ten świadek wezwał pomoc, a kierowcy, którzy się zatrzymali, próbowali ratować Dorotę.
Nie było słowa „przepraszam”
Małgorzata siedzi na skraju sofy, jej wzrok zawisł na oknie, uciekając gdzieś w przestrzeń. Po dłuższej chwili przerywa milczenie.
– W ogóle się z nami nie kontaktowała. Ani ona, ani jej adwokaci. Nie było z jej strony żądnego gestu, żadnego słowa „przepraszam” – mówi cicho Małgorzata. – Dla mnie to by dużo znaczyło, gdyby się odezwała i powiedziała: „Wie pani, przykro mi, proszę o wybaczenie”. Zobaczyłabym wtedy jakąś skruchę. Zobaczyłabym, że jest po prostu człowiekiem, takim jak my. Zrozumiałabym. Stało się. Nie chciała tego zrobić.
Kobieta na moment zaciska dłonie.
– A ona w tej chwili śmieje się nam w twarz. Pewnie myśli: „Szaraczki, a co wy możecie mi zrobić?”. Ja to tak odbieram. Gdyby stanęła ze mną twarzą w twarz, powiedziałabym jej tylko, że mam nadzieję, że nie śpi po nocach tak jak ja. Że ma tak samo zszargane nerwy. Bo jeśli kiedyś w końcu zacznie się ten proces, to ona przed sądem będzie udawała wielką skruszoną. Tylko ja w to już nie uwierzę.
Głos Małgorzaty jest pełen żalu i bezsilności wobec systemu.
– Nie wierzę w sprawiedliwość w Polsce. Swój swojemu ogona nie ukręci, oni sobie krzywdy zrobić nie dadzą. Gdyby to taki prosty człowiek jak ja potrącił i zabił panią prokurator, to już dawno siedziałabym w więzieniu. A tutaj? Non stop są jakieś kruczki, non stop coś jest źle.

W środowisku prawniczym o Magdalenie – tej, która potrąciła Dorotę – robi się głośno w marcu 2021 r., gdy staje na czele Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu. To nowa jednostka, stworzona za rządów Zjednoczonej Prawicy, gdy resortem sprawiedliwości kieruje Zbigniew Ziobro. Pomysłodawcą jej utworzenia jest Bogdan Święczkowski, ówczesny bliski współpracownik Ziobry, a dziś prezes Trybunały Konstytucyjnego.
Oficjalnie nowa struktura ma „usprawnić pracę prokuratur w regionie katowickim”. W rzeczywistości zasłynęła kontrowersyjnymi decyzjami. Dwa lata po jej otwarciu prokuratorzy stawiają dwóm dziennikarzom zarzuty podżegania policjantów do ujawniania tajemnicy służbowej. Cała „wina” polega na tym, że wykonują oni swoją pracę, pytają policjantów o szczegóły dotyczące wypadków drogowych.
Gdy sprawa staje się medialna, osobiście interweniuje minister Ziobro i nakazuje umorzyć sprawę.
Magdalena traci stanowisko po przejęciu władzy przez Koalicję Obywatelską. W sosnowieckiej prokuraturze jednak zostaje jako szeregowy prokurator.
Sprawa wypadku trafia na biurko prokurator Oliwii Bożek-Michalec z Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Śledcza otrzymuje kluczowy dokument: ekspertyzę biegłego z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych. Ekspert potwierdza w niej, że Magdalena traci panowanie nad pojazdem i wpada w poślizg, ponieważ jej uwagę odwraca telefon komórkowy.
Krakowska prokuratura działa sprawnie. Przesłuchiwani są kolejni świadkowie, swoją opinię wydają lekarze medycyny sądowej, gotowa jest ekspertyza techniczna samochodu.
W całym tym procesie tylko jedna osoba nie składa żadnych zeznań – Magdalena. Chroni ją prokuratorski immunitet.
Mimo to, w połowie marca 2025 r. – zaledwie cztery miesiące po tragedii – prokurator Bożek-Michalec uznaje, że zgromadzony materiał dowodowy jest wystarczający do wskazania winy. Śledcza przygotowuje postanowienie o przedstawieniu zarzutów. Jej zdaniem była szefowa sosnowieckiej prokuratury umyślnie naruszyła zasady bezpieczeństwa w ruchu drogowym.
Na tym jednak machina sprawiedliwości się zatrzymuje. Choć dowody są gotowe, Magdalena Z. formalnie wciąż nie jest podejrzaną. Aby dokument nabrał mocy prawnej, prokurator musi usłyszeć zarzuty osobiście. Nie można ich jej przedstawić, bo chroni ją immunitet.
Tymczasem za tydzień, 29 maja, minie dokładnie półtora roku od śmierci Doroty.
W kwietniu 2025 r. prokurator Bożek-Michalec robi kolejny krok: składa do Sądu Najwyższego wniosek o uchylenie immunitetu Magdalenie Z. Dokument krąży między gabinetami, aż ostatecznie trafia do Izby Odpowiedzialności Zawodowej.
I to właśnie tam machina sprawiedliwości zderza się z polskim chaosem prawnym. Sprawę dostaje sędzia nominowany przy udziale nowej Krajowej Rady Sądownictwa (tzw. neosędzia). Krakowska prokuratura reaguje natychmiast i składa wniosek o wyłączenie. Argumentuje, że sędzia nie przeszedł tzw. testu niezależności, przez co już wcześniej został wyłączony z innej sprawy.
Działania prokuratury to czysta pragmatyka. Śledczy obawiają się, że jeśli wadliwie powołany sędzia odbierze Magdalenie immunitet, ta – jako doświadczona prawniczka – natychmiast to wykorzysta. Będzie mogła łatwo podważyć całą decyzję, powołując się właśnie na status neosędziego.
Dla nich ta sprawa to paragrafy, odwołania i procedury. Dla mnie to śmierć córki
Te obawy nie są bezpodstawne, co pokazuje głośny precedens z Poznania. Tamtejszy Sąd Apelacyjny uchylił wyrok w sprawie potrójnego zabójstwa w Puszczykowie tylko dlatego, że w składzie orzekającym zasiadał neosędzia. Przez ten proceduralny błąd proces domniemanego mordercy, skazanego wcześniej na dożywocie, musiał ruszyć od nowa.
Krakowska prokuratura chce uniknąć takiego scenariusza w sprawie wypadku, w wyniku którego zginęła Dorota. Jednak wniosek o wyłączenie sędziego trafia do rozpatrzenia przez… innego neosędziego. Ten odrzuca argumenty prokuratury. W pięciostronicowym uzasadnieniu stwierdza, że obawy śledczych są całkowicie bezpodstawne.
Pytam Macieja Brzózkę z Centrum Informacyjnego Sądu Najwyższego, czy można złożyć zażalenie w sprawie uchylenia immunitetu. – Można – potwierdza.

To nie jedyne proceduralne zawirowania wokół śledztwa. Niedługo po objęciu stanowiska, nowa szefowa Prokuratury Okręgowej w Krakowie, Joanna Kowalska, podjęła zaskakującą decyzję i cofnęła przygotowane wcześniej postanowienie o przedstawieniu zarzutów Magdalenie.
Krakowska prokuratura tłumaczy, że to jedynie formalny zabieg.
– Uchylenie postanowienia miało na celu wyłącznie realizację zasad obowiązującej procedury karnej i nie miało negatywnego wpływu na dalszy przebieg śledztwa. Decyzja zapadła z powodów formalnych – tłumaczy prokurator Tomasz Waszczuk, pełniący obowiązki rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Krakowie.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, ponad rok temu tuż po przygotowaniu zarzutów, sprawie przyglądała się Prokuratura Krajowa. Co kluczowe, centrala wszczęła działania po sygnale z prokuratury w Sosnowcu. Tej samej, w której wciąż pracuje Magdalena Z. Ostatecznie nie podjęto żadnych radykalnych kroków.
„Dla mnie to śmierć córki”
– Dla nich ta sprawa to paragrafy, odwołania i procedury. Dla mnie to śmierć córki – słyszymy od Małgorzaty. – Strasznie mnie boli, że w Polsce można tak kombinować, mieć takie znajomości i koneksje. Wiem, że ona do więzienia nie pójdzie, ale chciałabym, żeby zapadł chociaż wyrok. Jednak wszystkie nasze starania w walce o prawdę rozbijają się o ścianę – mówi rozgoryczona. Kobieta zawiesza głos.
Na pobliskiej drodze, w miejscu wypadku nie ma krzyża upamiętniającego Dorotę. To świadoma decyzja rodziny.

– Dorota ma swoje miejsce na cmentarzu i tam do niej chodzę co tydzień. Żyć trzeba i żyje się dalej, ale nie ma dnia, żebym z nią nie rozmawiała. I myślę, że to już tak zostanie.
W ciszy, która zapada w pokoju, najbardziej ciąży myśl o przyszłości.
– Szkoda tylko Mai. Żadna kobieta nie zastąpi dziecku matki. Nie ma już tej bezwarunkowej miłości, która zawsze wybaczy i zawsze przytuli – dodaje ciszej Małgorzata. – Maja jest pogodną dziewczynką, ale myślę, że matki najbardziej zacznie jej brakować, gdy zacznie dorastać. No, ale tego już nie cofniemy – mówi.
„Nie wierzę już w sądy”
Prokurator Magdalena Z. od blisko półtora roku przebywa na zwolnieniu lekarskim i wciąż chroni ją immunitet. O tym, czy ostatecznie go straci, Sąd Najwyższy zdecyduje 20 maja. Pierwsze posiedzenie w tej sprawie zakończyło się fiaskiem. Sąd nie zdołał nawet prawidłowo zawiadomić ani Magdaleny, ani jej obrońcy.
Dla rodziny Doroty czas biegnie nieubłaganie. Jej ojciec, Józef, ten sam, który dostrzegł parasolkę na jezdni, nie dożył sprawiedliwości. Zmarł w lutym. Zaledwie dwa dni później odeszła babcia Doroty.
– Nie wierzę już w sądy i prokuraturę, ale mam jeszcze nadzieję w Bogu – mówi cicho Małgorzata. – Nie życzę jej źle. Oby nie musiała zapłakać kiedyś tak, jak my dziś płaczemy.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: [email protected]