Czy oni przywieźli mnie do starego garażu? – zastanawiam się, docierając autobusem do Triestu. Dworzec to wizytówka każdego miasta, bo to pierwsze miejsce, jakie widzą (i czują) turyści. Tu stan tego przybytku pozostawia wiele do życzenia i nie jest, mówiąc delikatnie, najlepszą zachętą do zwiedzania miasta.
Triest odwiedziłem przy okazji testowania nowego pociągu PKP Intercity – z Warszawy do Kopru. Dokładniej jest to wagon odpinany w Lublanie od „Adriatic Expressu”, a stamtąd kierowany wraz z węgierskim składem do wspomnianego portu w Słowenii.
Przyjechałem do Triestu. Byleby wyjść z obskurnego dworca
Z Kopru do Triestu jest dość blisko – leżą po przeciwległych stronach słoweńsko-włoskiej granicy. Jeśli więc z pomocą PKP chcemy dotrzeć niemal do samej Italii, wystarczy po wyjściu z pociągu złapać autobus i pokonać nim ostatnie 20-parę kilometrów. Do wyboru jest sporo połączeń.

W ten właśnie sposób dotarłem na dworzec autobusowy w Trieście. Ten przywitał mnie w ciemnej hali z przystankiem wciśniętym gdzieś pod ścianę. Z tego jakże przyjemnego miejsca wychodzi się masywnymi drzwiami, które trudno otworzyć. Gdybym nie zauważył, że kierują się tam inni pasażerowie, uznałbym, iż to wejście do jakiegoś technicznego pomieszczenia.

Poczekalnia to również nie Kwirynał, ponieważ warto tam zatkać nos, a przy tym uważać na zaczepiających przyjezdnych amatorów procentów. Na szczęście po opuszczeniu dworca, przed oczami staje niezwykłe miasto różnych kultur i burzliwej historii.

Burzliwe dzieje Triestu. Był nawet Wolnym Terytorium
Co się na nią składa? Triest do XIV wieku pozostawał pod wpływem Wenecji, a później – z krótkimi przerwami – aż do 1918 roku na własną prośbę znajdował się pod zwierzchnictwem austriackich Habsburgów. Wraz z rozwojem stawał się coraz bardziej wielokulturowy. Zamieszkiwała tam ludność słowiańska, ale też Włosi.
Po tym, jak w wyniku I wojny światowej rozpadły się Austro-Węgry, Triest zajęły wojska włoskie. Nowe władze rozpoczęły przymusową italianizację miasta oraz jego okolic. Wiązało się to ze zmianą nazw geograficznych czy nawet nazwisk mieszkańców.

Po II wojnie światowej, a dokładniej w 1947 roku, powstało Wolne Terytorium Triestu pozostające pod kontrolą ONZ, które obejmowało miasto oraz okolice. Utworzono dwie strefy: pierwsza, wraz z samym Triestem, była pod kuratelą Amerykanów i Brytyjczyków. W drugiej z kolei decydujący głos należał do Jugosławii.
Taki twór przetrwał zaledwie siedem lat. W 1954 roku zawarto porozumienie, które ustanowiło obecnie znane nam granice. Te wszystkie zawirowania i historyczne zwroty akcji pozostawiły jednak trwały ślad w Trieście. By się o tym przekonać, wystarczy wybrać się na spacer.

Żądają niepodległości Triestu. Napis aż rzuca się w oczy
Skoro to Włochy, to dzień zaczynam od espresso. Nie zdążyłem nawet dotrzeć do kawiarni, a już przy jednym z placów dostrzegłem spory napis:
Welcome to the Free Territory of Trieste
USA & UK come back!
(Witajcie w Wolnym Terytorium Triestu
USA i Wielka Brytanio – wracajcie!)
A razem z literami flagi brytyjska i amerykańska, a pomiędzy nimi trzecia – dokładnie taka, jaką posługiwało się Wolne Terytorium: z halabardą świętego Sergiusza (Justa), patrona Triestu.

Żart? A może siedziba muzeum? Otóż nie, nadal istnieją organizacje twierdzące, iż Triest powinien być niezależnym miastem, strefą wolnego handlu, poza włoską „okupacją”. W odezwie na stronie Ruchu Wolny Triest czytam m.in. o „tymczasowej administracji” Włoch, które „naruszają specjalny mandat powierniczy” i „symulują, że Wolne Terytorium i międzynarodowy Wolny Port” należą do nich.

Zwolennicy powrotu do powojennej rzeczywistości nie ograniczają się do baneru w oknie. W kwietniu na przykład złożyli petycję do Parlamentu Europejskiego „w sprawie obrony praw fiskalnych i bankowych Wolnego Terytorium”. Ważnym dla nich argumentem, by przywrócić niezależność Triestu, jest również jego wielokulturowość.
Rzeczywiście, urbanistyczną mieszankę Włoch, Słowenii czy Austrii odczuwałem wielokrotnie. Raz szedłem szeroką, przyportową arterią, by po chwili znaleźć się na zadrzewionej alei. Specjaliści od architektury też z pewnością dostrzegliby wpływy nurtów innych niż włoski.

Założył słynne polskie ogródki. Egzamin dojrzałości zdał w Trieście
Dobrze, że wzrok wytężyłem również zwiedzając okolice żeglownego Canale Grande wbijającego się w zabytkowe centrum miasta. Rozłożył się tam pchli targ, a na nim – prócz przedmiotów typu szwarc, mydło i powidło, świętych obrazków czy zabawek – można kupić… pamiątki z symbolami III Rzeszy i Związku Radzieckiego. Na jednym z kramów leżały tuż obok przypinki z Matką Boską z Medjugorie.

Czas mijał, a w Trieście robiło się coraz cieplej. Niestety, dużo okazji, by schronić się tam w cieniu, nie miałem. Upał szczególnie dawał się we znaki, gdy trafiłem w okolice portu.

Od strony morza to właściwie miejska pustynia bez kawałka cienia. Tyczy się to także powstałego w połowie XVIII wieku molo, na którym, w odróżnieniu od tego w Sopocie, nie zastaniemy ławek.

Półżartem mówiąc, podobne spostrzeżenia mógł mieć Henryk Jordan – polski lekarz i społecznik, który był pomysłodawcą ogródków jordanowskich. W 1862 roku, mając 20 lat, wyjechał właśnie do Triestu, gdzie zdał egzamin dojrzałości w języku włoskim. W końcu jego słynne ogródki, poza tym, że były miejscem zabawy i rozwoju dzieci, są nierzadko oazą cienia i zieleni.
Pokaz Ferrari i łuk liczący dwa tysiąclecia
Nieoczekiwany widok zastałem natomiast na najważniejszym placu w mieście, czyli Piazza Unità d’Italia (Jedności Włoch). Akurat zorganizowano tam wystawę różnych modeli aut Ferrari – można było podejść i na spokojnie, z bliska, je pooglądać. Swoją drogą, co wytrwalszy turysta odnajdzie w Trieście więcej niespodzianek.

Wspiąłem się chociażby na wzniesienie, gdzie stoi kościół Matki Bożej Większej, a za nim – wśród dość gęstej zabudowy – odnalazłem Arco di Riccardo (Łuk Ryszarda), 7-metrową konstrukcję pochodzącą z I wieku naszej ery. Była najpewniej monumentalną bramą w Tergeste – starożytnym mieście istniejącym w miejscu współczesnego Triestu.

Aby poznać najważniejsze miejsca Triestu, warto przeznaczyć na to co najmniej dwie doby – zwłaszcza latem, gdy wysokie temperatury mogą uniemożliwić aktywne zwiedzanie przez cały dzień. Weźmy również pod uwagę, że blisko centrum miasta nie napotkamy wielu plaż (znajdują się raczej na przedmieściach).

W miarę blisko śródmieścia znajduje się kąpielisko La Lanterna – Pedocin, gdzie… osobno opalają się panie, a osobno panowie i co więcej – obie strefy oddzielone są murem. To ostatnie tego typu miejsce w Europie o regulaminie rodem z minionych epok.
Wiktor Kazanecki