Wrzesień 2002 r. miał być dla Lucyny początkiem kolejnego rozdziału. Zaczynał się nowy rok szkolny, a wraz z nim powrót do znajomej codzienności i szkolnych obowiązków.
Młoda, pełna życia licealistka ze wsi Podgórze niedaleko Radomia nie sprawiała problemów wychowawczych. Nikt z jej najbliższych nie mógł przypuszczać, że zwykły wakacyjny flirt oraz jedna nieprzemyślana, spontaniczna decyzja o podróży do sąsiedniego miasta uruchomią ciąg tragicznych zdarzeń. Zdarzeń, które na zawsze zmienią życie jej rodziny.
Siedemnastolatka mieszkała razem z rodzicami i młodszą siostrą. Niebawem miała iść do IV klasy liceum ogólnokształcącego w Iłży. Obie miejscowości dzieli około 20 kilometrów. Lucyna podczas roku szkolnego mieszkała na stancji u pani Zofii na osiedlu Staszica. Na weekendy wracała do domu.
Znajomi – co wynika z akt śledztwa – określali ją jako bezkonfliktową, spokojną, radosną, uczynną.
Nowa miłość
W pierwszej połowie 2002 r. Lucyna rozstała się ze swoim długoletnim partnerem Tomkiem. Choć chłopak szybko wszedł w nowy związek, oboje utrzymywali przyjacielskie relacje.
Podczas wakacji nastolatka poznała na dyskotece Wojciecha. Spotkali się kilka razy, ale to Lucynie bardziej zależało na rozwijaniu tej znajomości.
Chłopak od początku nie był z nią szczery, skłamał, że uczy się i mieszka w internacie w Lipsku, podczas gdy w rzeczywistości przebywał w oddalonym o 13 kilometrów Solcu nad Wisłą.
I to właśnie chęć ponownego spotkania z Wojciechem spowodowała, że Lucyna postanowiła pojechać do Lipska. Był 3 września 2002 r. Nastolatka mieszkała już wtedy w Iłży na stancji.
Gdy po południu dowiedziała się, że jej były chłopak wybiera się do Lipska, zadzwoniła z prośbą o podwiezienie. Tomasz się zgodził i około godz. 19 ruszyli w drogę.
Dziewczyna miała na sobie bordową bluzkę z długim rękawem, ciemne dżinsy oraz zamszowe sandały. Zabrała też beżowy plecak i telefon komórkowy. W Jaworze Soleckim zatrzymali się jeszcze, by zabrać dwóch kolegów Tomasza.
Po dotarciu na rynek w Lipsku Lucyna wysiadła z samochodu i skierowała się w stronę dworca PKP. Dwaj koledzy poszli do pobliskiego baru, umawiając się z Tomaszem na powrót, a on sam pojechał spotkać się ze swoją nową partnerką, z którą spędził kolejne dwie godziny nad Wisłą w okolicach Solca.
Rozczarowanie
Po pewnym czasie Lucyna dotarła pod internat w Lipsku, w którym, według wcześniejszych zapewnień, miał przebywać Wojciech. Nie uprzedziła go o przyjeździe, chcąc zrobić mu niespodziankę.
Po dotarciu na miejsce wysłała wiadomość z prośbą, by wyszedł do niej przed budynek. Odpisał po pewnym czasie, tłumacząc, że jest już za późno i opiekunowie nie wypuszczą go na zewnątrz. Bilingi telefoniczne ujawniły później, że Wojciech przebywał wówczas w zupełnie innym internacie, w Solcu nad Wisłą.
I to były ostatnie momenty, kiedy widziano Lucynę żywą. Jeden z jej znajomych dostrzegł z pewnej odległości, jak nastolatka wsiada przed internatem do zielonego samochodu.
W pojeździe, poza kierowcą, znajdowała się jeszcze jedna lub dwie osoby. Świadek uznał, że dziewczyna musiała ich znać, bo wsiadła bez oporu. Nie widział, w jakim kierunku odjechał samochód. Śledczy nigdy nie podążyli tym tropem.
Zaginięcie
Maria, mama Lucyny, dowiaduje się o zniknięciu córki dopiero po dwóch dniach. Niemal w jednym czasie informują ją o tym właścicielka stancji, pani Zofia, oraz matka jednej z koleżanek dziewczyny.
Bliscy natychmiast zgłaszają sprawę na policję i rozpoczynają poszukiwania na własną rękę. Śledczy początkowo bagatelizują zgłoszenie, uznając, że nastolatka przechodzi młodzieńczy bunt i za kilka dni sama wróci do domu.
Rodzice Lucyny wraz ze znajomymi dziewczyny rozwieszają plakaty w okolicznych miejscowościach i wypytują świadków. Sprawdzają też lokalne szpitale, ale żaden ślad nie prowadzi do nastolatki.
Przez kolejne dni matka Lucyny codziennie dzwoni na komendę, desperacko prosząc o jakiekolwiek informacje. Przełom następuje 27 września 2002 r.
Podczas kolejnej rozmowy telefonicznej kobieta dowiaduje się, że w lesie niedaleko Iłży odnaleziono zwłoki młodej dziewczyny. Rysopis nie pozostawia złudzeń, to poszukiwana siedemnastolatka.

Kolejna ofiara
Z akt śledztwa wynika, że ciało dziewczyny znajdowało się w leśnym zagajniku, około 110 metrów od drogi łączącej Lipsko z Iłżą. Zwłoki były rozebrane, a śledczym, mimo przeszukania okolicy, nie udało się znaleźć ubrań.
Z powodu znacznego rozkładu ciała biegli z zakresu medycyny sądowej nie zdołali jednoznacznie ustalić bezpośredniej przyczyny śmierci. Tożsamość nastolatki ostatecznie potwierdziły badania DNA
Dziś o tej tragedii przypomina biały krzyż, postawiony w miejscu odnalezienia zwłok.
Niedługo po odnalezieniu ciała Lucyny, doszło do kolejnego tajemniczego zdarzenia. W pobliżu własnego domu odnaleziono ciało Zbyszka, kolegi nastolatki i ucznia szkoły detektywistycznej.
Chłopak zaraz po zaginięciu nastolatki rozpoczął prywatne śledztwo, starając się wykorzystać zdobywaną wiedzę w praktyce: chodził po okolicy, rozmawiał z ludźmi i zbierał informacje.
Nie wiadomo, co udało mu się ustalić, ponieważ zginął, zanim z kimkolwiek się podzielił ustaleniami. Oficjalnie zmarł z wychłodzenia, ale jego ubrania były poszarpane, co budziło spore wątpliwości. Śledczy nigdy nie wyjaśnili, w jakich okolicznościach powstały.
Tropy
18 listopada 2002 r. wyszło na jaw, że skradziony telefon Lucyny wciąż był aktywny. Z urządzenia korzystał mieszkaniec Radomia, pan Marcin, który kupił je od pana Rafała z Tomaszówki (gmina Wolanów).
Handlarz zajmujący się skupem telefonów zeznał, że jeszcze we wrześniu odkupił aparat od nieznanego mężczyzny.
Na podstawie jego relacji śledczy sporządzili portret pamięciowy. Tożsamość podejrzanego ustalono jednak dopiero w 2006 r. Przez kolejne sześć lat policjanci nie przesłuchali mężczyzny, a w 2011 r. tajemnicza postać z portretu pamięciowego zmarła.
Kolejne zaniedbania dotyczyły dowodów rzeczowych.
W miejscu odnalezienia zwłok bliscy Lucyny zabezpieczyli czerwone odpryski lakieru samochodowego i przekazali je policji. Samochód o takim kolorze posiadał były chłopak dziewczyny – Tomasz.
Czy pochodziły z jego samochodu, czy ktoś może chciał zrzucić winę na chłopaka? A być może ta farba nie miała żadnego związku ze sprawą? Do dziś nie wiadomo, czy policjanci w ogóle przebadali lakier i sprawdzili, czy samochód Tomasza ma jakieś uszkodzenia, bądź zarysowania.
Podobnie zignorowano wątek zielonego samochodu, do którego nastolatka miała wsiąść w noc zaginięcia. Choć rodzina sama wpadła na trop samochodu, to policjanci nie podążyli tym tropem.
26 maja 2003 r. prokuratura oficjalnie umorzyła śledztwo, a akta trafiły do archiwum. Skrzyżowanie w pobliżu miejsca odnalezienia ciała lokalni mieszkańcy do dziś nazywają przeklętym.
Dawid Serafin
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: [email protected]
-
Dwóch kandydatów poza stawką, zwrot w Krakowie. Ustalenia Interii
-
Konfederacja bez kandydata w Krakowie? Może zabraknąć 50 podpisów