Punktem wyjścia rozmowy m.in. o testosteronie były dane z dużych analiz, które jak relacjonuje Waligóra mocno zmieniły skalę dyskusji o „kryzysie testosteronu”. Wspomina o metaanalizie i o tym, że badacze „wzięli pod uwagę ponad 100 000 mężczyzn”
„Raptem dekada” i zaskakująca zbieżność wyników
Waligóra podaje konkretny czasowy punkt odniesienia: porównanie okresów oddzielonych o około 10 lat. Podkreśla, że to nie jest różnica liczona w pokoleniach, lecz w jednej dekadzie: „Raptem dekada”.
Chwilę później gość wskazuje najbardziej uderzający wniosek z przywoływanych danych: „przez te 10 lat średni poziom testosteronu się zrównał u 25-latka i u 70-latka”.
CAŁA ROZMOWA:
Smartwatch, powiadomienia i przewlekły kortyzol
Waligóra nie szuka jednego winnego. Opisuje raczej mieszankę cywilizacyjną: technologię, tempo życia, stres i bodźce. Przywołuje przykład smartwatchy i powiadomień z aplikacji społecznościowych, które towarzyszą ludziom przez cały dzień. W jego opisie to nie jest detal, tylko mechanizm wpływający na układ nerwowy i hormonalny: „masz cały czas takie strzały dopaminowe non stop”.
Zaraz potem łączy to z kortyzolem: „twój poziom kortyzolu jest przewlekle podwyższony”, a kiedy kortyzol jest stale wysoki: – On nam ten testosteron będzie zbijał w dół – wyjaśnia.
Do tego dochodzi rzecz prosta, ale powszechna: zmiana charakteru pracy. Waligóra zwraca uwagę, że wiele zawodów przestało wymagać wysiłku fizycznego, a siedzący tryb życia stał się normą, co, w jego ujęciu, dokłada kolejną cegłę do spadków testosteronu.
Plastik, ksenoestrogeny i jedna praktyczna zasada
W rozmowie pojawił się również wątek środowiskowy, gdy Waligóra mówi o substancjach, które mogą zaburzać gospodarkę hormonalną. Opisuje je jako związki naśladujące estrogeny: – Ilość substancji, które naśladują ksenoestrogeny (…) bardzo dużo jest tego na przykład w plastikach – wymienia Waligóra.
Jednocześnie zastrzega, że nie chodzi o życie w strachu przed każdym kubkiem czy butelką. W rozmowie pada bardzo konkretny kierunek: największy problem wiąże z obróbką termiczną plastiku, a wniosek ubiera w prostą regułę: – Na pewno nie podgrzewać niczego w plastiku – podkreśla ekspert.
Terapia testosteronem: lek, nie „złote mleko”
W rozmowie pojawił się także wątek społecznych wyobrażeń, że testosteron rozwiązuje wszystkie problemy albo, że każdy po pewnym wieku „powinien brać”. Waligóra prostuje oba skróty myślowe. Najpierw stawia sprawę definicyjnie: „to jest lek jak każdy inny”.
A potem uderza w popularną narrację „dla wszystkich po 40”: „każdy po 40 powinien przyjmować testosteron i to jest bzdura”.
Zdaniem eksperta terapia ma sens wtedy, gdy wynika z diagnostyki i jest częścią większego procesu. Tę logikę streszcza obrazowym porównaniem: „terapia to jest tak naprawdę dolanie tego paliwa do baku (…) ale to dalej ten człowiek musi (…) nacisnąć gaz”.
„To nie jest doping” i gdzie jest granica
Wokół testosteronu narosło też skojarzenie z siłownią i dopingiem. Waligóra odpowiada bez owijania w bawełnę: „terapia zastępcza testosteronem (…) nie jest dopingiem”.
Wyjaśnia, że w leczeniu nie chodzi o poziomy „ponad miarę”, tylko o dojście do zakresu fizjologicznego: „nie dochodzimy do stężeń, które są niemożliwe do osiągnięcia (…) naturalnie”
Mniej wybuchów agresji mimo „większej dawki testosteronu”?
W rozmowie pada też temat agresji. Jeden z najczęstszych społecznych skrótów w dyskusjach o męskich hormonach. Waligóra rozróżnia sytuacje związane z przekraczaniem fizjologicznych poziomów (np. w dopingu) od leczenia niedoboru. O terapii mówi tak: „optymalizacja poziomu testosteronu z niedoboru do optimum bardzo często powoduje to, że ten mężczyzna jest spokojniejszy.
„Więcej” nie zawsze znaczy „lepiej”
Na finiszu rozmowy gość wraca do pułapki liczb. Opowiada o pacjentach, którzy po poprawie samopoczucia chcą „jeszcze więcej”, bo rosnący wynik działa jak pokusa. Waligóra podsumowuje to jednoznacznie: „to też nie jest tak, że u każdego więcej znaczy lepiej. Musi być po prostu optymalnie dla ciebie”.