-
Unia Europejska deklaruje ambitne cele klimatyczne, jednocześnie niektóre kraje członkowskie zwiększają poszukiwania i wydobycie paliw kopalnych.
-
Państwa takie jak Rumunia, Grecja, Holandia i Norwegia podejmują działania mające na celu eksploatację istniejących lub nowych złóż gazu i ropy.
-
Równocześnie w Wielkiej Brytanii rząd Keira Starmera podejmuje decyzje o zablokowaniu nowych odwiertów, co wywołuje debatę polityczną dotyczącą polityki energetycznej kraju.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
We wtorek stawili się w Nikozji ministrowie energii krajów UE. Ich nieformalne spotkanie poświęcono groźbie pogłębienia się kryzysu paliwowego. Jako że końca wojny na Ukrainie nie widać, a odblokowanie cieśniny Ormuz przesuwa się coraz bardziej w czasie, jesień zapowiada się w Europie coraz bardziej mrocznie, nie wspominając już o zimie.
Dlatego sprawujący prezydencję w Unii rząd Cypru przygotował agendę obrad, którą zawarł w dość lakonicznej notatce. Jej treść ujawniła agencja Reutera. Zaczynała się ona od pytania skierowanego do każdego z ministrów. Zapytano:
„Biorąc pod uwagę obecne szoki cenowe i zmienność światowego rynku LNG, jaką rolę mogą odegrać rodzime zasoby gazu w tworzeniu mechanizmu zbiorowego zapewniającego stabilność cen dla całej Unii?”
Po czym dla zatarcia wrażenia, że Cypr podważa politykę zeroemisyjności, na straży której stoi Komisja Europejska, w kolejnym zdaniu podkreślono, iż pomysły ministrów powinny unikać: „zamykania nas w systemach o wysokiej emisji dwutlenku węgla, co podważa nasze długoterminowe cele klimatyczne”.
Ministrowie energii obradowali przez dwa dni, acz czy wymyślili genialne recepty na paliwową pętlę, powolutku zaciskającą się na szyi Unii, jeszcze nie wiadomo. Za to jak na dłoni widać, co robią kraje, z których przyjechali. W ciągu ostatniego miesiąca całkiem spore ich grono zwiększyło wydobycie paliw z posiadanych złóż, zaczęło intensywnie szukać nowych oraz przygotowywać wznowienie wydobycia z już zamkniętych. A Komisja Europejska stara się przede wszystkim tego nie zauważać.
Rumunia zwietrzyła swoją szansę
Rozdwojenie jaźni dotykające Komisję oraz kraje Wspólnoty w kwestii redukowania emisji CO2 i odchodzenia od paliw kopalnych, w połączeniu z poszukiwaniem ich nowych złóż, jest jak najbardziej zrozumiałe.
Wspólnota zużywa obecnie około 14 tys. terawatogodzin (TWh) energii rocznie. W tej puli ok. 32 proc. energii pozyskuje się z ropy naftowej i ok. 22 proc. z gazu ziemnego.
Po kilkunastu latach transformacji energetycznej OZE gwarantuje jej ok 20 proc. Zatem całkowite odcięcie od ropy naftowej i gazu oznaczałoby koniec Europy, jaką znamy. Uzależnienia od paliw płynnych nie da się bowiem zwalczyć w pół roku. Tymczasem jeśli cieśnina Ormuz pozostanie zamknięta, Staremu Kontynentowi grozi stopniowe wyczerpanie rezerw strategicznych, a w przypadku gazu także niemożność odbudowania zapasów przed nadejściem zimy.
Na dziś kraje europejskie kupują ok. 1,5 mln baryłek dziennie od amerykańskich dostawców. Pokrywa to ponad 15 proc. zapotrzebowania na ropę Starego Kontynentu. Sytuacja staje się więc niewesoła. Acz nie dla wszystkich jednakowo. W przypadku pogrążającej się w ekonomicznych zawirowaniach Rumunii jest ona niczym małe światełko w tunelu. Kraj ten, posiadający mocno wyeksploatowane, ale nadal czynne zagłębie naftowe w okolicach Ploeszti, dysponuje także dostępem do obiecujących złóż gazu.
„Rozpoczęły się prace nad układaniem rurociągów w ramach rumuńskiego projektu gazowego Neptun Deep Black Sea” – doniosła 4 maja agencja Reuters. Prowadzone w sprinterskim tempie prace mają przynieść już za kilka miesięcy początek eksploatacji złóż zlokalizowanych pod dnem Morza Czarnego i szacowanych na ok. 100 miliardów m3 gazu. Wówczas Rumunia z importera stanie się czołowym eksporterem tego surowca w Unii.
Podobne ambicje zaczęła okazywać Grecja. Jeszcze w listopadzie 2025 r. po 40 latach unikania takich działań Ateny podpisały z koncernem ExxonMobil kontrakt na poszukiwanie złóż paliw u wybrzeży tego kraju.
Wiercenia rozpoczną się pod koniec 2026 r., a wstępne szacunki geologów mówią, że pod dnem morskim znajduje się ok. 200 mld m3 gazu. Grecy mają nadzieję, że jego eksport zapewni im godziwe dochody. Dlatego też są po słowie z amerykańskim koncernem Chevron i starają się, żeby przy kolejnych umowach na wiercenia i przyszłe wydobycie współudziałowcem przedsięwzięć była spółka Helleniq Energy, w której to greckie państwo posiada kontrolny pakiet akcji.
Kryzys energetyczny. Nieczuli na holenderską chorobę
„Spółka energetyczna NAM rozpocznie w tym tygodniu prace naprawcze odwiertów produkcyjnych w Warffum, w północnym Groningen w celu wznowienia wydobycia gazu” – doniósł 13 kwietnia holenderski portal dutchnews.nl.
Wkrótce stało się to faktem i spółka będąca joint venture koncernów Shell i ExxonMobil, pomimo protestów mieszkańców Warffum, wyremontowała starą infrastrukturę, przystępując do tłoczenia błękitnego paliwa z legendarnego miejsca.
Eksploatacja złóż w rejonie Groningen przez wiele dekad znacząco wpływała na ekonomiczne wzloty i upadki Holandii. Dzięki tym zasobom w drugiej połowie lat 60. Holendrzy stali się bardzo bogatą nacją. Jednak uzależnienie całej gospodarki od wydobycia i eksportu paliw kopalnych przyniosło im w latach 70. kryzys, nazwany „holenderską chorobą”.
W odróżnieniu od Wenezueli Holendrzy przezwyciężyli ją dzięki radykalnym reformom gospodarczym. Znaczenie złoża pod Groningen malało, aż w 2012 r. jego eksploatacja przyniosła całkiem spore trzęsienie ziemi. To zdarzenie, wraz promowaną przez kolejne niderlandzkie rządy polityką klimatyczną, przekonało opinię publiczną, by zaczęła domagać się zaprzestania wydobycia gazu. Zatem stopniowo wygaszano eksploatację złoża, choć jak wyliczono, gaz z Groningen przyniósł w latach 1963-2020 Holendrom ok. 429 mld euro czystego zysku.
Proces ten przypieczętowała w kwietniu 2024 r. specjalna ustawa, zakazująca wydobywania gazu spod Groningen i nakazującą zabetonowanie wszystkich otworów wiertniczych. Jednak beton da się skuć, a prawo twórczo interpretować. Obecny rząd Holandii uznał, że złoże w okolicach Warffum jest „małym polem, niepodlegające ustawie”, a spółka NAM otrzymała koncesję na jego eksploatację. Gorąco popierający takie rozwiązanie lider Partii Wolności Geert Wilders przekazał mediom, że:
„W obecnej sytuacji geopolitycznej utrzymanie naszych własnych odwiertów gazowych jako rezerw awaryjnych ma sens”.
Zastrzegł jednocześnie, że gaz wydobywany w Holandii będzie zużywany na potrzeby jedynie Holendrów.
Jego elastyczność okazała się zaraźliwa. Rząd Giorgii Meloni właśnie rozważa wznowienie wydawania koncesji na wydobywanie gazu i ropy naftowej spod dna Morza Śródziemnego, co zawieszono w 2019 r. Koncern Shell już zaoferował Rzymowi swoje usługi.
Jednak, co ciekawsze nawet w Brukseli, z powodu lęku wzbudzanego przez perspektywę głębokiego kryzysu paliwowego, słabnie opór przed powrotem do przeszłości. Jak doniósł 23 kwietnia „Financial Times”, w unijnych instytucjach zaczyna przeważać opinia, że należy znieść zakaz prowadzenia nowych odwiertów w Arktyce. Tak aby kraje europejskie mogły zacząć swobodnie eksploatować tamtejsze, bardzo zasobne złoża.
Patrząc na to, co się obecnie dzieje w Unii Europejskiej, można odnieść wrażenie, że jako całość kumuluje ona w sobie wszystkie procesy zachodzące dużo szybciej poza jej granicami.
Mianowicie z jednej strony mamy największego dostawcę gazu dla Europy, którym stała się Norwegia. Gdy blokada cieśniny Ormuz zaczęła się przedłużać, jej rząd podjął szybką decyzję o wznowieniu eksploatacji trzech zamkniętych w 1998 r. złóż: Albuskjell, Vest Ekofisk i Tommeliten Gamma, niezwykle cennych, bo zawierających gaz ziemny z domieszką kondensatu w postaci bardzo lekkiej ropy naftowej.
W ostatnich latach eksport paliw płynnych generował Norwegii przychód w wysokości 150- 170 mld dolarów rocznie. Wkrótce będzie on jeszcze wyższy.
Norwegia zatem jest jednym z głównych promotorów polityki klimatycznej oraz redukowania emisji CO2, a jednocześnie jej kluczowym źródłem dochodów oraz bezpieczeństwa są paliwa kopalne.
Po drugiej stronie Morza Północnego coraz mocniej nienawidzony przez wyborców gabinet Keira Starmera szykuje ustawę, mającą uniemożliwić jakiekolwiek nowe odwierty na tym akwenie.
„Partia Pracy chce zakazać eksploatacji nowych złóż ropy naftowej i gazu w Wielkiej Brytanii, co znacznie utrudni jakiemukolwiek przyszłemu rządowi ponowne otwarcie Morza Północnego” – alarmowała 13 maja „The Telegraph”. Działania te minister bezpieczeństwa energetycznego Ed Miliband umotywował koniecznością realizacji programu wyborczego laburzystów, zapisanego w manifeście z 2024 r.
Faktycznie w dziale poświęconym kwestiom energetyki można przeczytać deklarację:
„Nie będziemy wydawać nowych licencji na poszukiwanie nowych złóż, ponieważ nie obniżą one rachunków za energię ani nie zapewnią nam bezpieczeństwa energetycznego, a jedynie przyspieszą pogłębiający się kryzys klimatyczny”.
Fakt, że zabrano się za realizację obietnicy w samym środku kryzysu paliwowego, jest świadectwem swoistego heroizmu oraz przywiązania do celów polityki klimatycznej. Jednak to, jak zagłosowali wyborcy w Wielkiej Brytanii podczas ostatnich wyborów lokalnych, wskazuje również, że laburzystów przepełnia głębokie pragnienie zakończenia własnych rządów.
W odpowiedzi liderka Partii Konserwatywnej Kemi Badenoch, a także Nigel Farage obiecują, że gdy przejmą władzę, polityka klimatyczna wyląduje w koszu na śmieci, a oni będą – wiercić, wiercić, wiercić, gdzie to tylko możliwe. Wpisując się w rozdwojenie, którego doświadcza cała Europa – rozdarta między przyjętą niegdyś strategią „zeroemisyjności” a wciąż głębokim uzależnienie od paliw kopalnych.