Bartek co roku wraz ze znajomymi wyrusza w podróż mazdą z 1991 roku. W aucie nie ma ekranów. Są za to kasety, gitara i analogowe aparaty.
Plan jest zawsze podobny: udają się na słowacką granicę, tankują auto do pełna i na jednym baku jadą tam, gdzie się uda i gdzie im się spodoba.
Zamiast map w telefonach używają ich papierowych pierwowzorów (nawet tych nieaktualnych). Podczas pierwszej wyprawy dojechali do Budapesztu.
Jak dodaje, pomysł wypraw zrodził się z chęci przeżycia przygody, w międzyczasie okazało się, że działają one jak cyfrowy detoks.
Ze starą mapą przez Europę
– Na pierwszej wyprawie uświadomiłem sobie, jak bardzo już pierwszego dnia zmienia się postrzeganie rzeczywistości – mówi Bartek. – Początkowo obawiałem się, czy nie będę odruchowo szukał telefonu w kieszeni, jak portfela czy kluczy. Bałem się, że nie wyzbędę się nawyku ciągłego dotykania urządzenia. Jednak po pół dnia człowiek orientuje się, że go nie ma i przestaje szukać.
Podróżnicy zabierają ze sobą jeden awaryjny telefon, bez dostępu do internetu. Trzymają go w bagażniku.
Po dwóch dniach bez telefonu inaczej patrzy się na rzeczywistość.
– Umysł musi na czymś skupić uwagę, więc skupia się na pięknie, a czasem i brzydocie otoczenia – opowiada Bartek.
Gdy ludzie słyszą ich historię, większość z nich reaguje bardzo pozytywnie, zaś auto zwraca uwagę i wywołuje zainteresowanie. – Mówią, że sami by tak chcieli i że o tym marzą – opowiada Bartek.
Wspomina o wymownym aspekcie tych podróży:
– Ostatniego dnia, gdy wracamy do Polski, zawsze pojawia się pewien niepokój. Niechętnie wraca się do półwirtualnego świata, w którym, chcąc nie chcąc, musimy na co dzień funkcjonować, jeśli nie jesteśmy pustelnikami.
Dziki brzeg Wisły i „bóbrwatching”
Joanna ma nietypowy sposób na spędzanie niektórych wieczorów w Warszawie. Zamiast do knajpy czy kina wybiera się nad Wisłę przy praskim brzegu. I czeka na bobry.
– Ekscytację czuje już przed samym wyjściem – mówi.
„Bóbrwatching„, jak nazywa to Joanna, odbywa się w ciszy, z poszanowaniem granic zwierząt.

– Mogę się wyciszyć, usiąść w skupieniu i zaczekać na zachód słońca, kiedy bobry stają się bardziej aktywne. Pozwala mi to zapomnieć o innych sprawach i po prostu się zrelaksować – opowiada.
Obserwowanie bobrów, które traktuje jak sąsiadów z Pragi, daje jej spokój i pozwala oderwać się od codziennych trosk.
– Bobry są zwierzętami wodnymi i na lądzie nie poruszają się najlepiej. Więc kiedy już się z tej wody wygramolą, muszą czuć się bardzo bezpiecznie. Obserwowanie ich w całej okazałości, z ogonem i charakterystyczną sierścią, jest wręcz magiczne – wyznaje Joanna.
„Zanurzenie się w teraźniejszości”
Obserwowanie ptaków rozdzieliło życie Katarzyny na dwa etapy: przed i po pierwszym wyjściu w teren. Zaczęło się od zakupu lornetki. Na początku kobieta nie odróżniała kawki od wrony.
Żeby je obserwować, musiała nauczyć się, gdzie i o jakiej porze roku warto się pojawić. Z czasem zaczęła wyruszać w Polskę, bo nie każdy gatunek da się zobaczyć w okolicy Wrocławia, w którym mieszka. – Usłyszałam piosenki, chóry głosów wiosennych nad ranem, klangor żurawi, skowronki nad polem – wymienia.
Dzięki ptakom świat przestał wydawać się jej pusty, a ich migracje uświadomiły jej istnienie globalnej sieci zależności. – Wychodzenie w teren to czyste zanurzenie się w teraźniejszości – mówi.
Jej imienniczka na swój pierwszy spacer ornitologiczny wybrała się dwa lata temu.
Dziś obserwuje ptaki, gdzie tylko się da. – Poczynając od własnego osiedla, podwórka, karmnika, podczas spacerów po lasach i parkach, kończąc na spacerach i wyjazdach ornitologicznych – opowiada.
Zatrzymanie się i obserwowanie ptaków to dla niej rodzaj medytacji. – Uczy wytrwałości, skupienia, cierpliwości i akceptacji tego, że nie zawsze dostajemy to, czego chcemy. Po wyprawie „na ptaki” zazwyczaj czuję zmęczenie, bo nierzadko muszę wstać wcześnie rano i wiele godzin spędzić w terenie. Ale zawsze towarzyszy temu również spokój i radość.
Odcięcie od cyfrowego świata
W 2025 roku na stronie Oxford Academic opublikowano wnioski z badania, którego współtwórcą był Noah Castelo z University of Alberta w Edmonton. Podczas badania zablokowano uczestnikom dostęp do mobilnego internetu w smartfonach. Osoby te mogły nadal dzwonić czy wysyłać SMS-y.
Po dwóch tygodniach badani odnotowali poprawę koncentracji w obiektywnych testach, a także poprawili swoje samopoczucie i zdrowie psychiczne.
– Jest to o tyle ciekawe, że ograniczenie dotyczyło tylko internetu w telefonie, z którego często korzystamy poza domem, np. by sprawdzić dojazd – zwraca uwagę psycholożka Oliwia Zaborowska.
To tylko jeden z wielu przykładów pokazujących, że odcięcie się od cyfrowego świata, choćby w niepełnym wymiarze, może pomóc w lepszym funkcjonowaniu.
Plusy posiadania analogowych hobby
Cyfrowy detoks, o którym wspominał Bartek, to nie jedyny zysk płynący z odłożenia telefonu podczas podróży. Samodzielne orientowanie się w terenie, zamiast jedynie wykonywania poleceń GPS, silniej angażuje nasz hipokamp i ćwiczy pamięć przestrzenną.
Hipokamp to struktura w naszym mózgu, która pomaga w nawigowaniu; jest to system aktywnie konstruujący informację o tym, gdzie jesteśmy i dokąd idziemy, co pomaga orientować się w przestrzeni. – Gdy nie mamy GPS-a, ta struktura mocno pomaga nam w odnalezieniu się poprzez zapamiętywanie relacji między punktami orientacyjnymi – wyjaśnia Oliwia Zaborowska.
Ćwiczenie hipokampu poprawia pamięć, zwiększa zdolność przyswajania wiedzy, chroni mózg przed chorobami neurodegeneracyjnymi.
Ale to nie jedyne plusy posiadania analogowych hobby. – Większość badań naukowych nad odkładaniem telefonu (nawet nie całkowitym detoksem) wykazuje największe efekty w obszarze procesów uwagowych – nasza uwaga zaczyna działać inaczej – mówi psycholożka.
Telefony i inne urządzenia elektroniczne przyciągają naszą uwagę powiadomieniami, co wiąże się z wyrzutami dopaminy, ale na dłuższą metę jest męczące.
– W medycynie opartej na dowodach nie mówi się o konieczności całkowitego detoksu, lecz o robieniu przerw online. Warto spacerować bez telefonu czy jeść posiłki bez ekranów, skupiając się na smaku i strukturze jedzenia – mówi Zaborowska.
Przypomina także, jak ważny jest zwykły odpoczynek. – Gdy ustają zadania wymagające skupienia na bodźcach zewnętrznych i wydaje nam się, że „nic nie robimy”, w mózgu aktywuje się sieć stanu domyślnego (DMN) – podkreśla.
Sieć obejmuje m.in. korę przedczołową, zakręt obręczy oraz boczne obszary ciemieniowe. Jak wyjaśnia psycholożka, systemy te pomagają w myśleniu spontanicznym, wyobrażaniu sobie przyszłości, integracji wcześniejszych wydarzeń oraz stabilizacji pamięci długotrwałej.
Wreszcie – zmiana aktywności i dostarczanie mózgowi nowych doświadczeń może pozytywnie oddziaływać na proces starzenia się organu i wpływa na nasze późniejsze funkcjonowanie.
Anna Nicz
Chcesz porozmawiać z autorką? Napisz: [email protected]
-
Twierdzi, że wystarczają mu trzy dni wakacji. „Wydam na co innego”
-
„The Economist”: Droga 66. Jak wiekowa autostrada tłumaczy Amerykę