Tomasz Walczak, Interia: Jak zapowiedział, tak zrobił. Andrzej Poczobut wrócił na Białoruś. Co się o jego powrocie mówi wśród białoruskich uchodźców politycznych? Jest zrozumienie dla jego kroku?
Dzmitry Hurniewicz, niezależny dziennikarz białoruski, Radio Swaboda: – Białoruscy uchodźcy polityczni widzą w powrocie Poczobuta jego wielką osobistą odwagę i konsekwentne przywiązanie do własnych wartości. Absolutna większość z nich nie ma szans na powrót. Jak zaznaczył w wywiadzie dla Radia Swaboda laureat Nagrody Nobla Aleś Bialacki, na korzyść Poczobuta działa jego znane nazwisko i wsparcie polskiego państwa.
To dużo?
– Wielu białoruskim więźniom politycznym, których po uwolnieniu z więzienia siłą wywieziono z Białorusi, władze odebrały paszporty. Wszczynano przeciwko nim sprawy karne oraz uznawano za poszukiwanych. Oznacza to, że jeśli spróbowaliby wrócić, zostaliby natychmiast aresztowani na granicy. Poczobut jest tutaj wyjątkiem. Oddano mu paszport i nie przeszkodzono mu w powrocie, ponieważ w pewnym sensie jest osobą o statusie VIP-a.
Pytanie, czy może się na Białorusi czuć bezpiecznie? Jak patrzy na jego powrót reżim?
– Myślę, że władzom Białorusi absolutnie nie opłaca się go teraz aresztować. Gdyby chcieli, mogli go po prostu nie wpuścić, tak jak kiedyś nie wpuszczono do kraju arcybiskupa Tadeusza Kondrusiewicza w 2020 roku, także białoruskiego obywatela.
– Tymczasem za tydzień na Białoruś przyjeżdża specjalny wysłannik Trumpa John Coale, który zajmuje się uwalnianiem białoruskich więźniów politycznych. Mińsk jest zainteresowany dialogiem z Waszyngtonem, dlatego głośne aresztowanie Poczobuta wszystko by zepsuło.
– Tym bardziej, że Andrzej zapowiedział w „Wyborczej”, że pozostanie na Białorusi tylko tydzień. Sądzę, że władze będą stwarzać wrażenie, że go nie zauważają, a propaganda przeciwnie, będzie z uśmiechem pisać: zobaczcie, nikomu wasz Poczobut nie jest potrzebny.
Wspominał pan, że wielu Białorusinom od razu po powrocie do kraju grozi natychmiastowe aresztowanie. To odruchowe działania reżimu, które dotyczą wszystkich? Czy oprócz Andrzeja Poczobuta są jakieś wyjątki?
– W absolutnej większości przypadków tacy ludzie od razu są aresztowani. Kilka lat temu władze stworzyły specjalną „komisję ds. powrotu”. W jej skład wchodzą funkcjonariusze struktur siłowych, propagandyści. Można do nich wysyłać wnioski o powrót i oni oceniają każdy przypadek.
– Przez lata jej istnienia złożono tam mniej niż sto wniosków. Ale nawet wielu z tych, którym komisja obiecywała bezpieczny powrót, po przekroczeniu granicy aresztowano i skazywano na kary więzienia. Czasami takim osobom proponuje się układ – występ w telewizji, potępienie Zachodu, publiczne pokajanie się przed władzami, opowieści o tym, jak trudno żyje się w Polsce. Niektórzy na to idą.
Mińsk jest bardzo zainteresowany dialogiem z Zachodem. Z tego powodu represje w ostatnim czasie stały się ciche. Wcześniej propagandyści delektowali się każdym aresztowaniem, pokazywali to w telewizji, opisywali szczegóły, żeby tworzyć powszechną atmosferę strachu
Odwiecznym pytaniem emigracji politycznej niezależnie od epoki i państwa, z którego pochodzą, jest to, czy da się działać na rzecz wolności za ich granicami. Czy jednak wracać na miejsce i walczyć. Jak sobie na to pytanie odpowiadają Białorusini zmuszeni do opuszczenia kraju?
– Odpowiedź nie jest skomplikowana. Emigracja, która opuściła Białoruś z powodów politycznych, po prostu nie może wrócić. Przeciwko tysiącom ludzi wszczęto zaoczne sprawy karne. Na przykład przeciwko mnie są trzy takie sprawy. Jak tylko pojawię się na białoruskiej granicy, muszą mnie aresztować. Jestem poszukiwany w związku ze sprawą karną.
– Taka sytuacja dotyczy praktycznie wszystkich moich kolegów dziennikarzy, którzy pracują za granicą. Dlatego wielu jest zmuszonych pracować anonimowo. Z politykami jest jeszcze gorzej. Wielu już skazano zaocznie. Dlatego prosto z granicy od razu zostaliby przewiezieni do więzienia. I to już jest retoryczne pytanie: czy można więcej zrobić z więzienia, czy z Wilna albo Warszawy?
Pytanie może i retoryczne, ale warto na nie odpowiedzieć.
– Bądźmy szczerzy, z zagranicy można zdziałać niewiele, ale za kratami więzienia – absolutnie niczego nie da się zrobić. Jak w takim systemie można walczyć? Setki tysięcy Białorusinów z Polski i Litwy miałyby szturmować z bronią w ręku granicę? Nie słyszałem o takich przypadkach w historii świata. Na to nie pozwoli nie tylko Białoruś, nie dopuści do tego ani Polska, ani Litwa. Nawet Ukraina, która uważa Białoruś za sojuszniczkę Rosji w wojnie, nie wykorzystuje białoruskich ochotników na Ukrainie przeciwko Łukaszence.
Wróćmy do Andrzeja Poczobuta i wspomnianego już przez pana Alesia Bialackiego. Kiedy pytałem białoruskiego noblistę o zapowiedź powrotu Poczobuta, nie chciał oceniać tej decyzji. Zachęcał jednak, by odpowiedzieć sobie na pytanie o to, jak ten powrót może zostać wykorzystany przez reżim i jaką grę będzie wobec niego prowadził. Bo może jednak nie będzie udawał, że Poczobut nie istnieje.
– Dla reżimu niezwykle korzystne jest obecnie pokazywanie, że kontroluje sytuację. Mińsk jest bardzo zainteresowany dialogiem z Zachodem. Z tego powodu represje w ostatnim czasie stały się ciche. Wcześniej propagandyści delektowali się każdym aresztowaniem, pokazywali to w telewizji, opisywali szczegóły, żeby tworzyć powszechną atmosferę strachu.
A teraz?
– Teraz im się to nie opłaca, bo ci sami Amerykanie zadają pytania: jaki jest sens uwalniania więźniów politycznych, jeśli bez końca wsadzacie nowych. Z represjami reżim się więc nie obnosi. Dlatego hałas wokół Poczobuta również nie jest im potrzebny. Mogą go kontrolować, śledzić, a jednocześnie opowiadać, że swobodnie chodzi po Grodnie. Jeśli za tydzień wróci do Polski, powiedzą, że sam zrozumiał, że nikomu na Białorusi nie jest potrzebny, bo Białorusini kochają Łukaszenkę i swoje życie.
Białorusini widzą, że odważni ludzie istnieją i system jest zmuszony iść na kompromisy i układy. To samo było z politykiem Mikałajem Statkiewiczem, którego Łukaszenka chciał deportować z Białorusi. Ten odmówił jednak przekroczenia granicy i pozostał w kraju
Andrzej Poczobut nie raz mówił, że potrzebny jest na Białorusi, by walczyć o prawa mniejszości polskiej. Czy obecnie da się tam w ogóle prowadzić jakąkolwiek niezależną działalność? Czy wszelkie próby „wychylenia się” zostaną potraktowane jako atak na reżim i takiej osobie grożą od razu prześladowania?
– We współczesnej Białorusi nie istnieją żadne legalne mechanizmy walki politycznej. Zlikwidowano partie opozycyjne, ponad tysiąc organizacji pozarządowych – nawet tych, które zajmowały się ochroną zwierząt.
– Władze boją się, że każda aktywność społeczna może później stać się polityką. W kraju nie istnieją niezależne media społeczno-polityczne. Ale ludzie, którzy nienawidzą reżimu, nigdzie nie zniknęli. Mogą coś robić w głębokim podziemiu.
Jak to wygląda?
– Kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę, prowadzona również z terytorium Białorusi, setki Białorusinów prowadziły działalność partyzancką na kolei. Informowały organizacje opozycyjne za granicą o przemieszczaniu rosyjskiego sprzętu wojskowego, nagrywały filmy, robiły zdjęcia.
– Setki osób trafiły za to do więzień. Praktycznie codziennie w kraju aresztuje się ludzi za krytyczne komentarze czy lajki w mediach społecznościowych. Nawet za lajki sprzed dziesięciu lat.
– W Polsce stan wojenny trwał półtora roku. Na Białorusi trwa już siódmy rok. Społeczeństwo jest zmuszone krok po kroku odzyskiwać przestrzeń dla wolności, wolności słowa, wszelkiej aktywności społecznej. I powrót Poczobuta, nawet jeśli potrwa tylko tydzień, temu sprzyja.
Tak?
– Tak, bo ludzie widzą, że odważni ludzie istnieją i system jest zmuszony iść na kompromisy i układy. To samo było z politykiem Mikałajem Statkiewiczem, którego Łukaszenka chciał deportować z Białorusi. Ten odmówił jednak przekroczenia granicy i pozostał w kraju.
Co się z nim stało?
– Teraz Statkiewicz jest w Mińsku, prowadzi swoje media społecznościowe i jest jedynym politykiem opozycyjnym, który otwarcie publikuje w mediach społecznościowych krytyczne artykuły o Rosji i Łukaszence. I reżim go nie rusza. Tak krok po kroku trwa walka ze strachem. Bo ludzie widzą przykłady odważnych ludzi.
Czyli można sobie wyobrazić zaangażowanie społeczne, które nie będzie budzić agresji reżimu?
– W czasach pierestrojki i tuż przed rozpadem ZSRR, białoruscy dysydenci nie mogli otwarcie występować przeciwko władzy sowieckiej. Byli zmuszeni działać na rzecz ekologii, walczyć z biurokracją, rozwijać świadomość narodową. Później ci ludzie stali się elitą niepodległej Białorusi. Historia się powtarza.
– Dziś jedną z nielicznych możliwości aktywności na Białorusi jest skupianie się wokół białoruskiej tożsamości, przechodzenie na język białoruski, poznawanie historii, aby w kraju było coraz mniej przestrzeni dla „ruskiego miru”. I ludzie to robią. Impuls do zmian na Białorusi może narodzić się tylko na Białorusi i zmianom może przewodzić tylko człowiek znajdujący się wewnątrz Białorusi. Diaspora może w tym tylko pomagać.
– Dlatego z podziwem patrzę na każdą aktywność Białorusinów wewnątrz kraju, bo wiem, że właśnie tacy ludzie doprowadzili kiedyś do rozpadu Związku Sowieckiego.
Rozmawiał Tomasz Walczak
-
Sądny dzień dla Trumpa. Nie może pozwolić sobie na porażkę
-
Czarny sierpień Trumpa. Kolejne ciosy w jego prestiż. Czy to polityczny koniec?