Jedna osoba nie żyje, około 20 rannych, w tym kilku ciężko, wykolejony pociąg, zniszczona infrastruktura – to wstępny bilans środowego zderzenia pociągu PKP Intercity z betoniarką w Sokolnikach Suchych (woj. mazowieckie). Na przejeździe działała sygnalizacja, która zakazywała kierowcy wjazdu na tory. Niestety, mimo to uderzył on w pierwszy wagon składu „Koziołek” relacji Lublin-Szczecin.
Mamy do czynienia z falą nieszczęśliwych zdarzeń, bo tylko w ostatnich dniach kierowcy wjechali pod pociągi nieopodal Suwałk, blokując na dobę szlak z Polski na Litwę, a także w Gdańsku.
Tymczasem w Polsce snujemy ambitne plany, by kolej była sprawniejsza i szybsza, co łączy się z budową Portu Polska. Czy nie zniweczą ich nieostrożni kierujący wjeżdżający pod coraz bardziej prędkie składy?
Wykolejenie pociągu na Mazowszu. „Nie ma szans wyhamować”
Jak zauważa Piotr Rachwalski, członek zarządu Portu Polska, przepisy jasno wskazują, że jeśli na kolejowym szlaku dopuszczona jest prędkość co najmniej 160 km/h, nie ma tam „klasycznych” przejazdów, gdzie auto mogłoby zderzyć się z pociągiem.
– Natomiast w przypadku zderzenia na przejeździe o niższych parametrach prędkość pociągu nie ma znaczenia. Nie ma on szans wyhamować w przypadku pojawienia się pojazdu na jego trasie – uzupełnia w rozmowie z Interią.
Podkreśla, że nie możemy zaniechać modernizacji skracających czasy przejazdów ze względu na nieostrożne zachowanie kierowców. – Podnosimy prędkość, inwestujemy miliardy, a wszystko jest niszczone przez paru idiotów – nadmienia.
Ekspert wylicza, że suma kosztów obniżenia prędkości tylko jednego składu, chociażby ze względu na trwającą naprawę skutków wcześniejszego zderzenia z innym składem, może wynosić kilkaset tysięcy, a nawet niemal milion złotych rocznie.
– Nie można z powodu wypadku, zdarzeń niezawinionych przez kolej, zmniejszać jej konkurencyjności, bo jakiś wariat może wjechać przed pociąg. Powinniśmy dalej edukować kierowców, a niewykluczone, że zmieniać także zasady ich szkolenia – sugeruje Rachwalski.
Tragedia na kolei. Co należy zmienić? Ekspert ma kilka propozycji
Rozmówca Interii zwraca uwagę, że w ostatniej serii zdarzeń na przejazdach winnymi okazali się kierowcy zawodowi – a więc ci w teorii bardziej doświadczeni, spędzający na drogach wiele czasu. Dodatkowo do zderzeń z pociągami doszło na przejazdach strzeżonych, zabezpieczonych szlabanami czy sygnałami świetlnymi.
Jak kontynuuje Rachwalski, w środowisku krąży propozycja, by przed przejazdami każdej kategorii – i tymi ze szlabanami, i tymi, gdzie stoi wyłącznie krzyż świętego Andrzeja oraz znak stopu – umieszczać solidne progi zwalniające. Według niego trudno byłoby jednak zbudować wszędzie wiadukty ze względu na gigantyczne koszty takiego przedsięwzięcia.
– Warto też przeanalizować kwestie psychologiczne: czy na przykład fakt, że kierowcy wjeżdżają mimo świetlnego ostrzeżenia, jest kwestią rutyny. A może trzeba zastąpić migające światła takimi ciągłymi lub o trzech kolorach, znanymi ze skrzyżowań – wylicza członek zarządu Portu Polska.
„Gdy mandaty będą automatyczne, znajdą się środki na bezpieczeństwo”
Problem stanowią przede wszystkim zachowania kierujących. Jak jeszcze można na nie wpłynąć?
– Przy przejazdach stawiać fotoradary odnotowujące wjazdy mimo zakazu. Tam, gdzie takie maszyny stoją przy drogach, kierowcy bardzo szybko zaczynają się pilnować. Gdy wręczanie mandatów będzie automatyczne, znajdą się środki na bezpieczeństwo – zauważa Rachwalski.
A jeśli do tragedii już dojdzie, jak wygląda kwestia pomocy psychologicznej dla maszynistów?
– To dopiero raczkuje, mamy w Polsce kult macho – że należy sobie z tym poradzić – mówi nasz rozmówca.
Jak dodaje, większość firm kolejowych ma podpisane umowy z psychologami, z których wsparcia mogą skorzystać chętni. – Nie ma więc przymusu, ale być może trzeba się zastanowić, czy taki nie powinien istnieć – podsumowuje Rachwalski.
Wiktor Kazanecki
Kontakt do autora: [email protected]