Zawetowana nowelizacja Kodeksu wyborczego wprowadzała m.in. korektę demograficzną. To fundamentalny element zmian.
Czym jest korekta demograficzna? To nic innego jak zmiana, która ma odzwierciedlać liczbę mandatów możliwych do zdobycia w danym okręgu wyborczym przypadającą na realną liczbę mieszkańców.
W ciągu 15 lat Polska bardzo się zmieniła. W tym czasie obserwowaliśmy sporą migrację wewnętrzną. Ośrodki wiejskie czy mniejsze miasteczka straciły dużą część mieszkańców na rzecz największych miast.
Kłopot w tym, że za zmianami liczby ludności w poszczególnych miejscach w Polsce nie nadąża Kodeks wyborczy, który został uchwalony 5 stycznia 2011 roku.
Od tego czasu nie dokonano ani razu korekty demograficznej, choć struktura mieszkańców się zmieniała. Po raz pierwszy Państwowa Komisja Wyborcza zwróciła się do marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego z wnioskiem o zmiany jeszcze przed wyborami w 2015 roku. Do zmian wówczas nie doszło, podobnie jak w czasach ośmioletnich rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Głośne weto Karola Nawrockiego. Co dalej?
Na biurko prezydenta Karola Nawrockiego trafiła nowelizacja Kodeksu wyborczego, w której m.in. znalazł się automatyczny mechanizm dostosowujący liczbę mandatów możliwych do zdobycia w danym okręgu wyborczym. Prezydent tę ustawę jednak zawetował, argumentując m.in., że rządzący chcą dokonać dużych zmian zbyt blisko daty kolejnych wyborów.
– Błędem politycznym koalicji rządzącej było to, że nowelizacja nie została uchwalona wcześniej, choć gotowe rozwiązania leżały na stole – uważa prof. Adam Gendźwiłł z Uniwersytetu Warszawskiego.
– Po drugie, błędem było połączenie w jednej nowelizacji kilku różnych spraw. Politycy dorzucili tam również kwestie dotyczące komisarzy oraz urzędników wyborczych i zakazu pełnienia tej funkcji przez osoby zatrudnione w urzędzie danej gminy. To były kwestie sporne i budzące kontrowersje. Lepiej było wyodrębnić samą korektę demograficzną – uważa ekspert, który na co dzień zajmuje się badaniem procesów wyborczych.
A może po prostu korekta demograficzna jest niepotrzebna? Skoro od 15 lat jakiś system się sprawdza, to po co go zmieniać?
W Konstytucji zapisano, że wybory do Sejmu powinny być równe. Zasada ta oznacza, że każdy obywatel ma takie samo prawo do udziału w elekcji, a głos oddany przez każdego wyborcę ma taką samą wartość prawną.
Sęk w tym, że bez korekty demograficznej głosy w niektórych okręgach ważą więcej, a w innych mniej. Zasada równości jest więc zachwiana. A nawet więcej – problem z brakiem równości z każdym kolejnym rokiem narasta.
– Korekta zaktualizowałaby liczbę mandatów w okręgach wyborczych, dzięki czemu lepiej odzwierciedlałyby one faktyczne rozmieszczenie ludności. Chociaż mamy trudności ze śledzeniem wewnętrznych migracji i wiemy, że dane z rejestrów urzędowych nie są idealne, to i tak są znacznie bliższe rzeczywistości niż historyczne dane sprzed 2011 roku, na podstawie których stworzono obecnie obowiązujący załącznik nr 1 do Kodeksu wyborczego – tłumaczy prof. Gendźwiłł.
Kto zyska, a kto straci na korekcie demograficznej
W tym miejscu dochodzimy do najważniejszego pytania. W jaki sposób może zmienić się wynik wyborczej rozgrywki przy ewentualnej korekcie?
Przed wyborami w 2019 i 2023 roku podnoszono głosy, że marszałkowie nominowani przez PiS nie chcą doprowadzić do korekty z obawy przed potencjalną utratą władzy.
Innymi słowy: obecny system miał preferować ugrupowania prawicowe, a krzywdzić liberalne i lewicowe.
Tymczasem symulacja prof. Gendźwiłła nie potwierdza tej tezy.
Naukowiec nałożył wyniki z wyborów parlamentarnych w 2023 roku na podział mandatów między okręgi wyborcze już po postulowanej korekcie demograficznej.
Efekt? Zmiany nie są miażdżące dla żadnej z formacji. Sprawiają jedynie, że reprezentacje poselskie z poszczególnych okręgów lepiej odzwierciedlają rozmieszczenie ludności. Jakie skutki przyniosłaby korekta przy wynikach identycznych jak trzy lata temu?
Dwa mandaty zyskałoby Prawo i Sprawiedliwość, trzy mandaty straciłaby Konfederacja, a dla Koalicji Obywatelskiej zmiana byłaby zupełnie neutralna. Mandat straciłaby Trzecia Droga, a dwa zyskałaby Lewica. Finalnie różnica między blokiem rządzącym a opozycją wynosiłaby zaledwie jeden mandat.
– Globalne efekty polityczne tej korekty są więc minimalne. Natomiast zmiana ma wielkie znaczenie etyczne, ustrojowe i indywidualne. Dla konkretnych posłów oznacza to ryzyko utraty miejsca w parlamentarnych ławach.
Paradoks reform wyborczych polega na tym, że parlamentarzyści wybrani według danych reguł niechętnie głosują za ich zmianą – to trochę jak głosowanie indyków za Świętem Dziękczynienia – przekonuje prof. Gendźwiłł.
Nasz rozmówca zaznacza, że finalne efekty są trudne do przewidzenia, bo polityka to żywy organizm, który nieustannie podlega zmianom.
– Dokładne konsekwencje w poszczególnych okręgach są bardzo trudne do przewidzenia ze względu na specyfikę podziału mandatów – tłumaczy nasz rozmówca.
Plan B na dokonanie korekty demograficznej
Czy weto Karola Nawrockiego oznacza, że do korekty demograficznej nie dojdzie i problem będzie się wyłącznie pogłębiał? Niekoniecznie, bo instrumenty ma teraz w swoich rękach marszałek Włodzimierz Czarzasty.
– Sejm wciąż ma szansę zastosować art. 203 Kodeksu wyborczego, czyli dokonać zmiany liczby mandatów przypisanych do poszczególnych okręgów wyborczych na mocy obowiązującego prawa – przypomina prof. Gendźwiłł.
Jak to zrobić? Ekspert tłumaczy nam, że wymaga to uchwalenia nowej ustawy nowelizującej kodeks poprzez zmianę „na sztywno” liczb zapisanych w załączniku nr 1.
– To jest coś, czego Kodeks wyborczy wymaga od 2011 roku, a czego Sejmy kolejnych kadencji uporczywie i konsekwentnie nie robiły. Wina rozkłada się tu równo po różnych stronach sceny politycznej – wskazuje.
Obowiązujący Kodeks wyborczy nakłada na Sejm obowiązek korekty załącznika nr 1 na podstawie danych o liczbie ludności z trzeciego kwartału roku poprzedzającego rok wyborczy. Dane za koniec września 2026 roku powinny pojawić się lada moment. A co za tym idzie, pod koniec roku Państwowa Komisja Wyborcza skieruje do Marszałka Sejmu list z wnioskiem o wprowadzenie zmian.
Pytanie jednak czy marszałek Czarzasty pójdzie w ślady swych poprzedników i zignoruje sugestie PKW, czy podejmie inną decyzję.
Łukasz Szpyrka