W ciągu dwóch dni Polska stała się widownią czegoś, co nazwano szkolnym horrorem. W Ostrołęce dziewiętnastolatek przyszedł do swojej szkoły z nożem. Poranił dziewięć osób.
Dzień później w miejscowości Leszczydół-Nowiny pod Wyszkowem piętnastolatek zaatakował nożem trzy osoby z personelu w szkole podstawowej, którą dopiero co ukończył. Zginęła 37-letnia woźna, matka dwójki dzieci chodzących do tej szkoły.
W Sierpcu udaremniono podobny atak siedemnastolatka. Wszystkie te zdarzenia miały miejsce na Mazowszu. Media zaczęły podawać wiadomość o tak zwanym challenge’u, czyli propagowanym w necie przez młodych ludzi „wyzwaniu”, konkretnie akcji przeciw szkołom.
Nie udało się jej potwierdzić, policja zaczęła zaprzeczać, ale spotęgowało to atmosferę grozy. Zwłaszcza, gdy przypomniano cztery wcześniejsze przypadki (ale z ostatnich tygodni), udaremnione zawczasu. Wśród sprawców pojawił się wówczas trzynastolatek i jedenastolatek.
Tusk atakuje i forsuje
Przez dwa dni media zajmowały się głównie tymi historiami. Podkreślano, że są czymś nowym, przypominają podobne przypadki w państwach zachodnich, a szczególnie w USA. Na konsekwencje polityczne nie trzeba było długo czekać.
Premier Tusk drugiego dnia, więc po ataku i zabójstwie pod Wyszkowem, wystąpił na rządowej naradzie z alarmistycznym komunikatem. Przypomniał, że w styczniu prezydent Nawrocki zawetował nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.
Realizowała ona normy aktu UE. Pozwalała ludziom prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej na blokowanie „nielegalnych treści” w sieci. Tusk wyliczał przykłady tych treści, np. zarejestrowane akty przemocy czy namawianie do zabójstwa.
Cenzura czy bezpieczeństwo?
Tusk „zapomniał” tylko dodać, skąd się wzięło tamto weto. Nawrocki kwestionował arbitralną procedurę blokowania internetowych treści przez urzędników nazywając je „administracyjną cenzurą”. Premier nie mówił też, że ustawa nie dotyczyła tylko oczywistych patologii, ale również spornych pojęć jak „mowa nienawiści”.
Rządzący próbują zadekretować jej penalizację od momentu swojego dojścia do władzy. Prawica uważa, że to słowo wytrych pozwalające zdejmować z internetu treści nie odpowiadające poprawności politycznej liberałów i lewicy.
W tej sytuacji lęk przed „cenzurą” jest naturalny. Tusk oznajmił naturalnie, że nie boi się takich opinii. Jeszcze tego samego dnia projekt ustawy został przegłosowany w obradującym Sejmie. Było to możliwe dlatego, że była ona w trakcie ponownego procedowania, po wecie.
Przeciw głosowało 61 posłów (Konfederacja, część PiS), wstrzymało się 136 (większość PiS). Konserwatywni komentatorzy ogłosili, że pod osłoną tragedii Tusk wprowadza cenzurę. Padły porównania do nadzwyczajnych pełnomocnictw udzielanych reżymom totalitarnym i autorytarnym.
Ustawa wraca do gry
Tusk może teraz nie tylko obwiniać prezydenta, ale i naciskać go, aby tym razem ustawę podpisał. Fakt, że większość opozycji się wstrzymała, pokazuje, że ta akcja może się okazać skuteczna. Premier ogłosi zapewne swoje zwycięstwo.
W rzeczywistości ta nowa ustawa jest bardziej liberalna niż tamta zawetowana. Rząd więc także trochę się cofnął.
Na dokładkę na ataki Tuska na prezydenta, prawica odpowiada kontratakiem. Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera, przypomniał, że za rządów jego ugrupowania finansowano samorządy, aby utrzymywały sieć szkolnych psychologów. Nowa władza miała według słów Czarnka z tego zrezygnować.
Skąd ta przemoc?
No właśnie, bo równocześnie mamy bitwę o przekaz, pytanie, co tak naprawdę jest powodem narastającej agresji wśród młodych ludzi. Tusk ogłosił, że drastyczne treści w internecie. Tak mu było wygodnie, jego ekipa, a w gruncie rzeczy lewica i liberałowie w całej Unii Europejskiej, od dawna dążą do ustanowienia nad siecią coraz twardszej kontroli. Nie z powodu niepokoju, że aż buzuje tam od przemocy. Dlatego, że w necie mocniejsze niż w mediach tradycyjnych są środowiska opozycyjnej alt-prawicy. To prawdziwy klucz do tego sporu.
Ale oczywiście mamy też szerszą dyskusję o tym, co dzieje się z polskimi dziećmi i polską młodzieżą. Konserwatyści, a nawet niektórzy centryści, wskazują na upadek autorytetów, które zostały zastąpione przez uzależnienie od świata wirtualnego.
Mówi się o złej roli bezstresowego wychowania, o rozpadzie więzi, o pozbawieniu dyscyplinarnej władzy nauczycieli, o malejącym wpływie religii. W tym kontekście obwinia się obecny rząd, zwłaszcza politykę MEN Barbary Nowackiej. Pojawiają się też teorie spiskowe, nawet Jarosław Kaczyński snuł rozważania, czy nie ma w tym inspiracji rosyjskich służb.
Narracja środowisk lewicowych i liberalnych jest odmienna. Za narastającą radykalizację młodych ludzi obwinia się prawicę. Piętnuje się coraz większą popularność przemocy, propagowanie ekstremalnych sportów. W tym kontekście możliwe są takie cokolwiek groteskowe zdarzenia.
Takie jak atak prof. Marcina Matczaka, liberalnego, choć zarazem katolickiego prawnika, na prezydenta Nawrockiego za to, że podczas podróży na Filipiny stoczył sparingowy mecz bokserski z tamtejszym sportowcem, a dziś politykiem. Zresztą prezydent jest stale atakowany jako ktoś kojarzący się z kibicowskimi ustawkami.
Spór pełen sprzeczności
Mam wrażenie, że w obu diagnozach można dostrzec trochę prawdy. Zarazem żadna z nich nie niesie ze sobą całościowej recepty. Ci którzy niepokoją się narastającą przemocowością, zapominają, że zarazem to obecny rząd przestrzega przed rosyjską agresją i nawołuje do wojennej gotowości.
Czy gotowość jest możliwa bez nauczenia młodych ludzi choćby podstaw samoobrony? Chyba nie. W tym sensie lewica popada w sprzeczność. Z drugiej strony kiedy Konfederacja i prezydent Nawrocki poruszają temat łatwiejszego dostępu do broni, można się przestraszyć. Strzelaniny w amerykańskich szkołach to przecież konsekwencja takiego dostępu. Chcielibyśmy pójść tą samą drogą?
Bezradność wobec problemu
Kiedy przychodzi do poważniejszej dyskusji, a nie przerzucania się oskarżeniami, okazuje się, że wspólna przestrzeń istnieje. W obu diagnozach pojawia się wątek samotności młodych ludzi, zepchniętych do wirtualnego świata. I podatnych na napływające z całego świata wzory zmasowanej przemocy (ostatnio atak na szkoły we Francji).
My to wiemy, ale nie umiemy przekuć tej wiedzy na jakikolwiek program działania. Pozostają apele o współdziałanie szkoły, rodziny i odpowiednich służb aby przynajmniej dzielić się informacjami. To jednak recepta minimalna, pytanie na ile skuteczna.
Bo kiedy pojawiają się pretensje, widzimy jak bardzo są one zawodne. Zwrócono na przykład uwagę, że w każdej szkole powinni czuwać ochroniarze. Wierzymy w ponoszenie takich kosztów choćby przez wiejskie gminy? Tusk zapowiedział wysyłanie do szkół patroli policji. I trudno nie mieć wrażenia, że dla zdeterminowanej jednostki o zbrodniczych zamiarach to żadna bariera.
Polityka zamiast rozwiązań
Słuchałem mądrej psycholożki, która przestrzegała, aby media nie podgrzewały nadmiernie tematu, bo tylko zachęcają potencjalnych naśladowców. Mówiła to w telewizji, która nadawała cały dzień relacje z miejsc tych krwawych zdarzeń. I ja się mediom nawet nie dziwię, bo przecież chcemy wszyscy wiedzieć, traktujemy takie informacje w kategoriach ostrzeżenia.
Jeśli przywołuję ten przykład to dlatego, że jesteśmy bezradni. Na razie pozostaje nam agresywna polityka, Tusk zawsze znajdzie sposób, aby obwinić prezydenta. Prawica się odwinie. I tak się będziemy kręcić w kółko.
Piotr Zaremba