Close Menu
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Facebook X (Twitter) Instagram
Historie Internetowe
Facebook X (Twitter) Instagram
Banai
Subskrybuj
[gtranslate]
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Polska

Gigantyczny wyciek danych Polaków może mieć ciąg dalszy. Adam Haertle o kulisach

Przez Pokój Prasowy4 września, 20265 min odczytu

Rozmawiamy z jedyną osobą w Polsce, z którą kontaktują się hakerzy, odpowiedzialni za największy wyciek danych w historii Polski.

To Adam Haertle, redaktor naczelny serwisu Zaufana Trzecia Strona i specjalista w zakresie cyberbezpieczeństwa. Dostał wiadomość o gigantycznym wycieku, którego ofiarą padło blisko 19 milionów osób, zweryfikował te doniesienia, powiadomił zaatakowaną firmę i służby. A kiedy trzy tygodnie później przestępcy zapowiedzieli „coś większego”, został wskazany jako ten człowiek, który o sprawie dowie się jako pierwszy.

W wywiadzie dla Interii mówi między innymi o kulisach rozmów z hakerami, nie tylko tymi od gigantycznego wycieku – bo żądania okupu w związku z wykradzeniem danych to obecnie nierzadkie historie.

– Czasem są to żądania całkowicie nieracjonalne – zauważa Haertle. I przytacza historię włamania do „mniejszego polskiego banku”, z którego ukradziono salda rachunków, historię, dane osobowe kilkudziesięciu tysięcy klientów.

– Sprawca chciał około pół miliona złotych za to, że nikomu o tym nie powie. Pół miliona za brak utraty reputacji – mówi.
Posłuchaj całej rozmowy z Adamem Haertle:

Oglądaj też w serwisie YouTube

Gigantyczny wyciek danych. Kto za nim stoi?


Wiadomości wysyłane są z konta Fingerprint prowadzonego w języku angielskim. Jak mówi Haertle, koślawym, „szkolno-azjatyckim” angielskim.

– Ale w dobie sztucznej inteligencji można powiedzieć czatowi: „Napisz to tak, jakby napisał to Hindus czy Koreańczyk”. Równie dobrze to mogą być Polacy, udający kogoś innego – wskazuje rozmówca Interii.

Jak mówi, sam nie wie, dlaczego hakerzy piszą akurat do niego.

– Jeden ze znajomych z ciekawości sprawdził, że kiedy zapytamy duży model językowy, kto w Polsce zajmuje się od strony dziennikarskiej opisywaniem tego typu zdarzeń, to są wymieniane trzy nazwiska. I moje jest często pierwsze na tej liście. Podejrzewam, że sprawcy takie właśnie ćwiczenie wykonali – wskazuje.

Jak doszło do pierwszego kontaktu? Jak mówi Adam Haertle, zdarzało mu się już w przeszłości, że ktoś kontaktował się z nim w sprawie okupu.

– Na przykład włamywacz nie dogadał się z firmą w sprawie kwoty. Słowem – firma nie chciała zapłacić tyle, ile żądał włamywacz. Były przypadki, że takich sytuacjach sprawca kontaktował się ze mną, żebym ja odezwał się do firmy i przekonał ich, że negocjacje trzeba prowadzić inaczej – opowiada.

Podkreśla, że „nie lubi być narzędziem w rękach przestępców”. Ale – jak wskazuje – takie sytuacje się zdarzają, więc i teraz starał się wybadać intencje nadawców wiadomości.
Oglądaj też w serwisie YouTube

Firma nie odpisywała przez trzy dni


– Faktycznie okazało się, że próbowali nawiązać kontakt z firmą (MyDr – red.), ale ta przez trzy dni nie odpisywała. (…) To mogła być świadoma decyzja, że nie negocjujemy z terrorystami, którą – można powiedzieć – szanuję. Ale jednak warto dowiedzieć się czegoś więcej o incydencie. Mogło też po prostu dojść do przeoczenia wiadomości – mówi Adam Haertle.

Potem hakerzy podesłali mu jego dane i dane jednego z polskich polityków. Zaczęła się weryfikacja.

– Moje dane były prawdziwe. Dane tego polityka też byłem w stanie częściowo sprawdzić, bo chociażby numer telefonu gdzieś można było znaleźć w archiwalnych zapisach w internecie – podaje.

Jak mówi, wówczas informacje o ataku przekazał firmie MyDr i zespołowi CERT Polska, który zajmuje się koordynacją tego rodzaju incydentów w kraju.

– Paradoksalnie muszę przyznać, że osoba – albo osoby – stojąca za kontem Fingerprint, do tej pory nie skłamała – wskazuje Haertle i dodaje: liczba danych się zgadza, zakres danych się zgadza.

– Obiecali, że nie opublikują, nie opublikowali, więc te twierdzenia do tej pory wszystkie się sprawdziły. Nie mamy innego powodu, oprócz tego, że są to przestępcy, by im nie ufać. Ale pamiętajmy nadal: to są przestępcy – podkreśla.

Jak mówi, nie wie, czym może być zapowiadane przez hakerów w nowym wpisie „coś większego”. Można mieć jednak pewne podejrzenia.

– Firma MyDr obsługuje mniej więcej jedną trzecią rynku, a są jeszcze dwie inne bardzo duże firmy w tej branży – wskazuje.

Polacy sprawdzają swoje dane po wycieku. Utworzyła się kolejka

Wyciek danych już w 2024 r.? W sieci krąży pewna teoria


Po potwierdzeniu gigantycznego wycieku danych w sieci zaczęły krążyć informacje, że w rzeczywistości doszło do niego nie w 2026 roku, a już w 2024 roku. Od tej pory rzekomo dane miały krążyć w sieci i trafić w ręce m.in. obcych wywiadów. Co Adam Haertle na te doniesienia?

– Faktycznie była taka komunikacja w internecie. Wzięło się to z tego, że dwa lata temu miał miejsce incydent, który ma wiele cech podobieństwa do tego tegorocznego – mówi ekspert.

O co chodziło?

– Po pierwsze, ta sama firma była wymieniona jako jeden z aktorów w tym procesie, a po drugie liczba, która pojawiała się tam wykradzionych danych, była prawie identyczna. Różniła się na przestrzeni tych 18 milionów zaledwie o kilkaset pozycji – wylicza.

Zatem, jak wskazuje, istniało „niezerowe prawdopodobieństwo”, że to są te same bazy.

– Natomiast po zweryfikowaniu tego, co stało się w 2024 roku, mogę z całą pewnością powiedzieć: to jest coś zupełnie innego. To jest przypadek – podkreśla.

Co się zatem stało w 2024 roku?

– Wówczas dwóch nastolatków, którzy chcieli pozyskać dane pacjentów, żeby wystawiać na nich recepty na leki opioidowe, a następnie te recepty sprzedawać na czarnym rynku, dostało się do systemów poznańskiej przychodni. Placówka ta korzystała z systemów MyDr – mówi Adam Haertle.

Młodociani hakerzy – jak wskazuje rozmówca Interii – użyli aplikacji, która ma możliwość łączenia z państwowymi rejestrami i poprosili o dane 18 milionów pacjentów.

– I bazę pozyskali. Były tam informacje, którzy z pacjentów mają państwowe ubezpieczenie. Po paru dniach wpadli w ręce policji, która zabezpieczyła dane i osoby, które popełniły to przestępstwo – mówi.

Dopytywany, czy możemy mieć pewność, że wskazane dane nie zdążyły wyciec, zapewnia: Z mojej wiedzy wynika, że zatrzymani nic nie zdążyli z tymi danymi zrobić. Nie słyszałem też, żeby gdzieś było domniemanie, że te dane dalej krążą.

Oglądaj też w serwisie YouTube

Czytaj Dalej

Weto Karola Nawrockiego w sprawie kryptoaktywów. Tak zagłosują w Sejmie

Afera Zondacrypto. Rozwój Plus i Razem za powołaniem komisji śledczej

Roman Giertych odpowie przed adwokaturą? Nowe ustalenia mediów

Ambasador Rosji opuścił polskie MSZ. Przekazano, co usłyszał

MON reaguje na rosyjskie prowokacje. Władysław Kosiniak-Kamysz ogłasza

Spór o TK. Adam Szłapka odpowiada Karolowi Nawrockiemu, „sprostować kłamstwa”

Zarzuty dla zatrzymanych w sprawie Zondacrypto. Podano szczegóły

Nowa strefa lotów w Polsce. Wojsko wprowadza ograniczenia przy wschodniej granicy

Spór o TK. Prezydent wezwany do prokuratury. Karol Nawrocki zabrał głos

Facebook X (Twitter) Instagram Pinterest
  • Home
  • Buy Now
© 2026 Banai. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Type above and press Enter to search. Press Esc to cancel.