-
Rosyjska propaganda przedstawia Narwę jako miasto, w którym rosyjskojęzyczna ludność jest prześladowana, co może stanowić pretekst do działań destabilizacyjnych.
-
Eksperci uważają, że w mieście prowadzone są działania mające na celu aktywizację grup separatystycznych na wzór wydarzeń na Ukrainie w 2014 roku.
-
Władze Estonii i Łotwy podejmują działania, takie jak wydalanie osób niespełniających kryteriów państwowości, by minimalizować ryzyko separatyzmu.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Narwa to ponad 50-tysięczne miasto położone w północno-wschodniej Estonii nad rzeką o tej samej nazwie. Na drugim brzegu znajduje się rosyjski Iwangorod.
Miejscowość określana jest w mediach jako najbardziej rosyjskojęzyczne miasto w Unii Europejskiej.
Według oficjalnych danych blisko 90 proc. populacji posługuje się na co dzień językiem rosyjskim. Chętnie wykorzystuje to rosyjska propaganda, która coraz chętniej wspomina o Narwie jako mieście, w którym społeczeństwo jest nękane za komunikowanie się w języku rosyjskim.
Miasto kilkukrotnie stawało się wręcz „bohaterem” kremlowskich mediów. Przykładem był Dzień Zwycięstwa, jedno z najważniejszych świąt państwowych w Federacji Rosyjskiej.
Wówczas największe portale informacyjne pokazywały mieszkańców Narwy stojących na brzegu rzeki, którzy obserwowali odbywający się po drugiej stronie koncert rosyjskich pieśni narodowych.
Przekaz był jasny: to społeczność tęskniąca za bliskimi kontaktami z Rosją, zafascynowana rosyjską kulturą i chcąca brać w niej czynny udział.
Narwa – test art. 5 NATO
O regionie Narwy w kontekście potencjalnego konfliktu NATO-Rosja wspominają w swoich raportach m.in. analitycy amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną.
We wrześniu w jednym z artykułów stwierdzono wprost, że „rosyjska operacja w estońskiej Narwie mogłaby zostać wykorzystana do sprawdzenia spójności NATO i reakcji na zobowiązania wynikające z art. 5.„
Eksperci odwoływali się do doświadczeń z 2014 roku, kiedy to Federacja Rosyjska rękoma Ukraińców o prorosyjskich poglądach, a także tzw. „zielonymi ludzikami” doprowadziła do destabilizacji w Doniecku, Ługańsku i na Krymie. Wtedy Rosji udało się wyrwać te regiony spod kontroli Kijowa, co finalnie doprowadziło do inwazji na Ukrainę w 2022 r.
Scenariusze przedstawione przez ISW podtrzymuje, w rozmowie z Interią, Marcin Samsel. Według eksperta ds. bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego, Rosjanie nie przygotowują się do działań w Estonii, ale już je po części realizują.
– To są realne scenariusze, które ewidentnie już się kształtują. One się na bieżąco piszą. Rozbudowywany jest wachlarz działań, które mają doprowadzić do tego kryzysu, starcia. Wątpliwości budzi tylko termin, w jakim może to nastąpić. Takim newralgicznym czasem może być przełom roku. Niestety, Rosjanie wyjątkowo lubią ten okres – przekonuje.
Rosyjski scenariusz na Narwę
Zdaniem wykładowcy Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu w Gdyni całość rosyjskiej operacji w regionie Narwy składać się będzie z kilku elementów. Część będzie kopią tego, co udało się w Ukrainie.
Podobnie jak w Donbasie możemy spodziewać się próby aktywizacji osób o prorosyjskich poglądach, które utworzą grupy separatystyczne.
Ich celem będzie doprowadzenie do paraliżu w regionie m.in. poprzez przejęcie budynków lokalnych władz czy wprowadzenie kontroli na drogach dojazdowych i tym samym blokadę dostępu do miasta.
– Estonia to mały kraj, co ułatwia działanie Rosjan. Będą mogli szybko dostarczać dodatkowych ludzi, dywersantów, którzy poprowadzą akcję zabezpieczając dowództwo, logistykę. Nie powinno być problemów z dostarczeniem materiałów wybuchowych i broni – twierdzi Marcin Samsel, przypominając, że miasto Narwa od Federacji Rosyjskiej dzieli wyłącznie rzeka.
Obrona Narwy. Reakcja NATO i „opcja atomowa” Tallina
Ekspert zwraca szczególną uwagę na potencjalną reakcję całego Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jego zdaniem, jeśli nie będzie ona sprawna i dotkliwa dla Rosji, to należy się spodziewać powtórki z wojny w Ukrainie.
– Wtedy już możemy spodziewać się ataku konwencjonalnego z użyciem rosyjskiej armii. Zresztą Rosjanie tylko czekają na pretekst. Jest to im potrzebne między innymi po to, by wytłumaczyć społeczeństwu swoje następne kroki.
Mowa tu nie tylko o wytłumaczeniu wojny z NATO, ale też spraw wewnętrznych np. powszechnej mobilizacji, dociśnięcia elit politycznych i zwiększenia zależności oligarchów od Kremla – wyjaśnia.
Jak usłyszała Interia w estońskim rządzie, służby tego kraju nie widzą zagrożenia krótkoterminowego związanego z sytuacją w Narwie. Zdaniem władz prowokacje są możliwe, ale już nie bezpośrednia inwazja czy interwencja „zielonych ludzików”.
Nie oznacza to jednak, że agencje wywiadowcze i władze państw Sojuszu nie działają, by powstrzymać ewentualne zapędy Rosji.
Przykładem podawanym przez Marcina Samsela są przepisy wprowadzane na Łotwie i w Estonii, gdzie wydala się z kraju osoby, które mogłyby stanowić podstawę do tworzenia wspominanych grup separatystycznych.
– Trwają ekstradycje osób, które nie zdają egzaminu „państwowości”. Mowa m.in. o znajomości języka czy też podstawowej wiedzy dotyczącej kraju, w którym mieszkają. W ten sposób władze starają się minimalizować ryzyko wśród rosyjskojęzycznej społeczności – podkreśla ekspert.
Z naszych rozmów w Tallinie wynika także, że estońska dyplomacja ciągle zachowuje „opcję atomową” wobec Kremla. Chodzi o całkowite zamknięcie granicy z Rosją, co zdaniem władz estońskich wyrządziłoby Rosji ogromne szkody. Ten scenariusz zachowują jednak na wypadek, gdyby sytuacja znacząco eskalowała.
Marcin Orłowski
Współpraca: Michał Michalak z Tallina