-
Mikroplastik został wykryty w organizmach ryb w wodach przybrzeżnych Fidżi, Tongi, Tuvalu i Vanuatu, obejmując 32,7 proc. badanych osobników.
-
Najwyższy poziom skażenia mikroplastikiem odnotowano na Fidżi, gdzie dotyczył 74,5 proc. ryb, podczas gdy w Vanuatu wyniósł tylko 4,8 proc.
-
Badanie wykazało, że dominującą formą mikroplastiku w rybach są włókna syntetyczne, które najczęściej pochodzą z tekstyliów, lin i sprzętu rybackiego.
-
Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Badanie przeprowadzone przez zespół naukowców z University of the South Pacific objęło 878 ryb należących do 138 gatunków, złowionych w wodach przybrzeżnych Fidżi, Tongi, Tuvalu i Vanuatu, a więc jednych z najbardziej odizolowanych i najbardziej odległych od wielkich metropolii miejsc na świecie. Analizowano ryby pochodzące bezpośrednio z połowów prowadzonych przez lokalne społeczności – a więc takie, które realnie trafiają na talerze mieszkańców wysp.
Wynik jest jednoznaczny: mikroplastik wykryto u 32,7 proc. badanych osobników. Średnio w jednym przewodzie pokarmowym znajdowano 0,76 cząstki plastiku. To wartości niższe niż w wielu silnie zurbanizowanych regionach świata, ale wystarczająco wysokie, by obalić mit „dziewiczego” Pacyfiku wolnego od syntetycznych zanieczyszczeń.
Fidżi: lokalny rekord skażenia
Największe zaskoczenie przyniosło porównanie wyników między krajami. Na Fidżi mikroplastik wykryto u 74,5 proc. ryb – znacznie więcej niż globalna średnia, szacowana przez naukowców na około 49 proc. Dla porównania, w Tonga odsetek ten wyniósł 41,7 proc., w Tuvalu 37,3 proc., a w Vanuatu zaledwie 4,8 proc.
„Tak duże różnice w obrębie jednego regionu pokazują, że nie mamy do czynienia z jednolitym problemem oceanicznym, lecz z efektem nakładających się czynników lokalnych” – mówi Jasha Dehm, badaczka środowiska morskiego z University of the South Pacific. – „Znaczenie mają m.in. zagęszczenie ludności, liczba rzek odprowadzających zanieczyszczenia do morza, intensywność zabudowy wybrzeży i jakość systemów gospodarowania odpadami„.
Fidżi, największe i najbardziej zaludnione z badanych państw, ma jednocześnie najbardziej rozwiniętą infrastrukturę miejską, co przekłada się na to, że mieszkańcy archipelagu wywierają największą presję na okoliczne oceany. To właśnie dlatego koncentracja mikroplastiku w rybach była tam najwyższa, zarówno pod względem częstości występowania, jak i liczby cząstek na jednego osobnika. Po prostu do plastiku przenoszonego przez prądy morskie z odległych regionów świata doszła jego miejscowa „produkcja”.
Nie każda ryba wchłania plastik tak samo
Analiza nie ograniczyła się do prostego pytania „czy plastik jest obecny w rybach”. Naukowcy sprawdzili, które cechy ekologiczne ryb zwiększają ryzyko skażenia. Różnice okazały się wyraźne.
Najbardziej narażone są ryby związane z rafami koralowymi oraz te, które żerują przy dnie. Wysokie wskaźniki skażenia dotyczyły zwłaszcza gatunków żywiących się bezkręgowcami oraz ryb polujących z zasadzki. Znacznie rzadziej mikroplastik wykrywano u ryb pelagicznych i filtratorów.
Dobrym przykładem jest Lethrinus harak, popularna ryba rafowa ważna zarówno dla rybołówstwa komercyjnego, jak i połowów na własne potrzeby miejscowych mieszkańców. Na Fidżi mikroplastik wykryto u 80 proc. badanych osobników tego gatunku. W Tonga było to niemal 58 proc., w Tuvalu 44 proc., a w Vanuatu jedynie 6 proc.
-
Postrzałki i zmarznięte ptaki. Dzikich pacjentów w zimie przybywa
-
Wielka zmiana dla turystów. Popularna usługa znika z lotnisk
„To pokazuje, że nawet w przypadku tego samego gatunku poziom skażenia może dramatycznie się różnić w zależności od lokalnego kontekstu środowiskowego” – podkreśla Dehm.
Dominują włókna, nie twarde fragmenty
Równie istotne jest to, jaki mikroplastik trafia do ryb. W badaniu zdecydowanie dominowały włókna syntetyczne. W Fidżi, Tonga i Tuvalu stanowiły one od 65 do 70 proc. wszystkich cząstek, a w Vanuatu aż około 95 proc. Znacznie rzadziej wykrywano fragmenty twardych tworzyw lub cienkie folie.
„Taki profil zanieczyszczeń wskazuje przede wszystkim na źródła związane z codziennym użytkowaniem: tekstylia, liny, sieci, sprzęt rybacki” – mówi Rufino Varea, ekotoksykolog morski i dyrektor Pacific Islands Climate Action Network. – „To nie są odpady przemysłowe w klasycznym sensie, lecz produkty, które zużywają się powoli i niepostrzeżenie trafiają do środowiska”.
Włókna łatwo unoszą się w wodzie, przypominają plankton i mogą być mylone z pokarmem, zwłaszcza przez ryby żerujące przy rafach i w strefach przydennych.
Ryby, dieta i pytania o zdrowie ludzi
Choć badanie dotyczyło przewodów pokarmowych ryb, a nie ich mięśni, autorzy nie ukrywają, że wyniki mają znaczenie dla bezpieczeństwa żywnościowego regionu. W wielu państwach Pacyfiku ryby stanowią podstawowe źródło białka, a połowy przybrzeżne są filarem lokalnych diet.
„To bardzo wyraźny sygnał ostrzegawczy” – mówi Varea. – „Ryby rafowe i denne, które są najłatwiej dostępne dla rybołówstwa na własne potrzeby, stają się magazynem zanieczyszczeń syntetycznych”.
Naukowcy podkreślają, że mikroplastik może działać jak nośnik dodatków chemicznych i innych toksyn, a także potencjalnie przenosić patogeny. Skala faktycznego ryzyka zdrowotnego dla ludzi pozostaje jednak przedmiotem dalszych badań, zwłaszcza w kontekście sposobów przygotowywania ryb do spożycia.
Argument polityczny przed globalnymi negocjacjami
Publikacja wyników zbiega się w czasie z przygotowaniami do kolejnej rundy rozmów Intergovernmental Negotiating Committee on Plastic Pollution, które mają się odbyć w lutym w Genewie. Państwa wyspiarskie od dawna apelują o ambitne, prawnie wiążące ograniczenia produkcji plastiku na poziomie globalnym.
„Dane pokazujące, że nawet odległe atole – takie jak Tuvalu – nie są wolne od mikroplastiku, wzmacniają głos regionu w tych negocjacjach” – mówi Amanda Ford, ekolożka raf koralowych z University of the South Pacific. – „To dowód, że problem nie zna granic i nie dotyczy wyłącznie krajów uprzemysłowionych”.
Autorzy badania zwracają uwagę, że wyjątkowo niskie skażenie ryb w Vanuatu sugeruje, iż lokalna polityka odpadowa i uwarunkowania oceanograficzne mogą realnie ograniczać napływ mikroplastiku do ekosystemów morskich. Jednocześnie podkreślają, że bez redukcji produkcji plastiku u źródła nawet najlepsze działania lokalne pozostaną niewystarczające.