-
Niższy PIT zwiększy dochody. Pojawia się ryzyko presji inflacyjnej
-
Firmy zapłacą więcej. Część rachunku trafi do klientów
-
Ulga na kilka lat? Bez waloryzacji progów zmiana nie będzie trwała
Niższy PIT zwiększy dochody. Pojawia się ryzyko presji inflacyjnej
Rząd przedstawia planowane zmiany jako istotną ulgę dla klasy średniej i rzeczywiście część pracowników może na nich wyraźnie skorzystać. Podniesienie progu podatkowego do 130 tys. zł, wprowadzenie stawki 24 proc. dla dochodów od 130 do 150 tys. zł oraz przesunięcie stawki 32 proc. powyżej 150 tys. zł ma objąć około 3,5 mln podatników.
Maksymalna korzyść ma sięgnąć 3,6 tys. zł rocznie, czyli około 300 zł miesięcznie. Dla gospodarstw domowych oznacza to większy dochód do dyspozycji, ale z punktu widzenia całej gospodarki pojawia się też ryzyko, że część tych pieniędzy szybko trafi na rynek w postaci dodatkowych zakupów i zwiększy popyt.
Sam niższy PIT nie musi oczywiście wywołać wzrostu inflacji, ale reforma została zaproponowana w okresie podwyższonej niepewności, m.in. na rynku paliw, na który wpływają napięcia i konflikty na Bliskim Wschodzie. Znaczenie będzie miało również to, jaka część dodatkowych środków zostanie wydana, a jaka odłożona, zainwestowana lub przeznaczona na spłatę zobowiązań.
Jeżeli jednak konsumpcja wyraźnie przyspieszy, a podaż towarów i usług nie będzie rosła równie szybko, w części branż może pojawić się większa przestrzeń do podnoszenia cen.
Firmy zapłacą więcej. Część rachunku trafi do klientów
Koszt podatkowej ulgi dla części pracowników ma zostać zrównoważony m.in. większym obciążeniem największych przedsiębiorstw. Rząd proponuje podniesienie CIT z 19 do 22 proc. dla firm osiągających ponad 50 mln euro rocznych przychodów oraz dla podatkowych grup kapitałowych.
Sama wyższa stawka będzie naliczana od dochodu, a nie od całej sprzedaży, ale dla rentownych przedsiębiorstw oznacza mniejszą część zysku pozostającą po opodatkowaniu. Firmy mogą odpowiedzieć na to na kilka sposobów: zaakceptować niższą rentowność, ograniczyć część wydatków i inwestycji albo próbować odzyskać część dodatkowego kosztu poprzez wyższe ceny.
Ten ostatni wariant jest jednym z najważniejszych potencjalnych skutków reformy dla konsumentów. Nie każda firma będzie mogła swobodnie podnieść ceny, bo wiele zależy od konkurencji, poziomu marż oraz tego, jak łatwo klient może przenieść się do innego dostawcy.
Tam jednak, gdzie największe podmioty mają silną pozycję rynkową, część wyższego obciążenia podatkowego zostanie prawdopodobnie przerzucona na odbiorców.
Ulga na kilka lat? Bez waloryzacji progów zmiana nie będzie trwała
Największym problemem planowanych zmian może okazać się jednak to, czego w nich na razie nie ma – stałego mechanizmu waloryzacji progów podatkowych.
Obecna granica 120 tys. zł obowiązuje od 2022 r., podczas gdy przeciętne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej wzrosło z 6346 zł miesięcznie w 2022 r. do 8904 zł w 2025 r., czyli nominalnie o około 40 proc. Próg podatkowy przez ten czas się nie zmienił, więc wraz ze wzrostem płac coraz więcej osób zaczęło wpadać w stawkę 32 proc., choć ich realna siła nabywcza nie rosła w takim samym tempie.
Podniesienie progów w 2027 r. na pewien czas złagodzi ten problem, ale bez kolejnych korekt może on szybko powrócić.
Mechanizm ten określa się jako pełzanie progów podatkowych. Gdy wynagrodzenia rosną, a progi pozostają zamrożone, coraz większa część dochodów zostaje objęta wyższymi stawkami bez formalnego podnoszenia podatków. Działa to jak stopniowa, cicha podwyżka PIT.
Podobny problem dotyczy kwoty wolnej, która nadal wynosi 30 tys. zł i wraz z inflacją traci realną wartość. Minister finansów Andrzej Domański mówił 19 sierpnia w programie „Fakty po Faktach” w TVN24, że chciałby kolejnego podniesienia progu w 2028 r., ale jednocześnie zaznaczył, że na razie żadna decyzja w tej sprawie nie zapadła.
-
Wyższa renta wdowia już od stycznia. Tak zmienią się wypłaty z ZUS
-
Koniec abonamentu? Zmiany mają wejść od stycznia, konkretów brak