-
„Trump ma dla świata tylko chaos i niespójność” – były speechwriter Baracka Obamy ostro o stylu komunikacji Donalda Trumpa: „To tylko sprytna nazwa na lanie wody”.
-
„Gdy nikt nie wierzy twoim słowom, tracisz autorytet” – Terry Szuplat tłumaczy, dlaczego improwizacje Trumpa bywają skuteczne w kampanii, ale niebezpieczne w polityce międzynarodowej.
-
Obama kontra Trump: dwa modele przywództwa – „Obama budował na nadziei i autentyczności, Trump na chaosie, strachu i dominacji nad przeciwnikiem”.
-
„Dobre przemówienia nie umarły przez TikToka” – były autor przemówień Obamy przekonuje, że w erze mediów społecznościowych wciąż wygrywają emocje, logika i autentyczna więź z odbiorcą.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Tomasz Walczak, Interia: Przez osiem lat pisał pan przemówienia dla Baracka Obamy. Ma pan wrażenie, że za tymi wygłaszanymi przez Donalda Trumpa stoi jakiś specjalista? Jego wystąpienia przypominają bowiem bardziej strumień świadomości niż coś, co zostało pieczołowicie przygotowane.
Terry Szuplat, autor przemówień Baracka Obamy: – To zależy od okoliczności. Przy inauguracji prezydentury czy orędziu przed Kongresem Trump trzyma się przygotowanego tekstu, nad którym pracował sztab specjalistów. On jednak szczyci się tym, że nie daje się spętać skryptowi. Często odchodzi od tematu i twierdzi, że misternie wplata w wypowiedź różne wątki.
I widzi pan tę jego maestrię?
– Dla mnie to tylko sprytna nazwa na zwykłe lanie wody i brak umiejętności trzymania się sedna sprawy. Jego doradcy nieraz rwą włosy z głowy, bo on po prostu nie potrafił pozostać wierny pieczołowicie przygotowanemu komunikatowi. Trump ufa tylko własnemu instynktowi, nie lubi czytać cudzych tekstów. Czasem bywa to skuteczne, ale na arenie międzynarodowej jest niezwykle niebezpieczne. Inni liderzy szukają w słowach prezydenta USA klarowności i stabilności, a Trump ma dla nich tylko chaos i niespójność.
Za przygotowywanie przemówień Donalda Trumpa odpowiada Ross Worthington. Czy przekonanie prezydenta, że wie lepiej niż ludzie, którzy je piszą, nie sprawia, że Worthington wykonuje jeden z najbardziej zbędnych zawód świata?
– Pisząc przemówienia dla Trumpa, budzisz się rano niemal pewny tego, że większość twojej pracy nigdy nie ujrzy światła dziennego. Trump po prostu odwróci kartkę z tym, co mu napisałeś i nabazgrze na niej własne notatki. To musi być potwornie frustrujące. Ja miałem ten przywilej, że pracowałem dla kogoś, kto proces pisania przemówień traktował z najwyższą powagą.
– Zanim Obama stanął przy mównicy, zainwestował już ogromną ilość energii w to, co chce przekazać. Oczywiście, zdarzały mu się improwizacje, ale to nie była radosne twórczość oparta na tym, co akurat zjadł na śniadanie. Świat już wie, że słowom Trumpa nie można ufać; on prowadzi grę, myśląc, że jest genialnym politykiem, bo gubi tropy i trzyma wszystkich w niepewności. Ale gdy nikt już nie daje wiary temu, co mówisz, twoje słowa tracą moc, a ty tracisz autorytet jako przywódca.
Trump prawie nigdy nie dzieli się historiami z dzieciństwa czy swoich lat formacyjnych. To bardzo wymowne, gdy ktoś tak panicznie boi się mówić o tym, kim jest i co go ukształtowało
W swojej książce radzi pan, by ucząc się sztuki przemawiania, odnaleźć swój głos i opowiadać własną historię. Trump swój głos odnalazł, ale chyba nie o taką autentyczność panu chodziło?
– Zachęcam ludzi do tego, by wnosili w przemówienie samych siebie. Jeśli chcesz nawiązać ze słuchaczami więź, nie możesz być tylko gadającą głową odczytującą przekazy partyjne. Musisz pokazać swoją ludzką stronę: opowiedzieć, dlaczego coś robisz, co czujesz, co cię boli, co widziałeś w życiu. To historie budują relację z odbiorcą.
– W przypadku Trumpa fascynujące jest to, że owszem, opowiada anegdoty, ale zawsze o tym, co powiedział mu jakiś prezes albo inny lider. Prawie nigdy nie dzieli się historiami z dzieciństwa czy swoich lat formacyjnych. To bardzo wymowne, gdy ktoś tak panicznie boi się mówić o tym, kim jest i co go ukształtowało. Nawet gdy wyrzuca z siebie wszystko, co ma w głowie, pozostaje emocjonalnie zamknięty. Nie potrafi stosować autoironii, a każda jego opowieść sprowadza się do dominacji nad innym człowiekiem.

A jaką historię nam opowiada?
– To opowieść stara jak świat, którą demagodzy wprost uwielbiają: „Przede mną był totalny bałagan, kraj szedł w stronę piekła, ale ja przyszedłem i teraz buduję wam złoty wiek”. To intelektualnie nieuczciwe i prymitywne. Amerykanie widzą przecież ceny paliwa czy żywności, czują wściekłość, bo nie mogą opłacić rachunków, ale w jego umyśle jedyna historia, którą warto opowiadać brzmi tak: wszystko co złe to „oni”, wszystko co dobre to „ja”.
Trump jako prezydent negocjujący choćby z Putinem nie słucha swoich własnych rad z książki „The Art of the Deal, czyli sztuka robienia interesów”, więc tym bardziej nie posłucha pańskiej rady, by mówiąc o sobie, nie wpaść w pułapkę ego i nie usuwać ze swojej opowieści ludzi, do których się przemawia. Długo mu to uchodziło na sucho. Dlaczego?
– To nie jest specyfika tylko Ameryki. Liderzy tego typu odczłowieczają innych, dehumanizują całe społeczności; jeśli się z nimi nie zgadzasz, nie jesteś oponentem, jesteś wcieleniem zła, jesteś wrogiem. Mówienie o ludziach jak o zwierzętach, atakowanie mediów i kłamanie prosto w oczy – to niestety działa na pewną część populacji. Napisałem tę książkę, bo nie chcę, by ludzie myśleli, że to jedyny sposób na wygrywanie. Obama pokazał, że można inaczej; że można budować na nadziei zamiast na strachu, na prawdzie zamiast na kłamstwie; że można szukać dobra w przeciwniku i próbować go przekonać, a nie tylko zmiażdżyć.
Przy kluczowych przemówieniach Obama spotykał się z nami kilka tygodni wcześniej. Wykładał nam swoją wizję i mówił, co chce osiągnąć. Pisanie dla niego było onieśmielające, bo gdyby tylko miał czas, napisałby to lepiej niż my
Tymczasem Trump stał się punktem odniesienia dla wielu światowych polityków, którzy próbują naśladować jego styl. Na trwałe przesunął granice tego, co i jak się w polityce mówi?
– Ludzie próbowali kopiować zarówno Obamę, jak i Trumpa. Czasem to wychodzi, czasem nie. Trump wygrał w 2016 r., ale przegrał reelekcję; jego metoda nie jest więc niezawodna. On jest jedyny w swoim rodzaju, ale jest przede wszystkim symptomem zepsutej polityki, a nie tylko jej przyczyną. Widzieliśmy to na Węgrzech i w innych miejscach – tam liderzy dochodzą do ściany, bo istnieje granica tego, co ludzie są w stanie tolerować.
Były takie czasy, kiedy polityczne przemówienia i krasomówcze talenty przywódców potrafiły zmienić bieg historii. Nie ma pan wrażenia, że ten świat umarł razem z mediami społecznościowymi, które politycy wykorzystują dziś chętniej niż mównicę?
– Kiedy słyszę takie pytanie, moja myśl natychmiast biegnie ku prostej konstatacji: gdyby przemówienia nie miały już znaczenia, ludzie przestaliby je wygłaszać, a politycy czy biznesmani nie wychodziliby już na mównicę. A jednak wciąż to robią. To prawda, że jako obywatele konsumujemy dziś ogromne ilości treści w mediach społecznościowych, ale co jakiś czas dobrze napisane i wygłoszone przemówienie przebija się przez ten szum.
Kiedy ostatnio widział pan takie przemówienie?
– Niedawno w Davos, kiedy występował premier Kanady Mark Carney i mówił o końcu dotychczasowego porządku światowego. Stało się ono wiralem właśnie dlatego, że była to przemyślana, świetnie uargumentowana mowa. To nie był czterosekundowy klip na TikToku ani zdawkowa migawka; to przemówienie miało wielką moc, ponieważ autor poświęcił czas, by stworzyć logiczny wywód. Podobny efekt wywołało niedawne przemówienie króla Karola przed amerykańskim Kongresem, o którym ludzie dyskutowali i którym chętnie się dzielili jeszcze wiele dni po jego wygłoszeniu.
Wiralowość to dziś miara skuteczności?
– Choć dziś niemal wszystko może stać się wiralem, przemówienia są w tej materii unikatowe. W mojej książce przytaczam wiele przykładów wystąpień zwykłych ludzi – przedsiębiorców, aktywistów czy studentów – które zyskały globalną popularność, ponieważ wciąż stosują oni techniki, których nauczyli nas starożytni Grecy.
– Ich autorzy nie muszą znać greckich czy łacińskich nazw figur retorycznych, ale intuicyjnie wiedzą, że komunikacja podszyta emocjami, dbanie o żelazną logikę wywodu oraz odwoływanie się do własnej wiarygodności i autentyczności wciąż ma kolosalne znaczenie. Uważam wręcz, że media społecznościowe dały nowemu pokoleniu dostęp do polityki w sposób wcześniej nieosiągalny. Pomyślmy: 40 czy 60 lat temu jedynym sposobem, by dowiedzieć się, co powiedział prezydent, było przeczytanie o tym w gazecie następnego dnia.
Polityk, który rezygnuje z próby przekonania do siebie takich ludzi, jest skazany na porażkę. Nawet Trump w kampanii wyborczej, gdy mówił o aborcji, celowo mieszał przekazy, by zdezorientować ludzi
Z przemówieniami jest jednak trochę jak z tekstami piosenek – suchy tekst nie odda jednak tego, jak brzmi z muzyką. Podobnie z przemówieniami – w pełni działają wtedy, gdy widzisz i słyszysz ich autora.
– Jest coś nie do zastąpienia w sytuacji, gdy człowiek staje przed publicznością, próbując nawiązać autentyczną więź i przekonać innych do swoich racji. To doświadczenie wspólnotowe. Kiedy między mówcą a widownią przeskakuje ta iskra porozumienia, dzieje się coś wyjątkowego. Ludzie chcą być częścią takich momentów i dlatego je oglądają.
– Wciąż oczekujemy od liderów, by stawali przed nami i tłumaczyli się ze swoich decyzji; oni są przed nami odpowiedzialni. Spójrzmy na kogoś takiego jak burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani. To mistrz mediów społecznościowych, którego klipy obiegają świat, ale on nie przestał wygłaszać przemówień. Wręcz przeciwnie – jego ogromna obecność w sieci sprawia, że jego tradycyjne wystąpienia docierają do znacznie większej liczby osób niż kiedykolwiek w historii.
Czy jednak rola przemówień się nie zmienia? Media społecznościowe sprawiają, że ludzie okopują się w swoich poglądach i oczekują od polityków ich potwierdzenia a nie słuchania czegoś, z czym się nie zgadzają. Może nie służą już przekonywaniu nieprzekonanych, a jedynie mobilizacji własnych zwolenników?
– To prawda, że w Stanach Zjednoczonych większość ludzi o poglądach liberalnych czy lewicowych nie da się przekonać do niczego, co powie Donald Trump. W drugą stronę działa to tak samo. Jednak wciąż istnieje centrum – wyborcy, którzy zmieniają front. Choć trudno w to uwierzyć, byli ludzie, którzy głosowali na Obamę, a potem oddali głos na Trumpa. Po prostu obywatele byli wściekli na system i chcieli zmiany.
– Zarówno Obama, jak i Trump tę zmianę obiecywali. Choć w skrajnie różny sposób. Oczywiście, grupa wyborców do przekonania się skurczyła, ale to właśnie ona decyduje o zwycięstwie. I to o nich toczą się najcięższe bitwy. Polityk, który rezygnuje z próby przekonania do siebie takich ludzi, jest skazany na porażkę. Nawet Trump w kampanii wyborczej, gdy mówił o aborcji, celowo mieszał przekazy, by zdezorientować ludzi co do swojego faktycznego stanowiska i nie zrazić tych wahających się.
Jak to jest z autorami przemówień polityków, zwłaszcza takiego formatu jak Obama – słowa, które piszą, często cytowane są w podręcznikach historii, ale pamięta się tylko tych, którzy je wygłosili. To nie jest frustrujące?
– Absolutnie nie, bo taką ścieżkę sami wybraliśmy. Jeśli łakniesz blasku jupiterów, powinieneś sam kandydować na urząd. Zawód speechwritera przyciąga ludzi, którzy dobrze czują się w cieniu, pomagając komuś innemu stać się najlepszą wersją samego siebie na scenie. Jeśli frustruje cię brak uznania, znaczy, że pomyliłeś zawody. My nie myślimy o tym jak o naszych słowach w cudzych ustach – my pomagamy tym ludziom znaleźć ich własne, najlepsze słowa. To ich wizja, ich agenda, nie nasza.
Ten moment, gdy napisałeś jakieś zdanie, prezydent je wypowiada, a tłum reaguje dokładnie tak, jak zaplanowałeś, to najlepsza nagroda w tym fachu?
– To są najpiękniejsze chwile. Jako speechwriter spędzasz samotne tygodnie w biurze – w naszym przypadku w piwnicy bez okien – wyobrażając sobie ten jeden moment. Zobaczenie tej reakcji to wielka nagroda dla wszystkich: mówcy, autora i publiczności. To przypomnienie, że naszym zadaniem nie jest tylko podawanie statystyk, ale tworzenie ludzkiej więzi, która zostanie zapamiętana. To czyste, piękne doświadczenie.
Z czego w pracy z Obamą jest pan najbardziej dumny? Jakieś szczególnie dobrze napisane zdanie?
– Obama nie znosił tanich, oklepanych haseł pod publiczkę; uważał, że to domena typowych polityków, a on kimś takim nie chciał być. Zawsze kładł nacisk na linię narracyjną przemówienia, na jego głębsze przesłanie. Jednym z moich najważniejszych momentów była praca nad jego przemówieniem w Warszawie w 2014 r. na 25. rocznicę wolnych wyborów. Bycie tam w tłumie i słuchanie Obamy opowiadającego o tym, jak dorastanie w Chicago wśród polskiej społeczności ukształtowało jego i całą Amerykę, to były te momenty prawdziwej więzi. Po tym wystąpieniu Polacy poczuli, że Stany Zjednoczone realnie przy nich stoją.

Ile pracy wymagało zrozumienie tego, co Polacy chcą usłyszeć?
– To były tygodnie solidnego researchu. Rozmawialiśmy z ludźmi z naszej ambasady, w tym z samymi Polakami tam pracującymi, bo kto zna ten kraj lepiej niż oni? Szukaliśmy kulturowych kodów, analizowaliśmy wspólną historię. Oczywiście, mieliśmy raporty wywiadu i Departamentu Stanu, ale kluczowe było usłyszenie bezpośrednio od Polaków, co jest dla nich ważne.
W tej branży nie chcesz być jak zespół rockowy, który krzyczy „Witaj Dallas!”, będąc w St. Louis.
Jak realnie wyglądała rola Obamy w pisaniu jego przemówień? Ograniczał się tylko do ich wygłoszenia i zdawał się na was?
– Mieliśmy sześcioosobowy zespół, który przez osiem lat napisał tysiące tekstów – żaden lider nie zrobiłby tego sam. Ale przy tych kluczowych przemówieniach Obama spotykał się z nami kilka tygodni wcześniej. Wykładał nam swoją wizję i mówił, co chce osiągnąć. Jeśli polityk tylko czyta to, co mu podsuną, staje się marionetką. Obama uczył nas, że mówca musi być głęboko zaangażowany. Słowa muszą wypływać z twojego serca, odzwierciedlać jego wartości. Pisanie dla niego było onieśmielające, bo gdyby tylko miał czas, napisałby to lepiej niż my.
Czy pisanie dla prezydenta technicznie różni się na przykład od napisania dobrej mowy weselnej?
– Stawka jest inna – błąd w przemówieniu na temat polityki nuklearnej może wywołać światowy kryzys. Ale fundamenty są identyczne. Dlatego napisałem tę książkę: by pokazać, że zasady, którymi kierował się Obama – autentyczność, budowanie więzi, bycie dobrym gawędziarzem – każdy z nas może zastosować w swoim życiu.
W Polsce właśnie zaczyna się sezon weselny. Co by pan radził tym, którzy będą musieli w czasie wesela wznieść dobry toast?
– Po pierwsze: miej litość dla gości i mów krótko. Naprawdę wystarczy pięć minut. Po drugie, ważny jest humor, ale taki, który buduje młodą parę, a nie ją ośmiesza. To nie jest szydera – nie jesteś tam, by ich upokorzyć, ale by przypomnieć wszystkim, za co ich kochamy. Po trzecie: podziel się osobistą refleksją. Wybierz trzy lub cztery cechy, które w nich podziwiasz i poprzyj każdą z nich krótką historią. Jeśli uważasz, że są bezinteresowni, opowiedz, kiedy ci pomogli. Te małe opowieści sprawią, że charakter tych osób naprawdę ożyje na sali.
Rozmawiał Tomasz Walczak