Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu „Interia bliżej świata” publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Brytyjski „The Economist”, z którego pochodzi poniższy artykuł, ukazuje się nieprzerwanie od 1843 r. i należy do najpopularniejszych na świecie magazynów poświęconych tematyce politycznej i biznesowej. Ma opinię jednego z bardziej wpływowych tytułów prasowych na świecie. Tygodnik od samego początku niezmiennie trzyma się liberalnego kursu.
W najbliższych latach przedstawiciele amerykańskiego „milczącego pokolenia” oraz pokolenia wyżu demograficznego (baby boomers) – osoby urodzone od lat 20. do lat 60. XX wieku – przekażą swoim dzieciom majątek wart 110 bilionów dolarów.
Niektórzy twierdzą, że rosnąca skala dziedziczenia w bogatych krajach, będąca częścią szerszej zmiany pokoleniowej określanej mianem „Wielkiego Transferu Bogactwa”, zagraża merytokracji i kapitalizmowi. Jest jednak powód, by spojrzeć na ten proces z większym optymizmem.
Zaledwie jedna czwarta milionerów w USA odziedziczyła swoje firmy
Wielki Transfer Bogactwa. Kto naprawdę dziedziczy amerykańskie fortuny?
Przez dekadę tworzyliśmy pierwszy tak kompleksowy obraz najbogatszych Amerykanów, oparty na danych amerykańskiej administracji podatkowej. Wśród najzamożniejszego 1 proc. dominują właściciele prywatnych firm. Jest ich około trzech milionów, a średni majątek każdego z nich wynosi około 25 mln dolarów. Mieszkają w całych Stanach Zjednoczonych, prowadzą firmy, które sami założyli, kupili lub odziedziczyli, i działają w najróżniejszych, przeważnie mało efektownych branżach.
Łączny majątek tych „milionerów z każdego zakątka Ameryki” jest ponad 10-krotnie większy od majątku 400 najbogatszych Amerykanów z listy „Forbesa”. Zaledwie jedna czwarta odziedziczyła swoje firmy. Jeśli więc nadciąga epoka gospodarki zdominowanej przez dziedziczone fortuny, najwyraźniej jeszcze się nie zaczęła.
W dyskusji o Wielkim Transferze Bogactwa najwięcej uwagi poświęca się zwykle dziedziczeniu aktywów finansowych i nieruchomości. Tymczasem sedno tej historii leży gdzie indziej, a mianowicie w tym, co dzieje się z rodzinnymi firmami, gdy odchodzą ich zamożni właściciele.
Rodzinne fortuny nie są wieczne. Dane pokazują skalę zmian
„Ojciec kupuje, syn buduje, wnuk sprzedaje, a prawnuk żebrze” – to stare szkockie przysłowie trafnie opisuje prawidłowość widoczną w danych.
Zaledwie 12 proc. dzieci urodzonych w rodzinach należących do 1 proc. najbogatszych pozostaje w tej grupie. Aż 40 proc. wypada nie tylko z najzamożniejszego 1 proc., ale nawet z grona 20 proc. najbogatszych.
Talent i determinacja mogą być do pewnego stopnia dziedziczne, ale w obu przypadkach działa również regresja do średniej. To może częściowo tłumaczyć, dlaczego odziedziczony majątek z pokolenia na pokolenie topnieje – zwłaszcza gdy jego najważniejszym składnikiem jest działające przedsiębiorstwo.
Dzieci właścicieli firm rzadziej niż ich rodzice, którzy sami zbudowali biznes, reinwestują zyski w przedsiębiorstwo. Ponieważ dorastały w zamożności, częściej prowadzą też wystawny tryb życia. Z naszych badań wynika, że spadkobiercy rodzinnych firm są nadreprezentowani wśród posiadaczy prywatnych odrzutowców i superjachtów. Dobrym przykładem są przedstawiciele trzeciego pokolenia rodziny, do której należy firma wydobywająca piasek i żwir w Michigan. Mieli już wiele jachtów, w tym „Sassy” (ang. „zadziorny”, „pyskaty” – przyp. red.), na którym gościła Katy Perry.
Badania dotyczące zamożnych spadkobierców wskazują, że większość z nich trwoni odziedziczony majątek w ciągu 10 lat. Firmy zarządzane przez członków rodziny właścicieli na ogół radzą sobie też gorzej niż te kierowane przez osoby spoza niej. Jak ujął to Warren Buffett: „Gdybyśmy wybierali reprezentację olimpijską na 2020 rok spośród najstarszych synów złotych medalistów z igrzysk w 2000 roku, z punktu widzenia sportowej rywalizacji byłoby to czyste szaleństwo”. Dlaczego w biznesie miałoby być inaczej?
Dziedzic przejmuje firmę, konkurencja dostaje swoją szansę
Kiedy po zmianie pokoleniowej rodzinna firma traci impet, pojawia się szansa dla tych, którzy mogą z nią konkurować albo ją przejąć. Dobrym przykładem jest historia Larry’ego Millera. Rzucił studia w Utah i podjął pracę w sklepie z częściami samochodowymi w Salt Lake City. Gdy mimo ogromnego zaangażowania nie doczekał się uznania ze strony przełożonych, odszedł. Z czasem trafił najpierw do warsztatu samochodowego, a później do kilku salonów dealerskich.
W salonie Toyoty należącym do Chucka Stevinsona Miller w ciągu kilku lat wyprowadził dział części samochodowych z 961. miejsca w kraju pod względem sprzedaży na sam szczyt zestawienia. Pracował u Stevinsona przez osiem lat, awansując na stanowisko dyrektora operacyjnego odpowiedzialnego za pięć salonów. Wtedy jednak jego błyskotliwa kariera zderzyła się z logiką rodzinnego dziedziczenia biznesu.
Stevinson oznajmił Millerowi, że zostanie zdegradowany i będzie zarządzał już tylko jednym salonem. Kierownicze stanowiska w firmie miało bowiem objąć ośmiu synów właściciela. Miller odszedł więc z pracy i wkrótce kupił inny salon w okolicy. Z czasem zbudował imperium obejmujące ponad 60 salonów samochodowych, 11 centrów napraw powypadkowych, liczne sieci kin, a także drużynę NBA Utah Jazz.
Gdy w Stanach Zjednoczonych rodzinna firma nie nadąża za zmianami zachodzącymi w swojej branży, pojawiają się tacy ludzie jak Miller – nowi gracze, którzy potrafią ją prześcignąć. Rodziny kontrolują w USA zaledwie około 20 proc. dużych przedsiębiorstw. W innych krajach odsetek ten sięga średnio około 40 proc. Tam, gdzie firmy rodzinne odgrywają większą rolę, dochód na mieszkańca jest zwykle niższy, a same przedsiębiorstwa – mniejsze.
Co dzieje się z rodzinną firmą, gdy nie ma komu jej przejąć?
Innym rozwiązaniem w obliczu zmiany pokoleniowej jest sprzedaż rodzinnej firmy. „Milionerzy z każdego zakątka Ameryki” często dochodzą do wniosku, że przekazanie biznesu spadkobiercom oznaczałoby więcej kłopotów niż korzyści.
Od lat średniej wielkości firmy rodzinne są atrakcyjnym celem dla funduszy private equity. Dostrzegli to również ambitni absolwenci studiów MBA, którzy zamiast latami wspinać się po szczeblach kariery w takich funduszach, wolą działać na własny rachunek. Pozyskują kapitał w ramach tzw. search funds, by samodzielnie kupować firmy i nimi zarządzać.
W niektórych przypadkach przejęcie przez fundusz private equity lub search fund przyspiesza rozwój firmy i prowadzi do profesjonalizacji zarządzania. W innych przedsiębiorstwo, obciążone długiem zaciągniętym na sfinansowanie transakcji, zostaje podzielone i sprzedane w częściach. Oba scenariusze otwierają jednak nowe możliwości przed tymi, którzy nie odziedziczyli biznesu, lecz są gotowi go przejąć, rozwijać i nadać mu nowy kierunek.
Dziedziczenie miliardów to jedno. Problem zaczyna się przy podatkach
Te mechanizmy sprawiają, że z większym optymizmem patrzymy na Wielki Transfer Bogactwa w Stanach Zjednoczonych i jego wpływ na dynamikę amerykańskiej gospodarki. Jest jednak jeden obszar, który naszym zdaniem wymaga zmian.
W bogatych krajach systemy opodatkowania spadków zostały w ostatnich latach wyraźnie osłabione. W efekcie właściciele mogą przekazywać kolejnemu pokoleniu ogromne przedsiębiorstwa, płacąc przy tym niewielki podatek albo nie płacąc go wcale.
W Stanach Zjednoczonych stało się tak nie tylko za sprawą rosnących wpływów coraz zamożniejszych darczyńców politycznych. Z luk w przepisach korzysta również wielu kongresmenów, którzy sami są właścicielami firm. Dlatego – zarówno z punktu widzenia finansów publicznych, jak i społecznego poczucia sprawiedliwości – kluczowa jest reforma tych systemów podatkowych.
Tekst przetłumaczony z „The Economist” © The Economist Newspaper Limited, London, 2026
Tłumaczenie: Monika Bortnowska
Tytuł, śródtytuły, lead oraz skróty pochodzą od redakcji.
-
„The Economist”: Dziwaczny testament Giorgio Armaniego spowodował rozłam w świecie mody
-
Bloomberg: Nadeszła era papierowych milionerów