Miało być niebieskie tsunami i było. W dodatku dużo potężniejsze, niż nawet najwięksi optymiści w obozie Partii Demokratycznej marzyli. Demokraci nie tylko odbili z rąk republikanów zarówno Izbę Reprezentantów, jak i Senat, ale zrobili to w spektakularnym stylu, zdobywając kilka historycznych bastionów konserwatystów – jak Kansas czy Teksas.
Skala klęski republikanów poraża. Obecnie Senat przegrywają stosunkiem 44 do 54 mandatów, przy czym w dwóch stanach – Alaska i Mississippi – liczenie głosów wciąż trwa. A sytuacja jest na ostrzu noża.
Jest więcej niż prawdopodobne, że republikanie stracą przynajmniej jeden ze wspomnianych dwóch politycznych bastionów. Nawet mimo tego wiadomo już jednak, że „niebiescy” będą mieć w izbie wyższej Kongresu przewagę większą, niż zakładali nawet w skrajnie optymistycznych scenariuszach.
W Izbie Reprezentantów sytuacja jest równie dobra. Co prawda do policzenia pozostały jeszcze 43 obwody, ale i w tym przypadku wiadomo już, że górą są demokraci. Na ten moment 245 do 147 mandatów, ale ta przewaga zapewne jeszcze się zwiększy.
Donald Trump sprawia wrażenie zagubionego w nowej politycznej rzeczywistości. Niebieskie tsunami także jego zmyło z powierzchni ziemi i na razie wciąż nie jest w stanie znaleźć drogi na powierzchnię. Widać to zresztą po tym, jak miota się w swoich wypowiedziach dotyczących „midtermsów”.
Z jednej strony twierdzi, że „nie było go na kartach wyborczych, a gdyby był, odnieślibyśmy miażdżące zwycięstwo”. Z drugiej, grozi przejętemu przez demokratów Kongresowi, zapowiadając: „Mam ostateczną broń. Nazywa się weto”.
Z trzeciej, w rozmowie na żywo z „Politico”, stwierdza, że „będziemy współpracować z demokratami, żeby sprawy w naszym kraju szły w dobrym kierunku. Już do mnie dzwonili i mówią, że chcą ze mną współpracować”. W tej samej rozmowie dodaje, że „nie chcę siedzieć w Białym Domu przez dwa lata i wszystkiego wetować”.
Trzy różne wypowiedzi, trzy różne podejścia. Wszystko dzieje się na przestrzeni raptem kilku godzin.
„Kulawa kaczka” traci wpływy w partii
Bezsprzecznym faktem jest jednak to, że klęska republikanów w Kongresie odciśnie silne piętno na drugiej połowie kadencji Donalda Trumpa. W zasadzie na każdym aspekcie jego prezydentury.
Zacznijmy od tego, co już rzuca się w oczy, czyli polityki partyjnej.
Partia Republikańska właśnie rozpoczęła szukanie winnych porażki (ang. blame game). I już tutaj widać poważne pęknięcie na dwa zwalczające się obozy.
Z jednej strony mamy Trumpa i jego lojalistów, którzy winą za klęskę obarczają kierownictwo partii w Kongresie oraz „republikanów tylko z nazwy” (ang. RINO – Republicans In Name Only).
Ich zdaniem, tradycyjny establishment republikanów sabotował strategię prezydenta i powiązanych z nim kandydatów (m.in. nie przekazując odpowiednich środków dla kandydatów w kluczowych stanach).
Dostaje się też zresztą samym kandydatom, których Trump określił mianem słabych i „zbyt mało charyzmatycznych”. Zarzucił im również nieumiejętność obrony dokonań jego prezydentury.
Błędem Europejczyków byłoby zakładanie, że nadchodzi ocieplenie relacji transatlantyckich. Zakładam, że będzie dokładnie odwrotnie
Po drugiej stronie barykady jest duża część partyjnego establishmentu i umiarkowane skrzydło partii. To m.in. gubernatorzy odnoszący sukcesy w swoich stanach, pokaźna część senatorów i kluczowi sztabowcy.
W rozmowach na offie z „Politico” nie przebierają w słowach, mówiąc o „krwawej łaźni”, „czystej niekompetencji kandydatów” oraz „winie Trumpa”. Prezydentowi obrywa się też mocno za chybione decyzje geopolityczne, na czele z wojną przeciwko Iranowi.
Atmosfera gęstnieje zresztą nie tylko w samej partii, ale także w Białym Domu. Gdy niebieskie tsunami demokratów stało się faktem, J.D. Vance zamieścił na serwisie X obszerny wpis, w którym jako główny powód porażki wskazał, podobnie jak partyjny establishment, wojnę z Iranem.
Oprócz tego wymienił trzy inne zmiany, które w jego ocenie muszą nastąpić, żeby republikanie znów byli w stanie wygrywać.
Pierwsza to skupienie się na kosztach życia, cenach energii i inflacji. Druga – powrót do pierwotnej koncepcji „America first”, a więc unikaniu zagranicznych konfliktów i ochronie amerykańskich granic.
Trzecia sprawa to gruntowna rewizja relacji z Izraelem, który rękami premiera Binjamina Netanjahu wikła Amerykę w swoje konflikty.
Wpis Vance’a wywołał w Waszyngtonie potężną polityczną burzę. W końcu „wice Trump” i pierwszy kandydat do sukcesji w kontekście wyborów prezydenckich w 2028 roku de facto skrytykował swojego politycznego patrona i bożyszcza ruchu MAGA. Ruch Vance’a odczytano jednoznacznie: to początek gry na siebie kluczowych figur z otoczenia prezydenta.
Chociaż pytany o słowa Vance’a Trump co do zasady się z nim zgodził, to z pewnością ma świadomość, że nawet w najbliższym kręgu współpracowników jego pozycja ucierpiała. Dlatego na Kapitolu coraz głośniej spekuluje się o możliwych poważnych przetasowaniach personalnych w amerykańskiej administracji.
Fakty są jednak bezsprzeczne: Trump stracił polityczną nietykalność i monopol na rację w obozie republikanów. Jako „kulawa kaczka” – tak w politycznym żargonie po drugiej stronie Atlantyku określa się polityka sprawującego władzę, ale nieubiegającego się o reelekcję – nie będzie mieć silnej pozycji politycznej w drugiej części kadencji.
Tym bardziej, że jego poparcie aktualnie bardziej szkodzi niż pomaga, wizja i styl prowadzenia polityki irytuje nawet wyborców republikańskich, a uczynienie z „midtermsów” plebiscytu wobec prezydentury okazało się pomysłem iście samobójczym.
Demokraci planują usadzić Trumpa. Co z impeachmentem?
Lekko Donald Trump nie będzie mieć też na arenie krajowej. Strata Kongresu na rzecz demokratów pociągnie za sobą daleko idące konsekwencje.
Demokraci już zapowiedzieli, że zamierzają działać dwutorowo. Z jednej strony chcą zaprząc do pracy potężną machinę kontrolno-śledczą, która przyjrzy się wszelkim nieprawidłowościom z pierwszych dwóch lat kadencji.
Z drugiej strony, planują mocno ograniczyć samowolkę Trumpa w zakresie gospodarki i polityki zagranicznej.
– Weźcie prawników – tak w rozmowie z dziennikarzami do świty Trumpa zwrócił się kongresmen Robert Garcia, który jest faworytem do objęcia funkcji przewodniczącego wpływowej Komisji Nadzoru Izby Reprezentantów. W późniejszym wywiadzie dla „The New York Timesa” dodał: – Rodzina przestępcza Trumpa znajduje się na samym szczycie naszych priorytetów śledczych.

Z najnowszych informacji płynących z Waszyngtonu wynika, że demokraci chcą wziąć po lupę m.in. interesy finansowe rodziny Trumpa, śledztwo w sprawie Jeffreya Epsteina, a także powiązania administracji Trumpa z prywatnymi firmami, które miały wywierać wpływ na kurs polityki Białego Domu.
Twardy elektorat demokratów domaga się od swoich przedstawicieli niezwłocznego rozpoczęcia procedury impeachmentu Trumpa.
Czołowi politycy Partii Demokratycznej – m.in. przyszły spiker Izby Reprezentantów Hakeem Jeffries czy lider demokratów w Senacie Chuck Schumer – pomni doświadczeń z przeszłości i ograniczeń prawnych podchodzą z rezerwą do tych oczekiwań.
Wśród demokratów panuje zgoda, że najpierw należy dać działać komisjom, zebrać mocny materiał dowodowy, przedstawić go Amerykanom, a dopiero później możliwe będzie ocenienie, na ile realne jest przeprowadzenie impeachmentu. Na razie demokraci skupiają się na tym, żeby utrzymać mobilizację elektoratu, a jego wściekłość na administrację Trumpa przekuć na zwiększenie szans w wyścigu prezydenckim w 2028 roku.
Czekać demokraci nie zamierzają z okiełznaniem Trumpa na arenie międzynarodowej oraz zakończeniem jego wojen celnych ze światem. Priorytetem jest jak najszybsze zakończenie konfliktu na Bliskim Wschodzie.
Wspomniany już Chuck Schumer wezwał Biały Dom do „natychmiastowego zakończenia wojny w Iranie”. Jeśli tak się nie stanie, demokraci przejdą do rozwiązań siłowych. Na czele z zablokowaniem przez Senat funduszy na operacje wojskowe nieposiadające autoryzacji parlamentu.
Nie było mnie na kartach wyborczych, a gdyby był, odnieślibyśmy miażdżące zwycięstwo
Jeszcze szybciej, bo już w ciągu pierwszych 100 godzin od przejęcia kontroli nad Izbą Reprezentantów, demokraci zamierzają poddać pod głosowanie ustawy, które odbierałyby prezydentowi prawo do samodzielnego nakładania ceł.
Kompetencje w tym zakresie miałyby zostać przywrócone Kongresowi.
– Ameryka nie jest na sprzedaż! – odgrażał się Hakeem Jeffries, podkreślając jednocześnie wagę „przywrócenia odpowiedzialności przed Kongresem”.
Kongres kontra Trump. Bitwa o handel i dyplomację
Właśnie w obszarze handlu i polityki zagranicznej opór Donalda Trumpa może być największy, a konsekwencje najbardziej nieprzewidywalne.
Wszystko dlatego, że w pierwszej połowie kadencji prezydent wykorzystał wiele nieścisłości prawnych i precedensów z przeszłości, żeby rozszerzyć swoje kompetencje w dziedzinach handlu, dyplomacji i obronności. Demokratyczna większość w Kongresie chce teraz powrócić do modelu dużo bliższego zapisom amerykańskiej konstytucji, dzięki czemu kontrola parlamentu nad działaniami głowy państwa byłaby dużo ściślejsza.
Osłabiony w partii i osaczony na krajowym podwórku Trump nie odda jednak bez walki ostatniego pola, nad którym dotąd sprawował niepodzielną władzę.
Ceniony think tank Brookings Institution, zajmujący się m.in. tematyką międzynarodową, gospodarką i obronnością, w swojej powyborczej analizie przewiduje „nieustępliwą aktywność” Trumpa w kwestiach handlowych.
Amerykański prezydent, w ocenie analityków, będzie testować „skrajne granice swojej władzy w poszukiwaniu punktów nacisku umożliwiających nagięcie innych krajów do swojej woli”.
„Prawdopodobnie nie cofnie się przed krytyką ze strony Kongresu ani przed bitwami prawnymi wokół swojej aktywnej polityki handlowej, traktując je jako cenę za rozszerzenie władzy prezydenckiej” – czytamy w analizie Brookings Institution.
Walka z Kongresem o kompetencje w zakresie handlu ma być też wygodnym sposobem na odwrócenie uwagi publicznej od prowadzonych przez Kongres dochodzeń dotyczących Trumpa, jego rodziny i administracji.
Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, wielką niewiadomą pozostaje kurs, który Trump obierze wobec Iranu.
Aktualnie równie duże jest prawdopodobieństwo wznowienia intensywnych działań zbrojnych, jak i intensyfikacji działań dyplomatycznych obliczonych na zakończenie wojny. Administracja Trumpa będzie też kontynuować wycofywanie amerykańskich wojsk z Europy, a być może – jeśli uda się podpisać porozumienie pokojowe z Iranem – także z Bliskiego Wschodu.
Aktywniejszą politykę Trump powinien prowadzić w Ameryce Łacińskiej, którą obecna administracja uznaje za amerykańską strefę wpływów.
Kwestie walki z przemytem narkotyków czy nielegalną migracją będą stanowić fundamenty ewentualnych działań. Brookings Institution przewiduje natomiast, że przez pozostałe dwa lata kadencji Trump będzie „unikać bezpośrednich konfrontacji z Chinami czy Rosją”.
Zwłaszcza wątek rosyjski jest niepokojący dla Polski i Europy w kontekście wojny w Ukrainie. Daleko idącą odwilż amerykańsko-rosyjską obserwowaliśmy już w ostatnich tygodniach, gdy Trump zaczął luzować sankcje wobec Kremla i podpisał umowę na zakup rosyjskiego diesla.
„Politico” zauważa z kolei, że tyle szczęścia w relacjach z Trumpem co Chiny i Rosja nie będą mieć państwa Unii Europejskiej i NATO.
– Błędem Europejczyków byłoby zakładanie, że nadchodzi ocieplenie relacji transatlantyckich – mówi wprost w rozmowie z portalem Wolfgang Ischinger, niemiecki dyplomata i przewodniczący Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. – Zakładam, że będzie dokładnie odwrotnie – dodaje.
Postawa Trumpa na arenie międzynarodowej i w relacjach z sojusznikami będzie też arcyciekawym testem dla drugiej, obok J. D. Vance’a, fundamentalnej figury tej administracji – sekretarza stanu Marco Rubio.
Podobnie jak Vance, Rubio znajduje się wysoko na liście potencjalnych sukcesorów Trumpa. I podobnie jak Vance, w pewnym momencie może uznać, że warto odciąć się od tonącego patrona.
Łukasz Rogojsz