Justyna Kaczmarczyk, Interia: Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski skierował do Rady Najwyższej projekt ustawy o utworzeniu Panteonu Narodowego i oświadczył, że „nikt i nigdy nie będzie nam [Ukraińcom] mówił, jakich bohaterów szanować”. Jak pan ocenia ten ruch?
Łukasz Adamski, historyk, ekspert ds. Europy Wschodniej, dyrektor Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego: – Jako eskalacyjny wobec Polski.
W ostatnim czasie relacje między naszymi krajami pozostają napięte. Dlaczego Zełenski jeszcze bardziej eskaluje?
– Mam dwie hipotezy, jeśli chodzi o motywacje. Pierwsza, podstawowa zakłada, że mamy do czynienia ze świadomym ignorowaniem polskiej wrażliwości, co jest pokłosiem ukraińskiej polityki pamięci prowadzonej co najmniej od 2014 roku. Druga hipoteza jest bardziej radykalna, choć mniej prawdopodobna.
– Że to cyniczny i wyrachowany ruch, który celowo ma doprowadzić do zaognienia relacji z Polską.
Dlaczego prezydent Zełenski miałby chcieć jeszcze bardziej zaogniać relacje z Polską?
– Na przykład po to, żeby uzyskać określone dywidendy polityczne wewnątrz Ukrainy i wzmocnić poparcie dla siebie, szczególnie że jest oskarżany o tolerowanie korupcji, a w obliczu prawdopodobnego zakończenia wojny i podpisania rozejmu z Rosją będzie musiał podjąć bardzo niepopularne decyzje. Prezydent Zełenski w tym momencie najprawdopodobniej postrzega Polskę jako „drugie Węgry Orbana”.
Prezydent Zełenski w tym momencie najprawdopodobniej postrzega Polskę jako „drugie Węgry Orbana”.
– Że Polska w tej optyce odbierana jest jako kraj, który z powodu swojej sytuacji wewnętrznej nie może być przyjazny, natomiast może być skutecznie ignorowany wobec poparcia dla Ukrainy kluczowych mocarstw Europy Zachodniej, takich jak Francja czy Niemcy. Co więcej, eskalacja nastrojów nacjonalistycznych w Polsce, która będzie naturalną odpowiedzią na takie gesty ze strony Ukrainy, mogłaby skłonić część ukraińskich uchodźców do powrotu do ojczyzny, co z perspektywy Kijowa jest pożądane.
To byłby wyrachowany i ryzykowny ruch.
– Jeszcze kilka tygodni temu nie byłem skłonny uznać takich wyjaśnień działań Zelenskiego za prawdopodobne – dzisiaj, obserwując rozwój wydarzeń – już nie jestem taki kategoryczny.
– Na pewno jednak obiektywnie działania Zelenskiego wobec Polski są krótkowzroczne, bo oparte na karkołomnych kalkulacjach co do Polski, a przez to niebezpieczne dla samej Ukrainy. Jeśli chodzi o relacje polsko-ukraińskie, to ruchy prezydenta Zełenskiego drastycznie zawężają pole manewru dla wszystkich polskich elit politycznych, nie tylko tych prawicowych, gdzie elektorat jest szczególnie wrażliwy na sprawy historyczne, ale i dla liberalno-lewicowych. To może skończyć się ponadpartyjnym konsensusem w Polsce co do potrzeby uzależnienia członkostwa Ukrainy w UE od korekty ukraińskiej polityki pamięci.
To może skończyć się ponadpartyjnym konsensusem w Polsce co do potrzeby uzależnienia członkostwa Ukrainy w UE od korekty ukraińskiej polityki pamięci.
W ukraińskim Panteonie Narodowym mógłby symbolicznie spocząć Roman Szuchewycz, dowódca UPA. Co by to znaczyło dla Polaków?
– Odpowiedzialność Szuchewycza za rzeź wołyńską jest absolutnie jasna i niekwestionowana. Zachowały się konkretne rozkazy, które dzięki pracy ukraińskich dziennikarzy są łatwo dostępne także w tamtejszej przestrzeni publicznej.
– W Polsce naprawdę rozumiemy potrzebę posiadania bohaterów przez każdy naród. O ile dla polskiej opinii publicznej uhonorowanie postaci takich jak Iwan Mazepa, Symon Petlura, czy nawet antypolskich polityków w rodzaju Mychajła Hruszewskiego czy Jewhena Petruszewicza jest pozytywne czy neutralne – bo w istocie rzeczy nie chcemy Ukrainie narzucać wizji historii – o tyle upamiętnianie postaci odpowiedzialnych za masowe zbrodnie przeciwko ludności cywilnej oraz współpracujących ochoczo z III Rzeszą to przekroczenie czerwonej linii.
I wtedy prezydent Zełenski powtórzy: „nikt i nigdy nie będzie nam mówił, jakich bohaterów szanować”.
– Jeśli w panteonie znajdzie się choćby symboliczny pochówek Szuchewycza, oznaczać to będzie zwycięstwo skrajnej perspektywy: przekonania, że nikt z zewnątrz nie ma prawa kwestionować ukraińskiego doboru bohaterów narodowych. Wtedy w Polsce nastroje się ostatecznie zradykalizują. Wydaje się, że prezydent Zełenski, szukając poparcia w kołach wojskowych i nacjonalistycznych przed przyszłymi wyborami, uznał, że głosy Polski można w tej kwestii zignorować. Powtórzę jednak – to krótkowzroczne. I nie chodzi tylko o głosy z Polski.
– Taki krok byłby naruszeniem ogólnoeuropejskiego konsensusu, który odrzuca gloryfikację formacji odpowiedzialnych za masowe zbrodnie przeciwko ludności cywilnej i za współpracę z Hitlerem – a o tym mówimy w przypadku UPA. Dam przykład Chorwacji. Ta, żeby móc aspirować do struktur europejskich, musiała zrewidować kult Ustaszów, odpowiedzialnych za ludobójstwo na Serbach w czasie II wojny światowej. Zresztą Parlament Europejski już w 2010 r. potępił gloryfikację Bandery.
Prezydent Zełenski powtarza często, że Ukraina dzisiaj walczy w rosyjskim agresorem i broni całej Europy.
– Nawet ten ogromny kapitał moralny, który Ukraina zbudowała, stawiając czoła Rosji, nie wystarczy, żeby zrównoważyć oburzenie związane z gloryfikowaniem w panteonie narodowym niemieckiego kolaboranta, jakim był Roman Szuchewych – kapitan ukraińskich jednostek kolaborujących z III Rzeszą, a następnie jeden z głównych sprawców Rzezi Wołyńsko-Galicyjskiej.
Zna pan Ukraińców, często bywa w Ukrainie. Jaki jest tam odbiór historii zbrodni wołyńskiej?
– Nawet teraz, gdy rozmawiamy, przebywam na Wołyniu. Pamięć o zbrodniach jest tutaj żywa, ale wielu ludzi boi się otwarcie o tej historii mówić. Wiedzą, jaka jest oficjalna polityka władz kraju, obawiają się, że jeśli opowiedzą publicznie historie o tym, jak banderowcy grozili śmiercią wszystkim, którzy nie chcieli się podporządkować ich zbrodniczym rozkazom, zostaną okrzyknięci polonofilami i antyukraińcami. To też delikatne sprawy, bo obok siebie żyją potomkowie i ofiar, i oprawców.
Rozmawiała Justyna Kaczmarczyk