Agnieszka odeszła rok temu. Przez sześć lat pracowała w dużym liceum w jednym z największych polskich miast. Odejścia nie żałuje wcale.
W szkole nieraz czuła się jak między młotem a kowadłem. Wspomina historię jednej z nastolatek. Opowiadała o opresyjnej kontroli ze strony rodziców, którzy odbierali jej telefon, regularnie przetrząsali rzeczy.
– Brzmiało to bardzo niepokojąco. Nastolatka była roztrzęsiona, mówiła o przemocy psychicznej i tym, że dłużej tego nie zniesie. Jednocześnie w szkole wiedzieliśmy, że dziewczyna jest w kryzysie psychicznym, okaleczała się, szukała pomocy na Niebieskiej Linii. Trudno było stwierdzić, czy w domu rzeczywiście dzieje się coś niepokojącego, czy może nadmierna kontrola wynika z obaw rodziców ze względu na wcześniejsze sytuacje – mówi Interii.
– Zawsze musisz też brać pod uwagę, że dziecko czy nastolatek może kłamać – dodaje.
Kluczowy w takiej sytuacji jest kontakt z rodzicami. Agnieszka wielokrotnie zapraszała ich na spotkanie. Nie zjawiali się, a skargi nastolatki narastały.
– Skierowaliśmy więc wniosek o wgląd w sytuację rodzinną do sądu rodzinnego. Ruszyła procedura – opowiada.
Doszło do spotkania zespołu w MOPS-ie, zaproszono rodziców i reprezentanta szkoły. Wysłano Agnieszkę.
– Rodzice naskoczyli na mnie, że szkoła nadmiernie zareagowała i wyolbrzymiła całą sprawę. Tłumaczyli, że muszą kontrolować córkę. Wyjaśniałam, że kiedy dziecko zgłasza niepokojące sytuacje i podtrzymuje tę wersję przy kolejnych spotkaniach, musimy zareagować. Całej sprawy by nie było, gdyby rodzice odpowiedzieli na prośby o spotkanie i zjawili się w szkole – wskazuje.
– Kiedy podejmujesz interwencję, miewasz nieprzyjemności. Jeśli nie zgłosisz sprawy, a coś złego się wydarzy, też oberwiesz – słyszę.
Psycholodzy o podejściu rodziców
Rodzice często okazywali dużą nieufność i myślę, że nieraz nie traktowali mnie serio. Teraz pracuję w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Tu rzeczywiście jesteś traktowany jak specjalista, rodzice stawiają się na umówione wizyty, w szkole bywa różnie – słyszę.
– Raz w tygodniu między 16 a 19 miałam dyżury dla rodziców. Mniej więcej połowa nie przychodziła na umówione spotkanie. Potem przy okazji wywiadówki przed gabinetem ustawiała się kolejka. Nierealne było przyjąć wszystkich i omówić problemy – mówi.
A tych ostatnich nie brakuje.
Kłopoty z odnalezieniem się w grupie, rozwody rodziców, orzeczenia o specjalnych potrzebach, do tego myśli samobójcze, okaleczanie się, przemoc – wyliczają psychologowie, z którymi rozmawiamy.
Jednocześnie liczba specjalistów w szkołach wzrosła znacząco. Z oficjalnych danych MEN wynika, że liczba etatów na przestrzeni ostatnich pięciu lat zwiększyła się o ponad 220 proc. We wrześniu 2021 w Polsce było ponad 4,7 tys. psychologów szkolnych, w czerwcu 2026 roku liczba wzrosła do 15,5 tys.
W ocenie tych danych moje rozmówczynie są zgodne – polscy uczniowie korzystają na obecności psychologów w szkołach.
Dzieci z orzeczeniami przybywa. „22 godziny to za mało”
Monika to weteranka w tym zawodzie. Pracuje w szkole jako psycholog już 21 lat.
Początki były trudne. Przez pierwsze półtora roku w ogóle nie miała gabinetu. Z dziećmi rozmawiała tam, gdzie akurat znalazło się miejsce: w pustej klasie, kącie na korytarzu, czy pokoju nauczycielskim w obecności innych nauczycieli, a nawet w piwnicy.
Dzieci często nie mogły liczyć „na bezpieczną przestrzeń”, kluczową w kontakcie.
– Wtedy to była pomoc na papierze – mówi.
Na szczęście gabinet się znalazł i choć to niewielka wiejska szkoła – około 150 dzieci – nie świeci pustkami.
Pełny etat psychologa szkolnego to 22 godziny tygodniowo kontaktu z dziećmi. Zdaniem Moniki to za mało, by gwarantować dzieciom realne wsparcie.
– W mojej szkole przybywa dzieci z orzeczeniami. Głównie są to uczniowie w spektrum autyzmu, z ADHD, czy afazją. Każde dziecko z orzeczeniem musi być objęte opieką psychologa. To odgórny wymóg. Pracy jest coraz więcej, a godzin nie przybywa – mówi.
Brakuje czasu dla dzieci, które po prostu chciałyby porozmawiać z psychologiem o doraźnych problemach.
Tym bardziej, że – jak słyszymy – psycholog szkolny bywa traktowany jak tzw. zapchajdziura.
– Wiele razy musiałam odwoływać spotkania z dziećmi, żeby iść na zastępstwo, bo nauczyciel był nieobecny – przyznaje Agnieszka.
Podobnie jest w przypadku Moniki. – Często jestem wykorzystywana jako pomoc, muszę iść na zastępstwo do klasy, a nawet do przedszkola, które znajduje się przy szkole. To nie powinno mieć miejsca – mówi Monika.
„Nieraz słyszę, by nie informować mamy czy taty”
Rolą psychologa szkolnego jest rozpoznawać potrzeby, udzielać wsparcia, reagować na pojawiające się trudności. Jeśli uważa, że dziecko potrzebuje specjalistycznej pomocy poza szkołą, powinien wskazać, gdzie może ją znaleźć.
Sara w szkole pracuje od pięciu lat. Duże miasto, duże technikum.
– Pojawiają się dzieci, które powinny trafić na oddziały psychiatryczne, ale z różnych względów to się nie dzieje. Ich stan wymaga kompleksowych działań – mówi.
Potwierdza, że punktem wyjścia zawsze jest kontakt z rodzicem.
– Od nastolatków słyszę prośby, by nie informować mamy czy taty, ale ja po prostu mam taki obowiązek – wyznaje.
Szczególnie trudne są dla niej kwestie związane z samookoleczaniem się i myślami samobójczymi.
– Nieraz zastanawiam się, gdzie jest złoty środek – jak utrzymać zaufanie takiego nastolatka i jednocześnie działać zgodnie z procedurami, by go zabezpieczyć – wyznaje.
W szkole nie może liczyć na superwizję, czyli skonsultowanie pracy z bardziej doświadczonym psychologiem.
Na to samo uwagę zwraca Agnieszka.
– Psycholog ma w szkole wiele trudnych zaburzeń do opieki, a jednocześnie nie ma specjalistycznego wsparcia. Jesteś ze wszystkim w zasadzie sama – mówi.
Konsultacje robiła na własną rękę. Chodziło o kwestie tożsamości płciowej.
Kiedy Ania chce być Maksem. Tranzycja płciowa a szkoła
W szkole miała dwie osoby, które przeszły tranzycję płciową – czyli mówiąc najkrócej, zmieniły płeć. W ich przypadku sytuacja była klarowna, przeprowadzona prawnie, a rodzice dostarczyli do szkoły stosowne dokumenty.
– Najtrudniej było, kiedy w dzienniku mieliśmy Anię, która prosiła, by zwracać się do niej „Maks”. Takich przypadków było w naszej szkole kilka. Nauczyciele łapali mnie na korytarzach, pytając, jak mają się zachować w tej sytuacji – wspomina.
W Polsce nie istnieją odgórne i prawnie wiążące wytyczne Ministerstwa Edukacji Narodowej, które wskazywałyby psychologom szkolnym konkretny sposób postępowania w takich przypadkach.
– Konsultowałam się na własną rękę z terapeutami specjalizującymi się w tych kwestiach. Sugerowali, by imię „Maks” traktować jako tzw. ksywę i podążać za oczekiwaniami dziecka. Oczywiście tutaj znów kluczowe jest zdanie rodziców, ale bywało, że i oni prosili o radę – wspomina.
Na koniec rozmawiamy o zarobkach.
– Są słabe, za pół etatu miałam niewiele ponad 2 tys. zł – mówi Agnieszka. – Na rękę mam niecałe 4 tys. zł – mówi Monika. – Dorabiam, bo nie byłabym w stanie się z tego utrzymać – dodaje.
Mimo to ceni sobie pracę z dziećmi i wciąż ma poczucie misji.
Agnieszka je straciła. – Kiedy zaczynałam w szkole, liczyłam na więcej szacunku do mojej pracy – kwituje.
Jolanta Kamińska-Samolej
*Imiona rozmówczyń zostały zmienione