Close Menu
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Facebook X (Twitter) Instagram
Historie Internetowe
Facebook X (Twitter) Instagram
Banai
Subskrybuj
[gtranslate]
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Polityka
  • Ekonomia
  • Nauka
  • Sport
  • Zdrowie
  • Klimat
  • Trendy
  • Komunikat prasowy
Polska

1 października – początek roku akademickiego. Jak żaba w gotującym się garnku

Przez Pokój Prasowy1 października, 20265 min odczytu

Trzy lata temu, w kampanii wyborczej, niewiele komitetów potraktowało naukę i szkolnictwo wyższe poważnie. Jeden z najbardziej rozbudowanych i konkretnych pakietów obietnic dla żaków i nauczycieli akademickich przedstawiła Nowa Lewica: „Stypendium 1000 zł dla studenta. Studia dostępne dla wszystkich. Zamożność rodziny nie może być przeszkodą w rozpoczęciu i zakończeniu studiów”.

Dalej czytamy o rządowym programie, który miał zaspokoić potrzeby mieszkaniowe studentów przez budowę i modernizację akademików do dobrego standardu, ze stołówkami, obiektami sportowymi i bibliotekami.

Kilka akapitów niżej Lewica zapowiadała „skokowy wzrost wynagrodzeń na uczelniach” – by powstrzymać odpływ kadry – i deklarowała: „Zadbamy o należytą ochronę i wsparcie dla kobiet na uczelniach”.

Dziś aż nadto wyraźnie widać, jak bardzo te obietnice rozminęły się z rzeczywistością po blisko trzech latach rządu Donalda Tuska, w którym kierowanie Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego przypadło partii Włodzimierza Czarzastego. Polska uczelnia przypomina garnek z żabą: woda nagrzewa się powoli, ale nieustannie, zarówno dla studentów, jak i dla wykładowców, którym zaczyna brakować sił.

Akademik dla wybranych


Wyobraźmy sobie 19-latkę z małego miasta na Podkarpaciu. Dostała się na wymarzony kierunek w Warszawie albo w Krakowie. Jej rodzice pracują za niewiele więcej niż płaca minimalna. W akademiku miejsca nie ma.

W całej Polsce na jedno miejsce w domu studenckim przypada dziś około 12 studentów, a w Warszawie, według szacunków, nawet 17.

Zostaje prywatny rynek. Tam czeka na nią pokój za 1300 do 1400 zł miesięcznie (tyle wynoszą dziś średnie stawki w stolicy), do tego kaucja i prowizja. Albo „mikrokawalerka”, czyli maleńki lokal użytkowy, którym deweloperzy latami obchodzili przepisy o minimalnej powierzchni mieszkań. Albo pokój wydzielony z salonu cienką ścianką, który ogłoszenie z wdziękiem nazywa „przytulnym”.

Na ten sam rynek najmu trafiają młodzi pracownicy z całego kraju i z zagranicy, bo to duże miasta przyciągają pracę. Nie ma w tym ich winy. Wszyscy szukają dachu nad głową w tych samych dzielnicach, a dostępnych mieszkań od lat jest za mało.

Nasza 19-latka tej licytacji nie wygra. Na studia w Warszawie czy Krakowie zwyczajnie nie będzie jej stać. Wybierze uczelnię bliżej domu albo pracę zamiast studiów. Nikt nie odnotuje tego w statystykach jako porażki państwa ani jako utraty talentu, w który to samo państwo inwestowało od przedszkola aż do matury.

Rządzący są w tej sprawie rozbrajająco szczerzy. Rok temu Marcin Kulasek, minister nauki i szkolnictwa wyższego, przyznał w RMF FM:


„W moim idealnym świecie ja chciałbym, żeby akademiki były za złotówkę, no ale wiemy, że to nie jest do końca możliwe w obecnej sytuacji z obecnym deficytem budżetowym”.


Owszem, w tym roku Bank Gospodarstwa Krajowego podpisał 14 umów na budowę lub modernizację domów studenckich, obejmujących blisko 3,3 tys. miejsc. Tyle że w ciągu dwóch poprzednich lat liczba miejsc w akademikach spadła o prawie 5 tys., a studentów przybyło. Z obiecanym rządowym programem ma to niewiele wspólnego.

Żaba, która wyskoczyła


Po drugiej stronie katedry dzieje się coś równie niepokojącego. We wrześniu Ośrodek Przetwarzania Informacji opublikował przygotowany na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego raport o wypaleniu zawodowym kadry akademickiej.

Najmocniej zapada w pamięć wypowiedź jednego z profesorów biorących udział w badaniu. Zapowiada, że w ciągu tygodnia złoży wypowiedzenie, a ostatnie lata na uczelni nazywa „gotowaniem żaby”: absurdalna „punktoza”, coraz więcej biurokracji, coraz słabiej przygotowani studenci. Cieszy się, że zdążył wyskoczyć z garnka, zanim było za późno.

Nie jest wyjątkiem. Pewna nauczycielka akademicka opowiada o „mnóstwie nikomu niepotrzebnej, zbędnej pracy” przy tabelkach i sprawozdaniach.

Ktoś inny pracuje w domu albo w bibliotece, bo w instytucie nie ma dla niego biurka, a kto nie ma zewnętrznego grantu, ten nie ma komputera. Młody doktor mówi wprost, że z pasji się nie wyżywi i nie spłaci kredytu, skoro absolwent w pierwszej lepszej korporacji czy urzędzie marszałkowskim zarobi więcej.

Potwierdzają to liczby z tego samego raportu. Trzech na czterech badanych regularnie pracuje w czasie wolnym. Prawie co piąty chce zmienić pracę w ciągu roku, a najczęściej nie myśli o innej uczelni, lecz o odejściu z nauki w ogóle. W tej grupie dominują doktorzy.

Objawy wypalenia częściej zgłaszają kobiety i osoby opiekujące się bliskimi, czyli ci, na których ma się opierać przyszłość polskich uniwersytetów. To właśnie kobietom na uczelniach szczególną ochronę obiecywała w programie wyborczym Nowa Lewica, która dziś kieruje resortem nauki.

Ostatnia prosta i ostatni dzwonek


Za rok o tej porze kampania wyborcza do Sejmu wejdzie na ostatnią prostą, a Koalicja 15 Października będzie musiała rozliczyć się z obietnic. Studenci i naukowczynie mogą wtedy poczuć się zwyczajnie oszukani.

W budżecie na 2026 rok na naukę i szkolnictwo wyższe zaplanowano nieco ponad 1 proc. PKB, podobnie jak za rządów PiS. Łączne nakłady na badania i rozwój spadły według GUS z 1,56 proc. PKB w 2023 roku do 1,41 proc. w 2024 roku, przy średniej unijnej wynoszącej ok. 2,2 proc.

Po 30-procentowej podwyżce minimalnych stawek w 2024 roku skok płacowy się skończył. Minimalna pensja zasadnicza asystenta przewyższa dziś najniższą krajową zaledwie o 19 złotych. W tym samym budżecie na obronność zapisano ponad 200 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB. Potrzeby zbrojeń nikt rozsądny dziś nie podważa. Tyle że o bezpieczeństwie kraju decydują również laboratoria i sale wykładowe.

To przestroga dla Nowej Lewicy. Partia, która słusznie wytykała PiS ubożenie uniwersytetów, dziś utrzymuje finansowanie nauki na poziomie poprzedników. Zmienił się głównie ton. Zamiast ministra wojującego z „ideologią” mamy ministra, który z empatią rozkłada ręce i mówi o braku pieniędzy.

Bez lawinowego wzrostu nakładów na naukę, pensji powiązanych z przeciętnym wynagrodzeniem i prawdziwego programu budowy akademików zostanie tylko przekonanie, że Lewica w ministerstwie niewiele różniła się od PiS. Żabie w garnku jest zresztą obojętne, kto podkręca gaz.

Żaba w garnku nie protestuje. Wyborcy akademiccy mogą to zrobić za rok, przy urnach.

Bartosz Rydliński

Czytaj Dalej

Alerty RCB o zagrożeniach przy granicy. Co sądzą o nich Polacy? Nowy sondaż

Prognoza pogody na czwartek z kolejnym wyżem. Noc będzie zimna

Rok akademicki. Mieszkanie dla studenta. „Odzyskanie kaucji graniczy z cudem”

Piotr Łukasiewicz nie będzie ambasadorem? Prezydent ma listę zarzutów

„Polityczny WF”. Karol Nawrocki i weta. Czy zmęczą się nawet jego wyborcy?

Patryk Jaki może stracić immunitet. Chodzi o Jacka Murańskiego

Grzegorz Jankowski na YouTube: Ludzie, czy wy jesteście frajerami?

Piotr Moczulski wrócił do Polski. Kosiniak-Kamysz: Trzymamy kciuki

Sprawa Marcina Romanowskiego. Sąd zdecydował ws. listu żelaznego

Facebook X (Twitter) Instagram Pinterest
  • Home
  • Buy Now
© 2026 Banai. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Type above and press Enter to search. Press Esc to cancel.