Prawo i Sprawiedliwość choć na chwilę odchodzi od głośnego sporu wewnątrzpartyjnego między Mateuszem Morawieckim a starszyzną w PiS. Dość niespodziewanie ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego dostało na tacy „polityczne złoto”, które dzięki mądremu zagospodarowaniu może przynieść sporo sondażowych punktów.
„Złota” są na dobrą sprawę dwa, co widać było choćby w środę na posiedzeniu Sejmu. Pierwszym jest sprawa interwencji niemieckiej policji wobec polskich obywateli, w tym byłego kandydata PiS do parlamentu Roberta Bąkiewicza.
Obrazki z Berlina obiegły we wtorek wieczorem Polskę. Bąkiewicz i jego towarzysze zostali bezwzględnie potraktowani w jednym z berlińskich parków, a determinacją porównywalną z niemieckimi służbami nie wykazał się polski rząd.
Druga sprawa to opisane przez portal Zero.pl rewelacje dotyczące młodego i byłego już polityka KO, który jako lekarz w jednym z warszawskich szpitali zarobił 1,6 mln zł w rok. Dodatkowo w szpitalu tym miał znajdować się salonik dla znajomych lekarza, a więc także polityków KO, którzy mieli bez kolejki dostawać różne świadczenia medyczne.
Wymarzone tematy dla PiS. KO w narożniku
Dla PiS to wymarzone tematy, których partia Kaczyńskiego nawet nie musiała kreować. Spadły z nieba, bo nikt w otoczeniu prezesa nie mógł przypuszczać, że Bąkiewicz zostanie pobity przez niemiecką policję, albo że zostaną ujawnione ciche praktyki polityków KO.
Tym samym ugrupowanie Kaczyńskiego chce zepchnąć rząd Tuska do narożnika, bo to jego barki obciążają obydwie sytuacje.
– To bardzo nieprzyjemna sytuacja w Berlinie, której w ogóle nie powinno być – mówi Interii Katarzyna Sójka. – Agresja tamtejszej policji wydaje mi się absolutnie nieproporcjonalna do tego, co tam się wydarzyło. Bardzo, bardzo źle to wygląda. Kiedy jednak rozmawiam z ludźmi, także z kolegami politykami, to wewnętrznie ludzi najbardziej oburza temat tego młodego lekarza i jego zaplecza – nie ukrywa posłanka Sójka.
– Akurat dzisiaj byłam na badaniach. Są kolejki, numerki, wszyscy czekają, bo chcą w jakiś sposób diagnozować się, chcą ratować swoje zdrowie, życie, a tutaj okazuje się, że funkcjonuje jakiś prywatny folwark – nie ukrywa oburzenia Sójka.
W Sejmie w środę temat berliński podnosił Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera. Uważa on, że Bąkiewicz i jego kompani zostali brutalnie spacyfikowani przez policję niemiecką. W odpowiedzi usłyszał od Władysława Kosiniak-Kamysza, że wróg jest na wschodzie, nie na zachodzie, a sam Bąkiewicz jest prowokatorem.
– Każdy, kto widział nagrania niezależnie od sympatii politycznych, zauważył, że niemiecka policja po prostu pobiła Polaków w centrum Berlina. Nie możemy tu mówić o zastosowaniu środków przymusu bezpośredniego. To były ciosy wymierzone w ludzi, którzy nie stanowili zagrożenia – podkreśla poseł PiS Andrzej Śliwka.
– Można lubić lub nie lubić Roberta Bąkiewicza, ale pobity został polski obywatel. Musi pojawić się reakcja rządu i służb dyplomatycznych, które powinny jednoznacznie stanąć po stronie pokojowo demonstrujących polskich obywateli. – zauważa rozmówca Interii.
W kuluarach PiS huczy: Temat zdrowia znacznie ważniejszy
I rzeczywiście, tylko PiS upomina się o Bąkiewicza, bo przedstawiciele innych formacji skupiają się na temacie medycznym. Dlaczego?
Wynika to z prostej kalkulacji politycznej – PiS musi dbać o własną bazę wyborców. Mówi nam o tym inny z parlamentarzystów tej formacji, który zauważa, że partia Kaczyńskiego chce ograć obydwa tematy.
Z jednej strony zaspokoić rozgrzane głowy stałych wyborców PiS, które domagają się reakcji po potraktowaniu Bąkiewicza, a z drugiej partia chce zintensyfikować działania dotyczące lekarza-milionera i jego powiązań z KO.
– Upominamy się o wszystkich Polaków, a więc także o Bąkiewicza. Jest część elektoratu prawicowego, również sympatyków PiS, która mówi: „No nie, to przekroczenie kolejnej granicy”. Jako politycy PiS nie możemy jednak przejść obojętnie wobec faktu, że polscy obywatele zostali pobici w Niemczech – mówi nasz informator w PiS. I dodaje: – Z drugiej strony trzeba też jasno powiedzieć, że temat służby zdrowia i patologii finansowych związanych z działaczami KO jest o wiele ważniejszy.
Słyszymy też, jakie są kalkulacje PiS w tej sprawi. – Tutaj mamy do czynienia z jednoznaczną emocją: złością na władzę, która jest oderwana od obywateli i która, jak w przypadku tego młodego działacza KO, skupia się na tym, by napchać sobie kieszenie i zapewnić kolegom obsługę VIP w publicznym szpitalu. Widać tu jak na dłoni, że ludzie są wściekli, iż młody człowiek zarabia ponad 1,6 mln zł tylko dlatego, że ma powiązania z partią władzy – dodaje nasz informator.
Te słowa potwierdza poseł Śliwka, który przekonuje, że PiS „nie odpuści tematu lekarza-milionera”. – Ta sprawa jak w soczewce pokazuje model działania KO. Partyjny działacz, bez kwalifikacji, który dzięki politycznym koneksjom dorobił się milionów i Porsche na majątku publicznym – mówi wzburzony.
– Na pewno nie odpuścimy tego tematu. Była kontrola poselska, są zawiadomienia do prokuratury i będą kolejne nasze działania. To jest po prostu nieprawdopodobne. Od dłuższego czasu mówimy o problemach służby zdrowia. Sytuacja opisywana przez media to realna patologia, którą trzeba piętnować i zwalczać. Zwykły obywatel ma czekać na SOR-ze, kobieta ma rodzić dzieci na SOR-ze, bo Tusk i Kosiniak-Kamysz likwidują porodówki, a działacz KO i jego rodzina są obsługiwani poza kolejnością w saloniku VIP – nakreśla nam narrację PiS poseł Śliwka.
PiS otrzymało więc dwa niespodziewane prezenty. Pierwszy zostaje przez tę partię wykorzystany do ugruntowania wyborczej bazy wśród wiernych zwolenników PiS. Drugi jest rozwojowy i dla koalicji rządzącej będzie trudny do obrony.
Ugrupowanie Kaczyńskiego liczy, że może na sprawie lekarza-milionera zbić spory kapitał polityczny, który jednocześnie napędzi tę formację w prekampanii do wyborów w 2027 roku. I jest to temat – jak przekonują politycy – który będzie ich żywo zajmował w najbliższym czasie.
Być może do czasu kolejnej odsłony wewnętrznej bitwy na linii Morawiecki – starszyzna PiS.